Na wyprawę z ziemi kłodzkiej do Turcji ruszyłem ostatniego dnia maja. Dojazd na miejsce zajął mi trzy dni, z dwoma noclegami, w tym jednym dzikim biwakiem w Bułgarii, nad zbiornikiem wodnym Iskar, tuż za Sofią. Turecką granicę sprytnie przekroczyłem niewielkim przejściem Lesovo–Hamzabeyli, dzięki czemu ominąłem duże kolejki.
Na skróty:
Pierwsze dni chciałem spędzić na zachodzie kraju, bez zbliżania się do Stambułu. Dawny Konstantynopol zostawiłem sobie na sam koniec podróży, jako wisienkę na torcie. Ruszyłem więc w stronę morza Marmara, aby zakotwiczyć na płatnym kempingu. Od północnej strony ilość śmieci w wodzie była na tyle duża, że odpuściłem sobie kąpiel. Kilka dni później, gdy dotarłem na jego południową stronę, plaże i woda były wyraźnie czystsze.
Kręcąc się po trym regionie, przejechałem przez cieśninę Dardanele wiszącym mostem Çanakkale 1915 – najdłuższą tego typu konstrukcję na świecie, łączącym Europę z Azją – ma aż 4608 metrów długości. Było to jedyne miejsce w całej podróży, gdzie musiałem zapłacić za przejazd – 200 TL. Nie wykupiłem winiety HGS, więc zaraz po zjechaniu z mostu ustawiłem w Garminie omijanie dróg płatnych i na tym temat myta w Turcji właściwie się skończył. Piszę o tym celowo, bo to jeden z tematów, o które wiele osób pyta przed wyjazdem do tego kraju.
Turcja jest jednym z bardziej „policyjnych” krajów, jakie miałem okazję poznać. Radiowozy, radary, patrole, a przy wjazdach do miast i nawet na wsiach posterunki żandarmerii wojskowej to tutaj norma. Na pierwszy rzut oka, zwłaszcza na wschodzie kraju, gdzie częstym widokiem są wozy opancerzone – może to budzić niepokój. W praktyce wygląda to jednak zupełnie inaczej. Policjanci i żandarmi podchodzili do turystów spokojnie i życzliwie. Sprawdzenie dokumentów, krótka rozmowa, uśmiech. Kiedyś poczęstowali mnie ciastkiem, innym razem w upalny dzień jeden z funkcjonariuszy przyniósł mi butelkę wody. Inny okazał się motocyklistą i rozmowa szybko zeszła na właściwe tematy. Nikt mnie nie pouczał ani nie tworzył zbędnych problemów – w Turcji czułem się bezpiecznie.
Groźny wygląd posterunków to efekt realnych zagrożeń, z jakimi Turcja mierzyła się przez lata. Komisariaty i punkty kontrolne bywały celem ataków separatystów kurdyjskich (PKK) oraz radykalnych ugrupowań islamskich. A przy tym władze państwowe przywiązują dużą wagę do bezpieczeństwa infrastruktury, zwłaszcza na drogach tranzytowych i w rejonach strategicznych, ze względu na sąsiedztwo Syrii i Iraku. Przebiegają tędy także szlaki migracyjne i trasy przemytu, co wymusza stałą obecność silnie zabezpieczonych punktów kontrolnych.

Przejazd groblą przez Tuz Gölü, największe słone jezioro w Turcji. Fragment trasy TET w Antolii.

W Kapadocji schronienie przed 40-stopniowym upałem można znaleźć nawet w skale.

