fbpx
A password will be e-mailed to you.

Motocykl może zafascy­nować człowieka na wiele różnych sposobów. Jed­nych urzeknie piękno sta­rych konstrukcji i radość z procesu przywracania im dawnego blasku. In­nym niepoprawnym indy­widualistom nie wystar­czy nic co seryjne. Ci mu­szą mieć naprawdę ten jeden, własny, niepowtarzalny motocykl, aby poczuć peł­nię szczęścia. Jednak dla większości motocyklistów najważniejsze są dozna­nia, jakie niesie ze sobą jazda. 

Jednym z tych zapalonych jeźdźców wystarczy turystyka. Pociągają ich dalekie wyprawy, możliwość pokonania jak naj­większych dystansów, zobacze­nia jak najwięcej ciekawych miejsc. Ale są też osobnicy obda­rzeni większym niż przeciętny głodem mocnych wrażeń. Dla nich motocykl to przede wszyst­kim sprzęt do wyszalenia się. Chcą jeździć coraz szybciej, nigdy nie mówią dość, zawsze im mało wrażeń, zawsze szukają czegoś nowego. To właśnie z nich rekru­tują się zawodnicy. Nic bowiem nie dostarczy tylu doznań, co sportowa jazda motocyklem. 

Takim właśnie zapaleńcem jest 29-letni (w 1996 roku, przyp. red.) płocczanin – Wojciech Sławiński, startujący w wyścigach klasy Superbike. Jego kariera zawodnicza trwa jeszcze bardzo krótko, lecz roz­wija się błyskawicznie. Wojtek jest jedynym znanym mi za­wodnikiem, który swą przygo­dę ze sportem rozpoczął już w wolnej Polsce, a nie w PRL. Wprost z ulicy trafił od razu do sportu przez duże S. Zrobił to własnymi siłami, jeździ na wła­snym sprzęcie, sam o wszystko się stara, nie czekając na po­moc ze strony PZM. Wojtek jest po prostu nowoczesnym typem zawodnika, można by rzec, za­wodnikiem w stylu zachodnim. 

Początki fascynacji 

Gdy nadarzyła się po temu oka­zja, poprosiłem go o garść zwierzeń na temat jego moto­cyklowej pasji. Wydaje mi się bowiem, że droga Wojtka może być inspiracją dla tych, którzy chcą jeździć naprawdę szybko. Najlepiej więc oddajmy głos Wojtkowi.

 – Jak większość z jeżdżą­cych motocyklami, zaczynałem jako nastolatek, od motorowe­ru. Potem, kiedy miałem już 17 lat i mogłem zrobić prawo jazdy, przesiadłem się na Jawę 350. Jazdy na niej zaowocowa­ły pierwszymi objawami fascy­nacji prędkością. Czy pamięta­cie, jak to jest, kiedy pierwszy raz w życiu przekracza się ba­rierę 100 km/h? To prawie tak jak wejście w dorosłe życie. Po­stępy jeździeckie przychodziły szybko, trzeba więc było co nie­co podłubać w silniku, dodać koniom mechanicznym nieco werwy. Przecież nie można po­zwolić, by ktoś ze znajomych, mających podobny motocykl, mógł nawet pomyśleć, że może być szybszy. – – Lata studenckie rzuciły mnie za granicę, co umożliwiło jednocześnie zdo­bycie kasy pozwalającej na zakup ośmioletniego BMW R 90/6. To dopiero była jazda! 180 km/h! Za pierwszym razem zdołałem utrzymać tę prędkość tylko przez chwilę, potem zatrzymałem się, by otrzeć pot z czoła i ochłonąć z wrażenia, lecz z czasem szybka jazda przychodziła coraz łatwiej, była coraz przyjemniejsza. BMW towarzyszyło mi wiernie przez trzy lata, pokonując rocznie dystans 10 tys. km. Jeździłem nim na zloty, wybierałem się też na dłuższe eskapady za granicę. Odwiedziliśmy razem Buda­peszt, by przyjrzeć się z bliska wyścigom Formuły 1. –

– Po trzech la­tach intensywnej eksploatacji poczciwa beema powiedziała „dość!”. Padł wał korbowy. Udało mi się naprawić uszko­dzenie, lecz wkrótce mechani­zmy znowu odmówiły posłu­szeństwa. To zniechęciło mnie do dalszej współpracy z BMW. W moim motocyklowym życiu nastąpiła roczna przerwa. Trzeba było pomyśleć o założe­niu własnej firmy i rozkręceniu interesu. Potem przyszła kolej na Kawasaki KZ 1100 Spectre (wersja USA). To już było coś! 100 KM pod siedzeniem! Jed­nak w ciągu sezonu „wjeździłem się” w ten motocykl tak, że mo­głem wykorzystać 100% jego możliwości, a wtedy przestał mnie bawić. Przesiadłem się więc na Hondę Pan European, wspaniały, nowoczesny moto­cykl turystyczny o wysokich osiągach i dużym komforcie. Ten jednak znudził mi się jesz­cze szybciej. Stwierdziłem, że on po prostu nie jedzie! –

