Jorge Martin po 588 dniach przerwy wrócił na najwyższy stopień podium w wyścigu MotoGP, a po pięciu rundach jest wiceliderem klasyfikacji generalnej, ze stratą zaledwie punktu do Marco Bezzecchiego. Po miesiącach kontuzji, chaosu i wątpliwości znów wygląda jak „Martinator” z najlepszych czasów. Czy to rzeczywiście może być początek marszu Hiszpana po mistrzostwo?
Na skróty:
Pod koniec 2024 roku Jorge Martin wreszcie dopiął swego i zdobył tytuł mistrza świata MotoGP. Przy okazji zamknął usta wszystkim, którzy przez lata widzieli w nim zawodnika piekielnie szybkiego, ale niekoniecznie takiego, który potrafi udźwignąć presję całego sezonu i dowieźć najważniejsze trofeum. W końcu przestał być tym, który „prawie”, „za chwilę”, „jak nie teraz, to zaraz” będzie czempionem. Został numerem 1, mistrzem świata, człowiekiem, który wdrapał się na sam szczyt i miał pełne prawo wierzyć, że teraz wszystko będzie już układało się po jego myśli.
I właśnie wtedy, gdy był na absolutnym topie, Martin postanowił zaryzykować. Jeszcze zanim zdobył tytuł, postanowił zrezygnować Ducati, czyli najlepszego motocykla w stawce i przesiąść się na Aprilię. Chciał czegoś więcej niż tylko szybkiego motocykla. Chciał własnego projektu, statusu absolutnego numeru jeden i napisania własnej historii tego, który wyniósł danego producenta na szczyt, a nie tylko „przyszedł na gotowe”. Brzmi pięknie, prawda? Problem w tym, że MotoGP bardzo rzadko nagradza piękne pomysły. Znacznie częściej wystawia za nie rachunek.
Przeczytaj, jak wyglądała droga Jorge Martina do tytułu mistrza świata MotoGP!
Kontuzje, które zniszczyły mu sezon 2025
Sezon 2025 zaczął się dla niego koszmarnie. Pierwszy poważny cios przyszedł podczas testów w Sepang. Potężny high-side zakończył się złamaniem kości lewego śródstopia i prawego śródręcza. Nie obeszło się bez powrotu do Hiszpanii i operacji, ale wiele wskazywało na to, że jeszcze nie będzie tak źle, a “Martinator” wkrótce wróci do akcji. Tyle że chwilę później, podczas prywatnego treningu na supermoto, Hiszpan znów się połamał. Doszło do złożonego złamania lewej kości promieniowej, złamań kilku kości nadgarstka lewej dłoni oraz złamania kości piętowej lewej stopy. To nie był już stracony fragment przygotowań, tylko dosłownie zniszczony start sezonu.
This was @88jorgemartin's awful highside in his first hours with the number 1 plate 💢
He's at the hospital undergoing tests due to left foot and right hand pain. Updates will follow and in the meantime, we're sending our best wishes to the World Champ 💪#MotoGP pic.twitter.com/2UQtHKOq1w
— MotoGP™🏁 (@MotoGP) February 5, 2025
W praktyce Martin opuścił trzy pierwsze rundy sezonu i już na starcie stracił tygodnie jazdy na RS-GP. Wrócił dopiero w Katarze, ale trudno było mówić o normalnym powrocie. Przed tym weekendem miał na koncie śmiesznie mało kilometrów na nowym dla siebie motocyklu. A przecież w MotoGP rzadko zdarza się, by zawodnik wsiadł na nową maszynę z marszu i od razu zaczął robić swoje. Sam Martin przyjechał więc do Lusail z jasnym celem: przejechać cały weekend, zebrać dane, zrozumieć motocykl, wrócić do pracy.
Nie udało się nawet i to. W niedzielnym wyścigu, jadąc daleko od czołówki, upadł w 12. zakręcie, a chwilę później uderzył w niego Fabio Di Giannantonio. Skończyło się urazem klatki piersiowej, odmą opłucnową i jedenastoma złamaniami żeber, przy czym niektóre z nich były złamane podwójnie. Tym samym jego sezon, który i tak już ledwo zipał, został w tym momencie dobity.
