fbpx
Advertisement

Nowi właściciele MotoGP chcą zrobić z mistrzostw większy, głośniejszy i bardziej dochodowy produkt, ale zanim rozpędzą marketingową maszynę, muszą dogadać się z tymi, którzy dostarczają najważniejszy element widowiska: motocykle. Dlaczego więc w padoku zamiast rodzinnej atmosfery coraz częściej czuć chłód negocjacyjnej wojny?

Liberty Media nie weszło do MotoGP po to, żeby pielęgnować romantyczną wizję wyścigów i sentymenty starego padoku. To biznes. Bardzo duży biznes. Firma, która wcześniej przejęła Formułę 1 i uczyniła z niej globalny produkt rozrywkowy, w 2025 roku sfinalizowała za ponad 4 miliardy euro zakup większościowego pakietu Dorna Sports, komercyjnego właściciela praw do MotoGP. Dorna została później przemianowana na MotoGP Sports Entertainment Group, co samo w sobie mówi sporo o kierunku zmian: mniej romantycznego „ścigania dla ścigania”, więcej show, treści, zasięgów, platform, partnerów i nowych rynków.

Problem w tym, że MotoGP to nie Formuła 1 na dwóch kołach. Można przenieść z F1 pewne mechanizmy marketingowe, można lepiej opakować weekendy Grand Prix, można cisnąć social media, dokumenty i nowe formaty. Nie da się jednak pominąć faktu, że bez Aprilii, Ducati, Hondy, KTM-a i Yamahy nie ma mistrzostw świata MotoGP. A właśnie producenci uznali, że skoro Liberty Media chce zarabiać na nowym, większym MotoGP, to oni nie zamierzają dalej grać według starych zasad.

Spór dotyczy nowej umowy komercyjnej na lata 2027–2031, czyli czegoś w rodzaju motocyklowego odpowiednika słynnego Concorde Agreement z Formuły 1. Taka umowa ustala, kto za co odpowiada, kto ile dostaje pieniędzy i jak wygląda układ sił między promotorem, producentami oraz zespołami. Do tej pory w MotoGP system był dość prosty: zespoły otrzymywały stałe wypłaty od promotora, przy czym fabryki mogły liczyć na relatywnie niewielkie kwoty, a większe wsparcie trafiało do ekip niezależnych, bo to one bez pomocy producentów miałyby największy problem z utrzymaniem się w stawce.

Producenci twierdzą dziś, że ten model się wyczerpał. Chcą odejścia od sztywnego ryczałtu i przejścia na system, w którym zespoły uczestniczą w biznesie jako realni partnerzy. Innymi słowy: jeśli MotoGP dzięki Liberty Media zacznie zarabiać więcej na prawach telewizyjnych, opłatach od organizatorów poszczególnych rund, sponsorach i nowych produktach medialnych, to część tego wzrostu powinna trafić do tych, którzy tworzą widowisko. MSMA, czyli stowarzyszenie producentów MotoGP, chce modelu bardziej zbliżonego do wielkich lig sportowych, gdzie uczestnicy rozgrywek dostają procent z zysków, a nie tylko ustaloną z góry kwotę. Według doniesień Motorsport.com i The Race producenci chcą również większego wpływu na zarządzanie mistrzostwami, w tym na kalendarz, wybór torów i dat rund.

W MotoGP ma być show!

Liberty Media ma inną propozycję. Zamiast udziału w biznesie oferuje liniowy wzrost wypłat dla wszystkich 11 ekip, już bez dotychczasowego podziału na zespoły fabryczne i satelickie. Według informacji podawanych przez brytyjskie i hiszpańskie media mowa o kwocie około 7 milionów funtów rocznie dla każdej ekipy. Producenci mieliby jednak w zamian mocniej zaangażować się w działania promocyjne: więcej PR-u, więcej aktywności w mediach, więcej pracy z zawodnikami, więcej treści, więcej obowiązków wobec promotora. Czyli: dostaniecie więcej niż kiedyś, ale wciąż nie będziecie współwłaścicielami sukcesu, który razem mamy zbudować.

