fbpx
A password will be e-mailed to you.

W niedzielę zakończyła się trzydziesta czwarta edycja legendarnego wyścigu 24h Le Man, przedostatniej rundy mistrzostw Świata Endurance. Po emocjonującym wyścigu drugi raz z rzędu najlepsi okazali się zawodnicy zespołu Kawasaki.

Tegoroczna edycja 24h Le Mans po raz pierwszy odbywała się we wrześniu, ponieważ francuskie klasyki zamieniły się datami. Wszyscy obawiali się zimna, deszczu i wielu wypadków, na szczęście pogoda dopisała i wyścig ukończyła rekordowa ilość 41 załóg (56 na starcie). W porównaniu z rokiem 1980, gdy na mecie pojawiło się 11 motocykli wynik imponujący. Co prawda sklasyfikowano tylko 39, ponieważ dwa teamy nie przejechały 75% dystansu zwycięscy. Na ich usprawiedliwienie można tylko dodać, że tegoroczny wynik 834 okrążeń jest rekordem w historii tego wymagającego wyścigu. Piękna pogoda sprzyjała rywalizacji i biciu rekordów, do tego samochód bezpieczeństwa pojawiał się tylko dwa razy i w sumie spędził na torze zaledwie 18 minut.


REKLAMA

W tak sprzyjających warunkach zawodnicy stworzyli blisko stutysięcznej widowni wspaniałe widowisko, którego losy ważyły się do samego końca, a różnica jednego okrążenia na mecie między najlepszymi jest tylko statystyczna. Podczas całego wyścigu lider zmieniał się aż 27 razy i dopiero w końcówce sytuacja się uspokoiła. Po kwalifikacjach faworytem do zwycięstwa był zespół BMW 99, który w pięknym stylu wygrał kwalifikacje, a najszybszy w zespole Erwan Nigon pojechał jedno okrążenie tylko trochę ponad trzy sekundy wolniej niż Casey Stoner w MotoGP. Wynik godny uwagi głównie ze względu na różnice sprzętowe. Oprócz BMW na zwycięstwo wielką chrapkę miał zespół Yamaha GMT94 z Mistrzem Polski Superstock 600 2009 Kennym Foray w składzie, Yamaha Austria bez kontuzjowanego Gwena Giabbaniego oraz zeszłoroczni zwycięscy zespół Kawasaki 11. Po raz pierwszy podstawowym, jakby z urzędu faworytem nie było Suzuki Endurance Racing Team.

Zespół, który już 10 razy wygrywał dwudziestoczterogodzinny klasyk i ma na swoim koncie 12 tytułów mistrzowskich musiał rodzić sobie tym razem bez dwóch podstawowych zawodników, którzy odnieśli kontuzje podczas testów. Jedynym ratunkiem dla SERT była więc dokładność w boksach i analityczny umysł genialnego managera zespołu Dominique Melianda. Jak się okazało w Endurance oprócz szybkości potrzebne są też inne walory i od początku Mistrzowie Świata bili się w czołówce, mimo, że Baptiste Guittet kręcił beznadziejne czasy. Startujący w zespole Maco Moto 14 Greg Junod, Wicemistrz Polski Superbike z Suzuki GRANDys duo żartował nawet, że w Polsce Suzuki ma lepszy skład (Junod, Andy Meklau, Daniel Bukowski) niż fabryczny team na Le Mans. Sam Junod ze swoim zespołem na starcie powinien być przed SERT, ale sędziowie nie uznali najlepszego kółka jego partnera z kwalifikacji twierdząc, że zrobiony był po fladze z szachownicą. Mimo protestów Yamaha nr 14 stanęła za Suzuki, no ale byliśmy przecież w Le Mans, gdzie nie takie cuda już widziano, a jak faworyzuje się miejscowych poznał przed laty zespół POLand POSITION karany przejazdami przez depo za niepopełnione przewinienia.