Just pure heartbreak 💔Grand Prix over for @88jorgemartin #QatarGP 🇶🇦 pic.twitter.com/317FMvVAfD
— MotoGP™🏁 (@MotoGP) April 13, 2025
Pauza po Katarze nie była już kwestią kilku opuszczonych weekendów, tylko długiego, żmudnego wracania do podstawowej sprawności. Martin opowiadał później, że były momenty, kiedy potrzebował pomocy przy najprostszych czynnościach, a jego dziewczyna musiała go karmić i pomagać mu nawet przy myciu zębów. Gdy kilka miesięcy wcześniej odbierał koronę mistrza świata, pewnie wyobrażał sobie wszystko — tylko nie to, że za chwilę największym sukcesem dnia będzie w miarę spokojny oddech i odrobina snu bez bólu. W Brnie mówił też bez owijania w bawełnę, że nikt nie jest w stanie zrozumieć, co dzieje się w głowie zawodnika, który leży w szpitalu z połamanymi żebrami i przez tydzień nie może spać.
Wyświetl ten post na Instagramie
Kontraktowy teatr z Aprilią
Kiedy wszyscy zastanawiali się, kiedy Martin znów wsiądzie na motocykl, doszedł jeszcze chaos kontraktowy. W maju 2025 roku w paddocku gruchnęła wiadomość, że mistrz świata chce odejść z Aprilii już po sezonie 2025, mimo że umowa obowiązywała do końca kolejne roku.
Owszem, od strony formalnej Martin i jego otoczenie nie wzięli tego znikąd. W grę miała wchodzić klauzula związana z wynikami i możliwością wcześniejszego rozstania. Problem leżał w czasie i sposobie komunikacji. Aprilia nie dostała jeszcze uczciwej szansy, a Martin praktycznie nie przejechał pełnego weekendu na RS-GP. Wizerunkowo było to więc dla niego fatalne. W tabeli miał zero punktów przez to, że większość czasu spędził na rekonwalescencji, a nie dlatego, że Aprilia nagle okazała się przysłowiową taczką z silnikiem.
Sytuacja szybko zrobiła się na tyle groteskowa, że przestała być tylko wewnętrznym problemem zespołu i zawodnika. Aprilia odpowiadała twardo, że kontrakt obowiązuje do końca 2026 roku i nie ma o czym dyskutować. Otoczenie Martina mówiło, że klauzula została aktywowana i że zawodnik jest wolny. Menedżer Albert Valera w zasadzie publicznie informował, że Jorge szuka nowego pracodawcy. Media zaczęły nawet przymierzać mistrza świata raz do Hondy, raz do innego zespołu, byle tylko utrzymać tę sagę w obiegu. W końcu nie ważne co, ważne żeby pisali…

Wszystkie oczy skierowane na Jorge Martina.
Do sprawy musiał odnieść się nawet szef MotoGP Carmelo Ezpeleta, który jasno zaznaczył, że jeśli nie ma zgody obu stron albo odpowiedniego rozstrzygnięcia prawnego, to nikt sobie nie będzie po prostu zmieniał zespołu, bo tak mu wygodnie. Owszem, całą sprawę można to opakować w język profesjonalizmu, klauzul i prawa do decydowania o karierze. W MotoGP. jednak wszyscy patrzą też na to, jak się zachowujesz, gdy robi się nerwowo. A Martin w pewnym momencie nie wyglądał jak mistrz świata rozpoczynający nowy projekt, tylko jak facet, który przy pierwszym większym kryzysie zaczyna wycofywać się rakiem.
Najbardziej znamienne było jednak to, że kiedy sam w końcu zabrał głos — tłumaczył to wszystko bardzo jasno i momentami nawet przekonująco. Podkreślał, że nigdy nie złamał kontraktu, że klauzula była warunkiem przyjęcia oferty Aprilii, że chciał mieć prawo oceny projektu w realnych warunkach, a po kontuzjach próbował jedynie przesunąć moment decyzji, żeby obie strony mogły dostać uczciwszą szansę. Tyle, że czym innym byłoby dogadanie się za kulisami z Aprilią na temat przesunięcia deadline’u na późniejszy termin, a czym innym była publiczna próba wywarcia presji i wzbudzenia zainteresowania u potencjalnych nowych pracodawców.