I tu zaczyna się zgrzyt. Bo z punktu widzenia Liberty Media taka propozycja może wyglądać rozsądnie: promotor podnosi wypłaty, inwestuje w rozwój, wymaga profesjonalizacji i większej dostępności. Z punktu widzenia producentów to jednak klasyczne „dajcie więcej, dostając w zamian niewiele więcej kontroli”. Fabryki mają projektować motocykle, finansować rozwój technologiczny, zatrudniać zawodników, budować narrację wokół marek i jeszcze dostosować się do coraz bardziej rozrywkowego modelu mistrzostw. A jeśli cały tort urośnie, to ktoś inny będzie decydował, jak grube kawałki trafią na talerze.

Najbardziej widowiskowy sygnał buntu pojawił się podczas weekendu Grand Prix Hiszpanii w Jerez. MotoGP Sports Entertainment Group zorganizowało tradycyjną kolację dla „rodziny MotoGP” w Bodegas González Byass. Mieli być przedstawiciele promotora, producenci, zespoły, sponsorzy, partnerzy i ważni goście. Na miejscu pojawili się m.in. Derek Chang – prezes i dyrektor generalny Liberty Media, Stefano Domenicali –szef Formula One Group oraz Carmelo i Carlos Ezpeleta – czyli najważniejsze twarze obecnego MotoGP Sports Entertainment Group, wcześniej znanego jako Dorna Sports. Carmelo Ezpeleta od dekad jest szefem Dorny, a Carlos Ezpeleta odpowiada za sportową stronę MotoGP. Tyle że część najważniejszych gości na kolację po prostu nie przyszła.

Aprilia, KTM i Yamaha zbojkotowały spotkanie. Bez ostrzeżenia, bez eleganckiego komunikatu, bez dyplomatycznego „niestety nie możemy się pojawić”. Były za to puste miejsca przy stołach. Ducati i Honda również nie wystawiły najmocniejszej reprezentacji: zamiast najważniejszych szefów pojawili się przedstawiciele niższego szczebla. W przypadku Ducati zabrakło m.in. Claudio Domenicalego, Gigiego Dall’Igni i Mauro Grassilliego, a markę z Borgo Panigale reprezentowali przede wszystkim Davide Tardozzi – menedżer fabrycznego zespołu, oraz odpowiedzialny za komunikację Artur Vilalta. Honda również nie wysłała najwyższych rangą szefów — na miejscu byli Alberto Puig – menedżer zespołu oraz przedstawiciele biura prasowego. Według relacji z padoku organizatorzy musieli na szybko przestawiać stoły, żeby nie było zbyt wyraźnie widać, jak wielką dziurę w „rodzinnej” atmosferze zostawili producenci.

To był gest prosty, ale bardzo czytelny. W MotoGP rzadko krzyczy się przy kamerach. Tu częściej mówi się półsłówkami, uśmiecha do wspólnych zdjęć i negocjuje za zamkniętymi drzwiami. Dlatego nieobecność przy kolacji znaczyła więcej niż niejedna konferencja prasowa. Producenci pokazali: jeśli chcecie traktować nas jak dostawców dekoracji do waszego show, to zobaczcie, jak wygląda show bez nas.

Liberty Media zareagowało tak, jak reaguje duży gracz biznesowy: próbą rozbicia wspólnego frontu. Do tej pory pięciu producentów trzymało się razem pod parasolem MSMA, której przewodzi Massimo Rivola, szef Aprilia Racing, a w negocjacjach ważną rolę odgrywa także Lin Jarvis, były wieloletni szef Yamahy. Po Jerez MotoGP SEG miało zmienić strategię i zacząć rozmowy indywidualne z poszczególnymi producentami oraz zespołami. To klasyczna metoda: jeśli blok jest zbyt twardy, trzeba sprawdzić, kto pierwszy uzna, że osobna umowa bardziej mu się opłaca.

Według doniesień Motorsport.com Honda miała być najbardziej skłonna do podpisania porozumienia, Ducati miało się zbliżyć do stanowiska promotora, a Yamaha, Aprilia i KTM pozostawały twardsze w sprzeciwie. W tle są też zespoły satelickie, które mają własne interesy i niekoniecznie muszą patrzeć na sprawę dokładnie tak samo jak fabryki. VR46, Gresini, LCR czy Tech3 również potrzebują stabilności finansowej, ale dla nich kluczowe może być to, czy pieniądze pojawią się szybko i na przewidywalnych warunkach.

