fbpx

Plany dotyczące tego­rocznego urlopu snu­łem od dawna, zwłaszcza, że miał to być wyjątkowo krótki odpoczynek. Moto­cykl chodził dobrze i zama­rzyło mi się zrobić trochę więcej kilometrów niż zwy­kle. W założeniach miała to być wycieczka daleka i nie­droga. Wybór padł na Pragę Czeską. Teren i trasa były znajome, bowiem pracowa­łem tam kilka lat temu. Trzeba było tylko zebrać załogę … i w drogę. 

Skład osobowy ekipy zmieniał się kilkakrotnie i do końca nie było wiadomo, kto tak na­prawdę pojedzie. Na kilka­naście dni przed wyjazdem w głowie namieszał mi Zby­szek Adamczuk z Gdańska. Okazało się, że termin wy­jazdu do Pragi pokrywał się z terminem „Rajdu Neptu­na”. Prezes „Old Motor Clu­bu” kusił, i kusił, i stało się. Tuż przed wyjazdem oznaj­miłem ekipie, że plan wycieczki troszeczkę zmodyfi­kowałem. Mianowicie: do Czech jedziemy, i owszem, ale tylko na trzy dni, bo trzeba zameldować się u Zbycha. Spodziewałem się protestów, ale o dziwo ta „drobna” zmiana wywołała zaledwie znaczące uśmie­chy na twarzach moich przyjaciół. Pierwszy plan zakładał, że jedziemy z Bol­kiem dwoma motocyklami, a Iwona i Renata z nielet­nim „kleszczem” – samo­chodem. Jednak zlot w Gdańsku to impreza tylko dla weteranów, więc Bolko­we Moto Guzzi odpadało. 

Stanęło na tym, że do Pragi jedziemy razem, a potem każdy sobie, tzn: Bolek do Jiczyna, a ja do Gdańska. Termin wyjazdu wyznaczy­liśmy na 30 lipca. Przy pa­kowaniu tobołków odwiecz­ny dylemat: jakie części zabrać? Zdecydowałem za­brać cewkę zapłonową, przerywacz i prostownik. 

Na granicy

Wreszcie nadszedł dzień wyjazdu. Wyruszyliśmy o 5 rano. Pogoda piękna, droga dobra, a przed nami tydzień wakacji i co najmniej 2500 km. Na pierwszym postoju cała załoga ma bardzo wesołe miny. Okazało się, że to ja jestem przyczyną tej ra­dości. Otóż od lat mam zwy­czaj pisania na kartce nazw większych miejscowości, przez które mam jechać, oszczędza mi to szukania drogi na mapie. Jako że sły­nę z dobrego serca, przygo­towałem taką karteczkę mojemu serdecznemu kole­dze. Niestety nie zostało to docenione. Każda miejsco­wość, przez którą jechali­śmy, a której nie było w wy­kazie, powodowała u niego dziki popłoch, że zgubiliśmy drogę, a ze strony pasaże­rów kupę śmiechu. I tak by­ło przez całą drogę. Ja, biedny na motocyklu, a oni nabijali się ze mnie w samo­chodzie. 

Pierwszy nocleg zapla­nowaliśmy w Szklarskiej Porębie. Dotarliśmy tam około 15. Po rozstawieniu namiotów i kąpieli w base­nie z bieżącą wodą (z rzeki Kamiennej, brrr) spacer po skałkach i obiad. Następne­go dnia szósta rano wyjazd. Droga do Jakuszyc stroma, kręta i piękna. Granicę przekraczaliśmy o siódmej. Jesz­cze tylko pamiątkowe zdjęcie i w drogę. Po przejecha­niu kilkudziesięciu kilome­trów czas na śniadanie. Zo­stałem chwilę przy motocy­klu, a reszta towarzystwa ruszyła do „Hospody”. Gdy tam wszedłem, zobaczyłem na ich twarzach niepewne uśmiechy i już wiedziałem, co się stało. Od początku wyjazdu Bolek zapowiadał, że jak tylko ktoś się zwróci do niego po czesku, to rozbo­li go brzuch od śmiechu. 