– Widać było, że nieuleczalna mania szybkości toczyła mnie od środ­ka. Po prostu czułem się dobrze dopiero wtedy, gdy obroto­mierz „dochodził” do czerwo­nego pola, silnik wył jak wście­kły, a świat śmigał do tyłu w szalonym tempie. Jeśli pod­czas pokonywania zakrętu, na wyjściu z łuku, tylna opona nie zaczynała lekko „płynąć”, nie czułem pełnej satysfakcji. Ja­sne, że przy takim podejściu do jazdy Honda Pan European by­ła dla mnie bardziej „tapcza­nem” na dwóch kołach niż mo­tocyklem. Pozbyłem się więc Hondy i kupiłem marzenie każ­dego ulicznego ściganta, czyli „zygzaka” (Kawasaki ZZR 1100). Na nim wreszcie poczułem pełnię satysfakcji. W czasie wakacji wraz z pacz­ką przyjaciół wybraliśmy się na motocyklową eskapadę po Eu­ropie. Na alpejskich drogach odkryłem zalety nowego moto­cykla, a pokonanie setek serpentyn spowodowało, że zrosłem się ze swoim sprzętem w jeden organizm. Poczułem, że mogę z nim zrobić wszystko! 

Pierwsze doświadcze­nia na torze 

– Kiedy wróciliśmy do kraju, do­wiedziałem się o organizowa­nej na Torze Poznań I edycji Treningu Perfekcji Krakow­skiego. To było coś dla mnie! Zaprawiony w bojach na alpej­skich przełęczach, jechałem do Poznania z myślą, że pokażę wszystkim, co potrafię! Już na torze poczułem, że coś jest nie tak! Jechałem naprawdę „na zabój”, na zakrętach podszlifowałem owiewki w moim „zyg­zaku”, a uzyskałem czas okrą­żenia raptem 2,02 min i było wielu takich, którzy wyprze­dzali mnie, jakbym jechał na dziecinnym rowerku. –

– W Poznaniu odkryłem wiele obcych mi dotąd prawd. Po pierwsze, że jazda po torze to dopiero jest to! Na pewno niejeden z was przynajmniej raz w życiu jechał motocyklem z prędkością 200 km/h lub nawet więcej, pewnie każdy przekro­czył 150 km/h. Ale czy robiliście to jadąc w zakręcie, przy peł­nym pochyleniu maszyny, kiedy podnóżki szlifowały asfalt? A tu, na torze, jest to możliwe! Tu są wręcz laboratoryjne warunki, można jeździć bardzo szybko, ale bezpiecznie. Czło­wiek natychmiast orientuje się, co umie, a czego nie, lecz jed­nocześnie może czynić znacz­nie szybsze i dalej idące postę­py niż jeżdżąc po szosach. Tu dopiero można się naprawdę wyszaleć i jeszcze mieć z tego pożytek. –– W Poznaniu połkną­łem bakcyla wyścigów. Drugą prawdą, jaką odkryłem na to­rze, było to, że tu kluczem do sukcesu jest nie tyle wzrost mo­cy silnika, co przede wszyst­kim obniżenie masy motocy­kla. Najlepszy dowód, że dwie­ściepięćdziesiątki Grand Prix, ważące około 100 kg i dysponu­jące mocą około 100 KM, osiąga­ją lepsze czasy niż motocykle klasy Superbike (160 kg i 160 KM). Przesiadłem się więc z ZZR1100 na ZXR 750 R tej samej marki i postanowiłem nauczyć się naprawdę szybko jeździć. Okazją do treningów były kolej­ne edycje imprez Krakowskie­go. Na jednej z nich poprawi­łem swój czas o 5 sekund i zaliczyłem pierwszego „paciaka”. –

No właśnie. Czy jazda z dużą prędkością własnym sie­dzeniem po asfalcie nie ostu­dziła twoich zapałów? 