Postój w Dark Canyon, tu ściany kanionu i turkusowa woda Eufratu pokazują dzikie oblicze kraju.
Historia na wyciągnięcie ręki
W Çanakkale przystanąłem na moment przy drewnianym koniu trojańskim znanym z filmu „Troja”. Wszyscy się tam zatrzymują, ale we mnie ta atrakcja nie wywołała żadnego efektu „wow”. Potraktowałem ją raczej jako punkt do odhaczenia na trasie i szybko uciekłem w głąb kraju. Trasy wytyczałem na bieżąco, bez sztywnego planu, dzięki czemu często trafiałem na tereny wiejskie, często oddalone od cywilizacji. Na jednej ze stacji benzynowych pracownik, częstując mnie herbatą, powiedział, że dawno nie widział tam turysty.
W kolejnych dniach trafiłem do Aizanoi – ogromnego, niemal wolnego od turystów stanowiska archeologicznego, z jedną z najlepiej zachowanych świątyń Zeusa w Anatolii. Monumentalne ruiny, stadion połączony z teatrem. Podobnie mało znanym, a niezwykle ważnym i godnym odwiedzenia miejscem jest Hattusa – dawna stolica Hetytów, położona w pobliżu Boğazkale, ok. 145 km od Ankary. Miasto powstało jeszcze przed 2000 rokiem p.n.e. i było centrum potężnego imperium. Otoczone murami z monumentalnymi bramami – Lwów, Wojownika i Sfinksa – kryje pozostałości po licznych świątyniach oraz jedną z najstarszych królewskich bibliotek Bliskiego Wschodu, liczącą około 1300 glinianych tabliczek. Jedną z największych ciekawostek Hattusy jest tajemniczy zielony kamień, którego pochodzenie i funkcja do dziś pozostają zagadką. Wyraźnie odcina się kolorem od reszty ruin i przyciąga uwagę, bo podobnych artefaktów nie spotyka się w innych stanowiskach regionu.
Odwiedziłem też Pamukkale, czyli Bawełniany Zamek – śnieżnobiałe wapienne tarasy przypominające kaskady lodowe, bo utworzone zostały przez bogate w minerały wody termalne. Tuż obok znajdują się ruiny starożytnego Hierapolis. Miejsce robi ogromne wrażenie, ale ponieważ jest słynne, to jest też bardzo tłoczne. Masowa turystyka to coś, czego raczej staram się unikać, więc Pamukkale potraktowałem jedynie jako ciekawostkę. Zwiedzanie takich miejsc najlepiej jest zacząć wcześnie rano, tuż po otwarciu bramek. Za zwykły bilet zapłaciłem 30 euro, bez dodatkowych atrakcji jak basen Kleopatry – moim zdaniem to zdecydowanie za dużo, zwłaszcza przy takiej liczbie zwiedzających.
Jeziora, góry, dzikie biwaki
Wiele nocy spędziłem na dziko, pod namiotem – w górach, nad jeziorami, na uboczu. I co ważne, był to bezpieczny sposób noclegu. Nikt nie robił problemów, nikt do mnie nie zaglądał poza dwoma psiakami. Czasem, gdy robiłem sobie przerwę w trasie, ktoś podjeżdżał zapytać, czy wszystko w porządku, życzył dobrej drogi i odjeżdżał. Najważniejsze było jednak to, że robili to jedynie z ciekawości i życzliwości. Ktoś z piekarni zaprosił mnie na herbatę i poprosił tylko, żebym się za niego pomodlił. Gdzie indziej właściciel restauracji w małym miasteczku powiedział, że nie muszę płacić za jedzenie, w zamian prosił, abym o nich tylko nie zapomniał – „ludzie są ważniejsi niż pieniądze”.
I nie zrozum mnie źle, to nie było tak, że cieszyło mnie dostawanie rzeczy za darmo. Wręcz przeciwnie, było mi głupio. Nie jestem przyzwyczajony do przyjmowania tylu przyjaznych gestów, nie dając nic w zamian. Według filozofii tych ludzi jednak coś im dawałem, choćby rozmowę, czy samą obecność. Ale dzięki takiemu podejściu, spotkania utkwiły mi w głowie na długo. I choć fizycznie niewiele mogłem im oddać, to mentalnie mam ogromną ochotę przekazywać to dobro dalej. Coś na zasadzie jego poszerzania.
Jednym z biwaków, które szczególnie zapadły mi w pamięć, była noc w opuszczonej wiosce. Zjechałem z głównej drogi na boczną, prowadzącą na łąkę z ładnym widokiem na jezioro, i trafiłem na ruiny domów oraz meczetu. Absolutna cisza, tylko wiatr i trzepocząca blacha dachów. Noc była spokojna, choć wyobraźnia pracowała na pełnych obrotach. Zastanawiałem się, czy gdzieś w pobliżu nie ma cmentarza i czy przypadkiem nie rozbiłem namiotu dokładnie na nim. Idealne rozmyślania tuż przed snem.

