W tej historii nie znajdziecie opisów miejsc, dróg czy knajp godnych odwiedzenia. To jedna z tych podróży, w których czas i miejsce nie są istotne. Liczy się za to dobry humor, czerpanie przyjemności z jazdy motocyklem i najważniejsze: spotkanie z kumplami!

Każdy z nas ma przynajmniej kilka nowoczesnych motocykli, które jeżdżą, trąbią i ładnie wyglądają. Każdy pokonuje na nich kilka, jeśli nie kilkanaście, albo wręcz – „dziesiąt” tysięcy kilometrów. Jednak raz na jakiś czas spotykamy się i jeździmy „Wueskami”, to dla nas święto!


REKLAMA

Raczej jechać, niż dojechać

Po dniu w redakcji wsiadłem do Pendolino, który dostarczył mnie do Bielska-Białej, gdzie spotkałem się z kumplem, niejakim Piotrkiem Ganczarskim. W jego garażu stacjonowały nasze „Wueski”. Wtorek w zasadzie chylił się już ku końcowi, a w środę rano mieliśmy wyjechać. Czekało na nas prawie 160 kilometrów jazdy – dla naszych „Wuesek” to jakieś trzy dni jazdy pełnej przygód!

Nasze „Wueski” nigdy nie są przygotowywane do wyjazdu, no chyba, że za takie przygotowanie uznamy sowicie zakrapiane próby odpalenia sprzętów w wieczór przed wyjazdem. Jeśli chcielibyśmy dojechać do celu, to wskoczylibyśmy na nowoczesne motocykle i z punktu A przemieścilibyśmy się do punktu B. Tym razem celem naszej tułaczki był festiwal muzyki folkowej – Pannonica 2018. Nazwa zachęca, klimat również, ale ja nie o tym…

Wszystko zgodnie z planem!

Pamiętałem, że ostatnia nasza wspólna wyprawa zakończyła się uszkodzeniem napinacza łańcucha. Wiedziałem, że muszę go zrobić, zanim wyjedziemy. W garażu Piotrka już trwała walka: jego „Wueska” nie miała iskry na świecy. W zasadzie naprawa miała trwać kilka minut, lecz z banalnymi przypadkami bywa tak, że szybko przeradzają się w czeski film, a rozwiązania zagadki nie widać przez kolejnych kilka długich odcinków. Nie inaczej było tym razem.

Iskry szukaliśmy przez 12 godzin. Dobrze, bo bardzo szybko się okazało, że w mojej „dwuramówce” zaginęło ciśnienie na cylindrze, a pierścienie dzwonią jak oszalałe. Nazajutrz wyskoczyliśmy na zakupy. Platynki, kondensatory, świece (tylko Iskra!), Mixol, tłok i pierścienie. Prace remontowe trwały cały dzień. W końcu, tuż po zachodzie słońca, byliśmy padnięci, ale gotowi do podróży. „Wueski” działały i kopciły. Mogliśmy wreszcie wyjechać.

Nie! Nie tak szybko! Olej w skrzyni! Musimy sprawdzić poziom oleju! Sprawdziliśmy: w Kobuzie 175 nie było nawet kropli…

Przed nami była 30-kilometrowa przeprawa do Andrychowa, gdzie czekała na nas reszta ekipy. Po drodze zrobiliśmy kilka remontów: zablokował się tylny hamulec, wyleciał filtr powietrza z „dwuramówki” i kilka razy podwiesił się pływak. W zasadzie wszystko szło zgodnie z planem. Jechaliśmy zatłoczoną drogą nr 52 w stronę Krakowa. Dzięki nam była zakorkowana jeszcze bardziej, a kierowcy jadący za nami musieli używać przeciwmgielnych – miksolu nie szczędziliśmy!

WSK Summer Trip - W poszukiwaniu przerwy (na platynie)

W Andrychowie mieliśmy kilkugodzinne opóźnienie. Jeśli mielibyśmy dojechać na festiwal, powinniśmy ruszyć dalej. Dlatego otworzyliśmy flaszki i rozpaliliśmy ognisko. Jak się człowiek spieszy, to się diabeł cieszy! Andrzej, nasz gospodarz i kompan podróży, ugościł nas po królewsku. Tak bardzo, że kolejnego dnia długo nie mogliśmy nawet myśleć o przekręceniu kraników w naszych sprzętach. Czyli wszystko szło zgodnie z planem…

Zabawa trwa!

Do dwóch Wuesek w Andrychowie dołączyła jeszcze WSK Sport, „Rusek” z koszem i SYM 125. Normalnie nie zgodzilibyśmy się na udział nowoczesnej „stodwudziestkipiątki”, ale daliśmy mu kredyt zaufania. Na szczęście nas nie zawiódł i kilka dni później zaliczył takiego dzwona, że „pół trasy” zwijało się ze śmiechu.