Potem nastąpił jednak zwrot akcji, który był jednocześnie rozsądny i odrobinę zabawny. Po całym tym cyrku wszystko skończyło się mniej więcej tak, jak często kończą się wielkie awantury w paddocku: wszyscy się obrzucili oświadczeniami, postraszyli sądem, media zrobiły z tego serial, a potem nagle trzeba było wrócić do ścigania. W lipcu 2025 roku w Brnie, tuż przed powrotem do rywalizacji, Martin ogłosił, że jednak zostaje z Aprilią także na sezon 2026.

Podczas konferencji prasowej przed GP Czech 2025, Jorge Martin potwierdził, że zostaje z Aprilią.
Nie zrobił tego jak ktoś, który bije się w pierś i przeprasza za zamieszanie. Martin poszedł w pewność siebie graniczącą z bezczelnością. Powiedział wprost, że niczego nie żałuje, że zrobił to, co uważał za najlepsze dla swojej kariery, i że nie czuje potrzeby przepraszania zespołu. Innymi słowy: najpierw chciał odejść, potem został, ale żeby było jasne — nie zamierza się tłumaczyć.
Jednocześnie, właśnie na tym etapie sezonu zaczęła bić od niego zupełnie inna aura. Mówił o wsparciu ojca i partnerki. Mówił o tym, że musiał przepracować nie tylko ciało, ale i głowę. I nagle okazywało się, że za tym całym kontraktowym teatrem i tworzeniem wizerunku gościa, który wszystko kontroluje, siedział człowiek potwornie poobijany tym, jak kruche stało się jego własne ciało. To nie wymaże jego błędów ani nie kasuje niesmaku po całej sadze, ale daje tej historii coś, czego bardzo często brakuje w MotoGP — odrobinę szczerości bez PR-owego pudru.

Jorge Martin w akcji w sezonie 2025 MotoGP.
Powrót do wygrywania
Jesienią 2025 roku spadł na niego kolejny cios. Kiedy Martin zaczął łapać formę, przyszła kolejna kontuzja. Po zbyt mocno opóźnionym hamowaniu do pierwszego zakrętu sprintu na Motegi, zakończonym karambolem z rywalami i upadkiem – Jorge złamał obojczyk. Potem jeszcze były grudniowe operacje – lewego nadgarstka i prawego obojczyka – których bezpośrednią konsekwencją był opóźniony start sezonu 2026. Kiedy Aprilia potwierdziła pod koniec stycznia, że Martin nie pojedzie w pierwszych testach w Sepang, można było odnieść wrażenie, że jego nazwisko już na stałe przykleiło się do komunikatów medycznych. W MotoGP to sytuacja wyjątkowo niebezpieczna, bo ta seria nie ma cierpliwości do tych, którzy są wiecznie nieobecni
Tymczasem Martin znów wchodził w sezon z deficytem kilometrów i kolejnym bagażem pytań. To dlatego początek 2026 roku robi takie wrażenie, bo wygląda jak najlepsza z możliwych odpowiedzi na krytykę – udzielona na torze. Najpierw była solidna inauguracja w Tajlandii, gdzie Martin nie wygrał, ale pokazał, że po zimowych problemach nie trzeba będzie długo czekać, aż złapie rytm. Potem przyszła Brazylia, a tam pierwsze podia na Aprilii – trzecie miejsce w sprincie i drugie w wyścigu głównym. Wtedy jeszcze mówiono ostrożnie, że Martin wraca do gry, ale potrzebuje czasu, żeby dorównać Marco Bezzecchiemu, który z RS-GP zdawał się tworzyć jedną, wyjątkowo skuteczną całość.

Jorge Martin świętujący z zespołem po wygranym sprincie w Teksasie.
Sam Jorge mówił po Brazylii, że nie czuje się jeszcze kandydatem do tytułu, bo wciąż brakuje mu okrążeń na Aprilii, a jego tempo w długim wyścigu nie jest jeszcze tak równe, jak powinno. Brzmiało to rozsądnie, może nawet zaskakująco dojrzale jak na zawodnika, który kilka miesięcy wcześniej urządził w paddocku takie zamieszanie. Tyle że bardzo szybko zaczęło się okazywać, że ta ostrożność może być tylko chwilowa. W Austin Martin wygrał sprint i coraz mocniej udowadniał, że jego forma nie jest jedynie chwilowym przebłyskiem.