Most Severiana, rzymska przeprawa nad rzeką Cendere w pobliżu Arsamei imponuje rozmachem i precyzją wykonania.

Balikligöl w Şanliurfie to jedno z najważniejszych świętych miejsc regionu, związane z legendą o proroku Abrahamie.

Meczet Selimiye w Konyi, wzniesiony w XVI wieku obok grobowca Mevlany, jest jednym z ważnych przykładów osmańskiej architektury w mieście.

Na D915 droga nie prowadzi po prostu przez góry, ona dosłownie wspina się po ich zboczach.
Kultowe trasy
Ruszyłem na północ, żeby przejechać słynną drogę D915. Miałem ją zapisaną w planach od kilku lat, ale dopiero teraz pojawiła się okazja, żeby ją zaliczyć. To wąska, kręta, częściowo nieutwardzona trasa, pozbawiona barierek, z serpentynami wiszącymi nad przepaściami. Łączy ona od południa Bayburt z północnym miastem Of. To droga, którą nie jedzie się szybko. Poruszasz się powoli, chłonąc fantastyczne widoki. Po dwóch tygodniach jazdy po suchych, południowych terenach widok soczystej zieleni, górskich potoków, drzew i śniegu zalegającego jeszcze na wierzchołkach był czymś niesamowitym. Zdecydowanie lepiej odnajduję się w takich krajobrazach.
Nieco wcześniej przejechałem przez Dark Canyon. Potężny, dziki kanion, w którym droga wciska się między pionowe ściany skał i co chwilę znika w ciemnych tunelach. Dark Canyon położony jest nad rzeką Eufrat, w rejonie Kemaliye we wschodniej Turcji. Wzdłuż stromych ścian kanionu wykuto spektakularne tunele, które przez dziesięciolecia powstawały jedynie ręcznie, przy użyciu prostych narzędzi, dynamitu i ogromnej determinacji lokalnej społeczności. Prace prowadzono etapami od pierwszej połowy XX wieku, często w ekstremalnych warunkach i bez ciężkiego sprzętu. Tunele miały umożliwić komunikację w regionie wcześniej całkowicie odciętym przez rzekę i pionowe skały. Dziś są jednym z najbardziej niezwykłych przykładów inżynierii drogowej w Turcji.
Jednym z fajniejszych momentów był też przejazd groblą przez słone jezioro Tuz Gölü. Biała, niemal bezkresna przestrzeń, brak punktów odniesienia, słońce odbijające się od powierzchni soli. Przez chwilę miałem wrażenie, że przeniosłem się na inną planetę, a w oddali widzę lewitujące wyspy. Latem jezioro potrafi przybrać różowy kolor. Ja trafiłem na surową, ascetyczną wersję, która idealnie pasowała do charakteru tej trasy.
Jedzenie, które też jest drugą Turcją to takie uczty, które potrafią na długo zostać w pamięci. Kebaby, grillowane mięsa, świeże pieczywo, jogurty, zimny ayran w miedzianym kubeczku, soczyste warzywa, owoce i słodycze. Wszystko proste, ale pełne smaku i aromatu. Na południowym wschodzie, szczególnie w Gaziantep, kuchnia wchodzi na zupełnie inny poziom. To kulinarna stolica kraju, wpisana na listę UNESCO właśnie z powodu gastronomii. Tutaj mieszają się wpływy kuchni tureckiej, kurdyjskiej i syryjskiej, co da się odczuć w przyprawach, sposobie przygotowania potraw i intensywności smaków. Baklawy z pistacjami, katmer podawany z zimnym mlekiem, kunefe – bardziej deser niż przekąska. Żeby naprawdę poznać kraj po którym się podróżuje, warto jeść tam, gdzie jedzą miejscowi. W Turcji jedzenie jest częścią codzienności i kultury, i to także smak, którego trudno szukać w reszcie Europy.

Na trasie przez środkową Turcję co jakiś czas pojawiają się krajobrazy, które przypominają nadmorskie laguny.

Setki niedokończonych „zamków” w Mudurnu wyglądają jak z filmu, choć są efektem nieudanej inwestycji.

Amasya to jedno z najbardziej malowniczych miast Turcji. Nad rzeką Yeşilirmak stoją osmańskie domy, a w skalnych ścianach spoczywają grobowce królów Pontu.