Po starcie szybko na czoło wyścigu wyszło Kawasaki z Julien Da Costa za sterami, a za jego plecami podążał Anthony Delhalle z SERT. Trochę z tyłu jechali Loris Baz z YART (młody zawodnik godnie zastępował Giabbaniego, będąc najszybszy w zespole) i Damian Cudlin na BMW99. Dwaj ostatni używając opon Michelin potrzebowali trochę czasu na właściwe rozgrzanie ogumienia i dopiero wtedy włączyli się do walki. O „procedurze opieki” nad oponami francuskiego producenta zapomniał chyba David Checa z GMT94 i już na początku wyścigu leżał w żwirze. W tym samym miejscu i czasie zaparkował na chwilę Junod, ale on tylko pojechał prosto z powodu problemów z hamulcami, które za względu na potrzebę naprawy zepchnęły zespół na szary koniec. GMT dość szybko wróciło do rywalizacji, ale za chwilę Matthieu Lagrive znów leżał. Kolejna pogoń za czołówką ostatecznie skończyła się o godzinie 22:42, gdy znów Lagrive definitywnie skasował motocykl. Do tego czasu trwała walka między SERT, Kawasaki i BMW. Meliand doskonale taktycznie na początku wykorzystywał tylko Delhalle i Daisaku Sakai, dzięki czemu nie tracili dystansu do szybszych ekip.

Do pierwszej rano te trzy ekipy wymieniały się prowadzeniem, kiedy to BMW zaczęło odskakiwać rywalom. Wydawało się, że teraz już nic nie zatrzyma Sebastiena Gimberta i spółki. Niestety zatrzymały drobne usterki techniczne o piątej rano. Po dwóch dłuższych wizytach w boksie i spadku w klasyfikacji wyścigu wszystko co mogli zwojować to siódme miejsce na koniec. Od tego momentu zaczęła się bijatyka między Kawasaki i SERT. Oba zespoły do mety wymieniły się prowadzeniem 11 razy! Gdy Da Costa, Gregory Leblanc i Olivier Four równo parli do przodu Delhalle i Sakai musieli odrabiać straty powodowane przez Guittet. Pomagał w tym zespół techniczny, który doskonale wykonywał serwis motocykla. Mimo większej ilości postoi w boksach realny czas przebywania w nich był na korzyść Suzuki. Po ostatniej zmianie lidera przed 12 w południe wydawało się, ze za chwilę Suzuki znów będzie prowadzić, ponieważ na motocykl wsiadał Sakai. Wtedy różnica wynosiła niecałe 30 sekund. Niestety po kilku okrążeniach Japończyk wrócił do boksów w celu małej naprawy i to dało Kawasaki kilka cennych sekund i przewagę bliską jednego okrążenia. Chwila w boksie kosztowała jedenaste zwycięstwo. Jeszcze przez dwie godziny SERT próbowało gonić Kawasaki, ale na pokładzie zielonego motocykla nic złego się nie działo i Meliand postanowił dowieść cenne drugie miejsce dające prowadzenie w mistrzostwach Świata.

Dał odpocząć Sakai i Delhalle puszczając najwolniejszego zawodnika, gdyby różnica między  zespołami była nadal nie wielka z pewnością Guittet nie zaznałby jazdy w końcówce. Na koniec zespoły zwolniły i na mecie różnica wyniosła jedno okrążenie na korzyść Kawasaki, które odniosło historyczny sukces. A pomyśleć, że weekend zaczęli od spalenia motocykla podczas wolnego treningu! Jeszcze nigdy w historii żadna ekipa nie wygrała dwóch wyścigów z rzędu w tym samym składzie. Zespół, który startuje tylko w Bol d’Or i 24h Le Mans awansował na trzecie miejsce w klasyfikacji mistrzostw Świata kosztem GMT94 i jeśli dopisze im szczęście, czyli rywale nie staną na podium w Katarze odbiorą brązowe medale. Liderem zostało SERT, które ma teraz 9 oczek przewagi nad BMW99. Trzeci w Le Mans był zespół YART, który po problemach technicznych w początkowej fazie wyścigu wdrapał się na podium w pięknym stylu.


REKLAMA



REKLAMA


Słowacji zespół Junoda po długiej pogoni wdrapał się na 9 miejsce w klasie i jest 10 w mistrzostwach.  Końcówka sezonu w listopadzie w Katarze zapowiada się więc bardzo emocjonująco, a ośmiogodzinny wyścig będzie pewnie batalią podobną do zwykłych wyścigów

W klasie Superstock wygrał zespół Motors Events na motocyklu Suzuki i wygrał już Puchar Świata FIM. Tegoroczna edycja zapisze się też jedną ofiarą śmiertelną, na szczęście nie po stronie startujących, a kibiców. Młody fan wyścigów wychylał się z trybun nad boksami tak mocno, że spadł z wysokości kilku Pieter tuż przed garaż jednego z zespołów, na szczęście nie było wtedy nikogo przed nim. W oficjalnej wersji pechowiec zmarł tuż przed końcem wyścigu w szpitalu.

 

Tekst Łukasz Świderek | Zdjęcia Agencja Świderek

KOMENTARZE


REKLAMA