Największy paradoks polega na tym, że nikt rozsądny nie zakłada dziś, że producenci naprawdę wyjdą z MotoGP. Wszyscy przygotowują się przecież do nowych przepisów technicznych od 2027 roku, w tym do ery motocykli 850 ccm. To oznacza ogromne nakłady na rozwój, planowanie składów i przyszłe projekty.

Ale w negocjacjach nie zawsze chodzi o to, żeby użyć broni atomowej. Czasem wystarczy przypomnieć, że się ją ma. Producenci wiedzą, że bez ich motocykli Liberty Media może mieć piękne prezentacje, wielkie plany i znakomite kontakty w świecie sportu, ale nie będzie miało najważniejszego: wyścigów MotoGP.

Spór o pieniądze przykrywa jeszcze jeden, może nawet ważniejszy temat: władzę. Producenci chcą mieć wpływ na to, dokąd jedzie MotoGP, kiedy jedzie i na jakich torach się ściga. To nie jest kaprys. Jeśli promotor będzie forsował coraz bardziej widowiskowe lokalizacje, uliczne tory albo kalendarz podporządkowany wyłącznie rynkom i strefom czasowym, fabryki oraz zespoły poniosą tego konsekwencje logistyczne, sportowe i wizerunkowe. Dla Liberty Media nowy rynek może być szansą na wzrost. Dla producenta może być problemem, jeśli tor nie pasuje do motocykli, nie spełnia oczekiwań bezpieczeństwa albo po prostu komplikuje sezon.

Producenci MotoGP walczą z Liberty Media o zyski i wpływy…

Właśnie dlatego ten konflikt jest czymś więcej niż kłótnią o przelew. MotoGP stoi przed zmianą modelu funkcjonowania. Dotąd Dorna, ze wszystkimi swoimi wadami i zaletami, była firmą mocno zrośniętą z padokiem. Liberty Media patrzy szerzej i chłodniej: widzi markę globalną, która — przynajmniej w teorii — może urosnąć tak, jak urosła Formuła 1 po 2017 roku. Problem w tym, że wzrost F1 był możliwy nie tylko dzięki Netflixowi, social mediom i nowym rynkom. Był możliwy również dlatego, że zespoły funkcjonują tam w strukturze, w której udział w pieniądzach mistrzostw jest fundamentem systemu. Producenci MotoGP najwyraźniej uznali, że skoro Liberty chce używać metod z Formuły 1, to nie może stosować tylko tych, które pasują właścicielowi.

Na marginesie tej walki zostają jeszcze zawodnicy. To oni poniosą część konsekwencji ewentualnego „większego show”: większej liczby obowiązków medialnych, mocniejszej eksploatacji wizerunku i być może kolejnych zmian w formacie weekendów. Mat Oxley słusznie zauważa, że producenci mają MSMA, zespoły mają IRTA, a zawodnicy wciąż nie mają równie silnej reprezentacji. Gdy więc Liberty Media i fabryki układają między sobą przyszły podział pieniędzy oraz wpływów, jedna grupa pozostaje zaskakująco cicho — choć to właśnie ona każdego weekendu nadaje całemu produktowi twarz i to oni podejmują ryzyko.

Dlatego obecny spór może być jednym z najważniejszych momentów dla MotoGP od lat. Jeśli Liberty Media wygra zbyt łatwo, producenci dostaną więcej pieniędzy, ale niekoniecznie więcej wpływu. Jeśli MSMA utrzyma wspólny front, MotoGP może wejść w nową epokę z bardziej partnerskim modelem, w którym fabryki i zespoły uczestniczą w zyskach oraz decyzjach. Jeśli zaś negocjacje pękną na osobne porozumienia, każdy ugra coś dla siebie, ale wspólna siła producentów może zostać osłabiona na lata.

Na razie widać jedno: „rodzina MotoGP” przestała udawać, że przy stole wszystko jest w porządku. Jedni chcą zbudować większe show, drudzy chcą za to show sprawiedliwego udziału w zyskach i wpływie na przyszłość. A gdzieś pomiędzy są kibice, którzy chcą po prostu oglądać najlepszych zawodników świata na najlepszych motocyklach świata — najlepiej bez poczucia, że ich ulubiona seria właśnie staje się polem bitwy między księgowymi, prawnikami i ludźmi od prezentacji w PowerPoincie.

Zdjęcia: MotoGP, VR46

KOMENTARZE