W trasie

I tak było. Gdy kelnerka grzecznie zapytała „Prosim Was, co se date?”, wówczas zamiast zamówienia usłyszała śmiech. Wiedzieliśmy już, dlaczego na zamówiony posiłek czekaliśmy troszkę dłużej niż należało. Po śniadaniu ruszyliśmy dalej. Jechaliśmy dobrą drogą szybkiego ruchu i w końcu tablica „HLAVNI MESTO PRAHA”.

Podczas poszukiwania kempingu pierwsze proble­my. W punktach informacji turystycznej proponowali nam hotele i kwatery pry­watne, ale na to nas nie by­ło stać. Dopiero po kilku go­dzinach i przejechanych 100 km po mieście w 30-stopniowym upale znaleźli­śmy kemping, położony na półwyspie na Wełtawie, nie­daleko Starego Miasta. Te­go popołudnia rozpoczęli­śmy trzydniowe zwiedzanie Pragi. Miasto piękne i odci­sków mieliśmy coraz wię­cej. Podczas wędrówek po mieście zwiedziliśmy Mu­zeum Techniki, w którym sala ze środkami transpor­tu jest dosyć okazała. Oczy­wiście nas najbardziej inte­resowały motocykle. 

Złota Praga

Po trzech dniach opuści­liśmy stolicę Czech. Do Mlada Boleslav jechaliśmy razem i przy zjeździe na Ji­czyn pomachaliśmy Bolko­wi, który postanowił odwie­dzić rozbójnika Rumcajsa. Dalej jechaliśmy już sami. Znowu piękna droga przez góry. Tuż przed granicą wy­daliśmy ostatnie korony i o godz. 15 byliśmy w Jakuszycach. Po trzynastu go­dzinach od wyjazdu z Pragi zatrzymaliśmy się na noc­leg w Antoninie koło Międzyborza. 

Nazajutrz mieli­śmy do pokonania kilkaset kilometrów przez całą Pol­skę. Wyruszyliśmy o 6 rano. Do Torunia droga fatalna. Emka była trochę przełado­wana i omijanie dziur gra­niczyło z cudem. Pod Inowrocławiem wpadliśmy w dwie spore wyrwy, czego efektem był pęknięty przegub gumowy na wale napędowym. Była to jedyna awaria nie tylko podczas tej wy­prawy, ale całego sezonu. Późnym popołudniem dojechaliśmy do Przywidza w Szwajcarii (Kaszubskiej). 

Na miejscu przywitał nas Zbyszek Adamczuk i paru chłopaków z „Old Motor Clubu”. Oczywiście było miejsce przy ognisku, piwo i kiełbaski. I wtedy wybu­chła bomba. Przyjechaliśmy o jeden dzień za wcześnie. Coś mi się pokręciło i mamy dzień na zwiedzanie Gdańska! Chodząc po ulicach gdańskiej starówki wspomi­naliśmy zwiedzanie Pragi sprzed dwóch dni. 

Dzięki chłopakom z „Old Motor Clubu” miałem nowy przegub. Pierwsi znajomi pojawili się już w nocy. To Hans z ekipą toruńską. W sobotę widać było coraz więcej znajomych twarzy. Przed południem pojecha­liśmy na itinerer po pięk­nych Kaszubach. Wieczo­rem rozdanie nagród i za­bawa do późnej nocy. Nie­dziela od rana trochę smut­na; trzeba było się pakować i wracać do domu. Gdyby nie koniec urlopu, to kto wie? Ale nie ma innego wyj­ścia, trzysta kilometrów do Płocka i mimo że jechaliśmy sami, to już dziecinna igraszka. 

Po dziewięciu dniach i przeszło 2500 przejechanych kilometrów zameldowaliśmy się w do­mu. Motocykl spisał się wspaniale i jeszcze raz udo­wodnił, że stare znaczy do­bre. Teraz myślę o następ­nej wyprawie. K. W. (zna­cie Go z „ŚM”) opowiadał w Gdańsku o fiordach i bia­łych nocach Norwegii. Jeże­li uda się zdobyć fundusze, to może by tak za koło polarne? Motocykl chodzi do­brze i aż go opony swędzą do takiej podróży.

Tekst i zdjęcia: Marek Nowaczyk

 

KOMENTARZE