– No wiesz, po takiej przy­godzie początkowo przeżywasz szok, potem musisz uspokoić nerwy, przemyśleć całą spra­wę, odtworzyć w pamięci prze­bieg wypadku i odkryć przyczy­nę, jak do niego doszło, prze­analizować błędy, a następnie… wsiąść na motocykl i ognia!! Chcąc jeździć wyścigowo mu­sisz wkalkulować ryzyko upad­ków, bo jeżdżąc na granicy przyczepności musisz ją czasa­mi przekroczyć i nie ma na to rady! W sporcie przewracają się wszyscy. Dlatego nie można oszczędzać na środkach podno­szących bezpieczeństwo. Mu­sisz mieć dobry kombinezon, ochraniacze, buty, kask i ręka­wice. –

– Sport ten uczy perfekcyj­nego podejścia do tematu, do­kładności w przygotowaniach, odpowiedzialności. Tu karę za wszelkie błędy ponosisz na­tychmiast i to dotkliwie! Szoru­jąc plecami po asfalcie czujesz się tak, jakby cię przypiekali ogniem! Na co dzień wiele ży­ciowych niedoróbek może ci ujść płazem, w wyścigach nie ma o tym mowy! No, ale dość filozofowania, wróćmy do wła­ściwego tematu. –

Wejście w sport wyczynowy 

– Kiedy ku swemu zdziwieniu i jednocześnie radości stwier­dziłem, że osiągam coraz lep­sze czasy, postanowiłem za­brać się do tej zabawy napraw­dę poważnie. Sprzedałem ZXR i odkupiłem od Włodka Kwasa prawdziwego Superbike’a – pełnowartościowy motocykl wy­ścigowy, i postanowiłem starto­wać w poważnych zawodach, Mistrzostwach Polski, a także za granicą. Nie było to jednak takie łatwe. Teraz dopiero mu­siałem przejść twardą szkołę życia, przebijając głową grube mury bzdurnych, biurokratycz­nych barier. Dość powiedzieć, że licencję uprawniającą do startu w wyścigach musiałem zdobyć „wykręcając czas” w boiskowej próbie zręczności na motocyklu terenowym. Co ma jedno do drugiego? Tego chyba nikt nie wie. –

– Aby zdobyć licencję i móc startować w Mi­strzostwach Polski, musiałem wstąpić do jakiegoś klubu. Początkowo, jeszcze na ZXR 750 R, startowałem w barwach sochaczewskiego „Szaraka”, w klasie popularnej. Po zdoby­ciu licencji i przejściu do klasy Superbike, za namową p. Ry­szarda Mikurdy – prezesa Okręgu PZM, wstąpiłem do Kie­leckiego Klubu Motorowego. Pan Mikurda obiecywał „złote góry”. W praktyce jednak, wy­stępując w barwach KKM nie otrzymałem z tego klubu żad­nej, choćby symbolicznej po­mocy. Do dziś czuję się oszuka­ny. –– Obecnie przeniosłem się do Automobilklubu Wielkopolskie­go, w którego barwach będę startować w 1996 roku. W pla­nach na obecny sezon mam starty w Międzynarodowych Mistrzostwach Czech, w możli­wie jak największej ilości elimi­nacji Mistrzostw Europy oraz oczywiście we wszystkich eli­minacjach Międzynarodowego Pucharu PZM „Polonia Open”, do uczestnictwa w których za­praszam również wszystkich motocyklistów z jajami. Są to bowiem rozgrywki pomyślane tak, że mogą w nich wziąć udział zawodnicy oraz amato­rzy. Spróbujcie, a przekonacie się, że jazda po torze to wielka frajda, niezależnie od tego, ja­kim motocyklem się dysponu­je. Przecież we Włoszech ści­gają się nawet na skuterach! Tylko na torze możecie poznać, jak zachowa się wasza maszyna w ekstremalnych warunkach. Tu właśnie, a nie na ulicach, możecie wyszaleć się do woli. – 

– Na zakończenie, korzysta­jąc z gościnności łamów ŚM, chciałbym jeszcze podziękować firmom, które pomagają mi uprawiać ten sport. Dzięki firmie Dunlop zosta­łem na ten sezon wyposażony w opony (na takich właśnie oponach Wojtek ustanowił re­kord toru Poznań w klasie Su­perbike, wygrywając jednocześnie w międzynarodowym wy­ścigu zaliczanym do Mis­trzostw Berlina i Brandenbur­gii 23.09.95). Firma Rider S.C. z Krakowa zaoferowała swą pomoc w postaci nieodpłatnego wyposażenia mojego motocykla w klocki hamulcowe EBC, zaś Motul środki smarne wysokiej jakości. –

Siedząc tak i słuchając opo­wiadania Wojtka, przeniosłem się wyobraźnią w kolorowy świat wyścigów i wielkich pręd­kości. Kiedy Wojtek skończył i mogłem powrócić do rzeczy­wistości, postanowiłem niezłomnie wziąć udział w elimina­cjach „Polonia Open”. Będę też w miarę możliwości starał się relacjonować dla Was postępy naszych zawodników wyścigo­wych na torach Europy.

 

KOMENTARZE