Wreszcie przyszła runda na Le Mans — w miejscu, które w jego karierze i tak miało już szczególne znaczenie. To właśnie tam w 2024 roku wygrał sprint i wyścig główny, kompletując pierwszy dublet w sezonie, który zakończył z tytułem mistrza świata. Dwa lata później wrócił na francuski tor już jako zawodnik Aprilii, po sezonie z piekła rodem, po kontuzjach, operacjach, kontraktowych przepychankach i miesiącach wątpliwości. Zrobił tam jednak dokładnie to, czego potrzebował – wygrał sprint i wyścig, przy okazji przypominając wszystkim, że gdy Jorge Martin jest w pełni sprawny i pewny siebie – potrafi być jednym z najgroźniejszych zawodników w MotoGP. To zwycięstwo w Grand Prix Francji było jednocześnie jego pierwszą niedzielną wygraną od 588 dni. Poprzedni raz w wyścigu głównym triumfował podczas GP Indonezji 2024, jeszcze w barwach Pramaca na Ducati.
It was worth the wait for @88jorgemartin 🏆#FrenchGP 🇫🇷 pic.twitter.com/kyuVbY68d0
— MotoGP™🏁 (@MotoGP) May 10, 2026
Po pięciu rundach sezonu 2026 sytuacja robi się więc naprawdę ciekawa. Martin nie jest już zawodnikiem, który wraca po kontuzjach, i któremu trzeba dawać czas, taryfę ulgową i cierpliwie czekać, aż złapie normalny rytm. On już ten rytm znalazł. Ma na koncie dwa wygrane sprinty, zwycięstwo w wyścigu głównym, jest wiceliderem klasyfikacji generalnej i traci tylko jeden punkt do Marco Bezzecchiego.
Co więcej, na tym samym etapie swojego mistrzowskiego sezonu 2024 miał tylko o dwa punkty więcej. Wtedy po pięciu rundach miał 129 punktów. Teraz ma 127. Skoro po takim koszmarnym roku, na nowym motocyklu i straceniu połowy zimowych przygotowań jest praktycznie w tym samym miejscu punktowym, co w sezonie zakończonym tytułem, to czy naprawdę można jeszcze udawać, że Hiszpan nie walczy o mistrzostwo?
Oczywiście, w maju nikt rozsądny nie rozdaje jeszcze tytułów. MotoGP bywa brutalne, kalendarz jest długi, a Martin sam najlepiej wie, jak szybko wszystko może wymknąć się spod kontroli. Do tego Bezzecchi nie wygląda jak przypadkowy lider klasyfikacji generalnej, tylko jak zawodnik, który z RS-GP tworzy wyjątkowo zgrany duet. Ale właśnie dlatego walka o tytuł może być dla producenta z Noale tak fascynująca, bo ma dwóch zawodników na samym szczycie tabeli. A to już jest zwrot akcji, którego nie powstydziłby się nawet najbardziej rozemocjonowany scenarzysta serialu o MotoGP.

Po wygranej w Le Mans, Jorge Martin ma na koncie tylko 2 punkty mniej niż na tym samym etapie swojego mistrzowskiego sezonu 2024…
To drugi taki comeback Martina
Warto przy tym pamiętać, że to nie pierwszy raz, gdy kariera Jorge Martina zawisła na włosku. W 2021 roku, jako debiutant w MotoGP, Hiszpan zaczął sezon w sposób, który dla wielu młodych zawodników byłby spełnieniem marzeń. W drugiej rundzie w Katarze wywalczył sensacyjne pole position i pierwsze podium w klasie królewskiej. Wydawało się, że Pramac właśnie znalazł zawodnika, który z miejsca może namieszać w stawce.
Już jednak podczas trzeciej rundy sezonu 2021, w trakcie treningu przed GP Portugalii, Martin zaliczył potężny upadek w siódmym zakręcie. Obrazy z toru były paskudne, a lista urazów jeszcze gorsza: złamanie kości łódeczkowatej, złamanie pierwszej kości śródręcza prawej dłoni, urazy nogi i kolejne obrażenia wymagające operacji. Sam później przyznawał, że po tamtym wypadku przez chwilę nie był pewien, czy jeszcze kiedykolwiek wsiądzie na motocykl MotoGP.