Ali Nazik to tradycyjne danie z Gaziantepu, łączące purée z bakłażana z mięsem jagnięcym i jogurtem.
Miasta i atrakcje warte poznania
Zawitałem do Konyi, miasta turystycznego, ale w zupełnie inny sposób niż Stambuł czy Kapadocja. To kierunek zdecydowanie bardziej dla Turków niż dla przybyszów z reszty Europy, a jednocześnie dawna stolica państwa Seldżuków i jedno z najważniejszych duchowych centrów kraju. Centralnym miejscem jest Muzeum Mevlany, dawny klasztor derwiszy i mauzoleum Rumiego – XIII-wiecznego mistyka, poety i filozofa. Z jego nauk wywodzi się zakon tańczących derwiszy, dla których wirujący taniec był formą medytacji i drogą do zjednoczenia z Bogiem. Obrót symbolizował krążenie planet, prawa dłoń przyjmowała łaskę, a lewa oddawała ją światu.
Tuż obok znajduje się meczet Selimiye, monumentalna, surowa świątynia z XVI wieku. Inny klimat ma meczet Alaaddina Keykubada stojący na wzgórzu Alaaddin, z grobowcami seldżuckich władców i relikwią w postaci urny z włosem z brody Proroka Mahometa.
Mniej więcej dwieście kilometrów od Konyi czekało na mnie Derinkuyu – największe podziemne miasto regionu. Schodząc w dół, szybko przestaje się myśleć o nim, jak o atrakcji turystycznej. Wąskie korytarze, niskie stropy i strome schody sprawiają, że zaczynasz się zastanawiać, jak tysiące ludzi mogło tu kiedyś normalnie żyć. W motocyklowych ciuchach niemal zaklinowałem się w jednym z ciasnych zejść. Zdecydowanie nie jest to miejsce dla ludzi cierpiących na klaustrofobię.
Kapadocja – pocztówka i zaplecze
Obraz Kapadocji zna większość ludzi, choćby z internetu – stożki skalne, doliny, balony unoszące się o świcie. Ale dopiero jazda motocyklem pozwala zobaczyć jej prawdziwe oblicze. Szutry, kamieniste drogi i boczne ścieżki, wijące się między spektakularnymi formacjami skalnymi. Momentami wygląda to wręcz kosmicznie. Przejechałem moim Tigerem przez jedną z tych słynnych, „instagramowych” ścieżek, wykutych w skale w pobliżu Rose Valley. Cały dzień zjeździłem okolice Göreme, zahaczając też o najbardziej popularne miejsca, jak choćby Love Valley, czyli Dolinę Miłości. Jej charakterystyczne stożki skalne przypominają… dla jednych szparagi, a dla drugich coś zdecydowanie mniej kulinarnego. To właśnie te skojarzenia sprawiły, że dolina stała się jedną z najbardziej rozpoznawalnych miejsc w Kapadocji. Dolina słynie też z wysokich formacji skalnych, tzw. kominów wróżek, powstałych z miękkiego tufu wulkanicznego. Skały uformowały się w wyniku dawnych erupcji wulkanicznych, a przez tysiące lat były rzeźbione przez wiatr i wodę. Jak w wielu dolinach Kapadocji, w skałach tych znajdowały się niegdyś pomieszczenia użytkowe i schronienia wykorzystywane przez lokalną ludność.
W cieniu wszystkich popularnych przyrodniczych atrakcji regionu jest też pewna góra, o której wspomina się zdecydowanie rzadziej. To największy na świecie współczesny krajobraz landartowy. Prowadziła do niego kamienista droga wspinająca się wysoko w góry, jednak do pokonania jedynie przez solidnie wprawionych motocyklistów terenowych. Luźne kamienie, spore nachylenie i brak jakiejkolwiek infrastruktury sprawiły, że konkretnie mnie tam wyczesało. Autorem projektu „Time and Space” jest Andrew Rogers. Budowle skalne układają się w wyraźne symbole przypominające m.in. zwierzęta. Najlepiej widać to z lotu ptaka, czy np. z satelity.

W górskich rejonach Turcji to nie samochody, a stada owiec potrafią na chwilę całkowicie przejąć drogę.

Love Valley w Kapadocji słynie z niezwykłych formacji skalnych, które natura wyrzeźbiła w kształty budzące jednoznaczne skojarzenia.