Thankfully @88jorgemartin is conscious and recovering in hospital following this crash 💢
We hope to see the @pramacracing rider back on track at Jerez! 👊#PortugueseGP 🇵🇹 pic.twitter.com/DqIKu5tcLZ
— MotoGP™🏁 (@MotoGP) April 17, 2021
A jednak Martin wrócił i to w iście mistrzowskim stylu. Jeszcze w tym samym sezonie zdobywał pole position, stawał na podium, a w Austrii odniósł pierwsze zwycięstwo w MotoGP. Tamten comeback był zapowiedzią tego, kim może się stać: zawodnikiem, który po ciężkim ciosie nie tylko dochodzi do siebie, ale wraca z jeszcze większą determinacją i jeszcze mocniejszym przekonaniem, że może walczyć o najwyższe cele. Patrząc na Le Mans 2026, trudno nie widzieć analogii do wydarzeń sprzed pięciu lat. Znowu był moment, w którym zdrowie, strach i niepewność mogły zniszczyć mu karierę. Znowu pojawiły się pytania, czy wróci do pełnej formy. A on znowu odpowiedział w najlepszy sposób — wygrywając.
Ya estoy en marcha!!! Objetivo mugello en 5 semanas!🤟🏽🔥 pic.twitter.com/iLJ3kLC6lJ
— Jorge Martín Almoguera (@88jorgemartin) April 23, 2021
Marsz po tytuł czy ostatnia wielka szansa?
Cała ta historia robi się przewrotna, kiedy wziąć pod uwagę jeszcze jeden istotny wątek. To w zasadzie na pewno jest ostatni sezon Martina na Aprilii. Coraz więcej wskazuje na to, że decyzja dotycząca przyszłości Martina została podjęta dawno temu, jeszcze zanim sezon 2026 na dobre się rozpoczął. Jego kolejnym pracodawcą ma być Yamaha, a cały ruch wymaga już tylko oficjalnego potwierdzenia.
Po podium w Brazylii, zapytany wprost, czy świetny początek sezonu na Aprilii daje mu do myślenia w kontekście przyszłości, Martin odpowiedział krótko: „Nie, w ogóle”. Dodał, że przyszłość to przyszłość, teraz liczy się teraźniejszość, a kiedy podejmuje decyzję, idzie w nią na sto procent. Jak na ironię, „Martinator” nie odchodzi z projektu, który nie działa. Nie ucieka z motocykla bez perspektyw. Wręcz przeciwnie — Aprilia dziś gwarantuje mu regularną walkę w czołówce, a Yamaha, do której ma trafić, jest obecnie najsłabszym motocyklem w stawce.
Oczywiście, Yamaha nie będzie wiecznie na dnie. Tak od lat działa MotoGP: projekty upadają, odbijają się, zmieniają koncepcje, korzystają z nowych przepisów, trafiają z kierunkiem rozwoju albo wreszcie znajdują zawodnika, który pociągnie je za sobą. Trudno zakładać, że producent z Iwaty już zawsze będzie szukał drogi powrotu do czołówki. Zwłaszcza że rok 2027, z nowymi motocyklami i oponami, może wywrócić dotychczasowy układ sił do góry nogami. Nikt jednak nie wie, czy Yamaha odbuduje się od razu po zmianie przepisów, a jeśli nie, to ile sezonów z tzw. prime’u Martina pochłonie ten proces. To dlatego dla Martina sezon 2026 może być więc ostatnią naprawdę realną szansą na walkę o tytuł w najbliższych latach.

Jorge Martin zgarnął dublet podczas GP Francji 2026.
Zdjęcia: Aprilia, Red Bull, MotoGP
Przeczytaj też:
- Marc Marquez znów kontuzjowany! Jak długo będzie pauzował?
- Horner za Ezpeletę na czele MotoGP? Plotki czy coś jest na rzeczy?
- Producenci MotoGP walczą z Liberty Media. O co chodzi w tym konflikcie?
- Koniec z dzikimi kartami w MotoGP. Czy ktoś będzie za nimi płakał?
- Dlaczego Marc Marquez nie stracił wygranej w sprincie w Jerez?
- KTM chce, by Maverick Vinales stanął na głowie. Co dalej z jego karierą?
- Yamaha musi zrozumieć, że jest wolna – Fabio Quartararo
- Aleix Espargaro kontuzjowany! Czy to koniec jego kariery jako testera Hondy?
- Transferowa cisza przed burzą. Jak mogą wyglądać składy w 2027 roku?
- Jakie rekordy MotoGP może pobić Marc Marquez w sezonie 2026?