Stambuł, dawny Konstantynopol, to miasto, w którym dziedzictwo Wschodu i Zachodu odciska się w panoramie.
Południowy wschód i Halay
W Gaziantep spontanicznie narodził się w mojej głowie pomysł, który zmienił bieg mojej trasy. Od dawna chciałem zobaczyć taniec Halay na żywo, więc zacząłem pytać w sklepach muzycznych i domach weselnych. W jednym z nich usłyszałem: „Şanlıurfa, piątek, 19:00, stadion, mistrzostwa folkloru”. Plan podróży od razu się zmienił. Do Şanlıurfy dotarłem na styk, po drodze zahaczając jeszcze o górę Nemrut. Na miejscu okazało się jednak, że nie ma tam takiego wydarzenia. Ruszyłem więc za dźwiękiem muzyki i trafiłem na rodzinne wydarzenie. Po chwili zaprosił mnie do środka Enes, jeden z członków wielkiej kurdyjsko-tureckiej rodziny. Halay na żywo to czysta energia – rytm, wspólny ruch, barki pracujące w jednym tempie. Najpierw tylko biernie się przyglądałem, potem jednak trafiłem na drugą, mniejszą imprezę i tam zaproszono mnie do kręgu. Były też momenty wymagające postawienia granic, ale wszystko odbywało się spokojnie i z wzajemnym szacunkiem.
Amasya i droga ku finałowi
Dopiero pod koniec wyprawy trafiłem do Amasyi, miasta wciśniętego w wąską dolinę nad rzeką Yeşilırmak, z osmańskimi domami nad samą wodą i monumentalnymi grobowcami królów Pontu, wykutymi wysoko w skałach. Spędziłem tu noc, a o poranku wybrałem się do zbudowanej kilkanaście wieków temu, wciąż działającej łaźni, korzystając z hammamu. Po tygodniach jazdy, kurzu i zmęczenia był to moment, którego naprawdę potrzebowałem. Amasya od czasów starożytnych była ważnym ośrodkiem administracyjnym, a w czasach osmańskich pełniła funkcję miasta książęcego. Ma też szczególne znaczenie dla współczesnej Turcji, gdyż tutaj w 1919 roku ogłoszono Deklarację z Amasyi, podpisaną przez Mustafę Kemala Atatürka, uznawaną za symboliczny początek drogi do powstania Republiki Turcji.
Przed Stambułem odwiedziłem jeszcze Polonezköy, dawny Adampol, niewielką miejscowość na obrzeżach miasta o nietypowej jak na Turcję historii. Powstała w XIX wieku jako osada dla polskich emigrantów po upadku powstania listopadowego. Przez lata pielęgnowano tu język, tradycje i katolicką wiarę. Do dziś w Polonezköy widać ślady polskości. Jest katolicki cmentarz (niestety zamknięty, gdy byłem na miejscu), restauracje założone przez Polaków i muzeum Cioci Zofii.
W Stambule zatrzymałem się w dzielnicy Fatih, w małym hotelu w samym centrum. To serce historycznego miasta – wąskie uliczki, lokalne knajpki i zabytki w takich ilościach, że po jakimś czasie mijane już niemal mimochodem. Stambuł leży na styku Europy i Azji i przez wieki był stolicą kolejnych imperiów, co czuć tu na każdym kroku. Z Fatih wszędzie jest blisko – do Hagii Sophii, Błękitnego Meczetu, Pałacu Topkapi czy Wielkiego Bazaru. To jest miasto ogromne, intensywne i głośne. Zachwyca, ale też męczy. Mimo to warto tu przyjechać.
Turcja z perspektywy motocyklisty to kraj kontrastów. Nowoczesne drogi i starożytne ruiny. Przymrozki w górach i piekarnik na południu. Pustynie, stepy, susza, ale też góry, zielone łąki, jeziora, morza i totalne pustkowia. Samotność dzikiego biwaku i gwar wielkich miast. A przede wszystkim ludzie – ciekawi, życzliwi, otwarci. To właśnie oni sprawili, że ta podróż została ze mną na dłużej. Nie jako lista miejsc do odhaczenia, ale jako doświadczenie drogi, która jest przygodą.
Zdjęcia: autor