Byliśmy już wszyscy: Tobiasz, Piotrek, Wawel, Kaka, Pipcyk i Jadzik w koszu. Ruszyliśmy. Jeszcze przed rogatkami Andrychowa zrobiliśmy pierwszy remont tego dnia. Zatkał się kranik w Sporcie. To była szybka naprawa. Kiedy już wszyscy byliśmy gotowi, posłuszeństwa odmówiła „dwuramówka”. Po raz kolejny zawiesił się pływak… W końcu opuściliśmy Andrychów i bocznymi drogami sunęliśmy na wschód. Naszym celem były Barcice nieopodal Starego Sącza.

Początek właściwej przygody

Wszystko zaczęło iść niespodziewanie łatwo. Coś jednak wisiało w powietrzu. Nie myliłem się. Na wysokości jeziora Świnna Poręba moja „Wueska” po raz kolejny tego dnia porzuciła palenie. Zacząłem grzebać przy chińskim gaźniku. W tym czasie okazało się, że podczas ostatniego remontu Wawel zgubił swój telefon. Ahh! Takiej ekipy ze świecą szukać! Na szczęście ktoś go znalazł w wiosce oddalonej od naszej aktualnej pozycji o 30 kilometrów. W naszym tempie to jakieś cztery godziny jazdy. I po raz pierwszy na tym wyjeździe nieodzowny okazał się „Rusek”, który jechał do tej pory bez żadnej awarii.

WSK Summer Trip - W poszukiwaniu przerwy (na platynie)

Po kilkudziesięciu minutach „Rusek” wrócił i… zgasł, jakby miał zamilknąć na zawsze. Najpierw zniknęła iskra, później zaczęło się gotować paliwo w gaźnikach. Sprawa wydawała się tragiczna, ale Andrzej zna swój sprzęt. Tu pogłaskał, tam posmyrał, dał z buta i odpalił. Ten sprzęt musiał jechać, bo się smażył. Ruszył więc sam do celu, a my próbowaliśmy go gonić. To jednak nie koniec udziału „Ruska” w naszej historii.

Oświecenie przed wieczorem

Sunęliśmy. Do Starego Sącza było coraz bliżej. Nową porcję awarii rozpoczęła „dwuramówka”, która dokładnie co pięć kilometrów gasła. Iskra była, paliwo również. Kombinowaliśmy, błagaliśmy, wznosiliśmy modły, rzucaliśmy przekleństwami – wszystko na nic. Pięć kilometrów jazdy i koniec. Pchanie, wymiana świecy, zalanie cylindra paliwem prosto z wężyka, bęc w kopkę i chodzi. Rytuał powtarzaliśmy co 15 minut. W końcu co 10, a na koniec co 5. W końcu „dwuramówka” podziękowała za współpracę. Kończyły się nam pomysły. Odpięliśmy instalację, żeby pominąć możliwość uszkodzenia stacyjki czy jakiegoś zwarcia. Zrobiło się jakby lepiej: mogliśmy jechać nawet 20 minut bez postoju. W końcu jednak „Wueska” powiedziała dosyć.

WSK Summer Trip - W poszukiwaniu przerwy (na platynie)

Moje poczucie humoru zaczęło powoli się kończyć i zaczęła się nerwówka, której tak bardzo nie chciałem. Robiło się coraz ciemniej. Nie chciałem, żeby reszta ekipy przeze mnie gniła nocą gdzieś w krzakach przy drodze. No dobra, chciałem – to mogło być zabawne. Wtedy mnie oświeciło! Platyna! Spojrzałem na nią – nie wiem czemu, pierwszy raz podczas tego wyjazdu. Przerwa miała jakieś pół centymetra! Jakim cudem wcześniej silnik zaskakiwał?

Ustawiłem zapłon, odpaliłem i… Pruliśmy do Barcic, gdzie właśnie rozpoczynał się festiwal. Prędkość wzrosła do 60 km/h! Robiło się niebezpiecznie szybko. To dla „Wueski” prędkość nadświetlna. Świadomość, że nie masz hamulców, przy 60 km/h bardzo pobudza wyobraźnię…

Niepowtarzalny klimat

Dojechaliśmy do bram festiwalu. Czuliśmy się jak pierwsi zdobywcy ośmiotysięcznika zimą bez tlenu! Wreszcie mogliśmy napić się zimnego piwa i ciepłego bimbru, który jechał z nami w plecaku! Po 13 godzinach podróży, dziesiątkach remontów i tyluż, jeżeli nie więcej, skrętach żołądka, oczywiście ze śmiechu dojechaliśmy na miejsce. Na miejscu czekał na nas Andrzej, który dojechał w zasadzie chwilę przed nami (miał po drodze jeszcze kilka przygód) i niejaki Pompek, który przyjechał swoją Jawą TS 350. Należy do naszego klubu: gnał do Barcic na pracującym jednym garze…

Nie będę rozpisywać się na temat festiwalu, bo czekała nas jeszcze droga powrotna. Dodam, że „Pannonica Folk Festival” to najlepszy festiwal muzyczny, na jakim byłem. Nie ma tłumów, zabawa jest super, a klimat? Niepowtarzalny!

Męska przygoda

Droga powrotna rozpoczęła się z samego rana. Po ostatnich remontach „Wueski” jakby zaczęły jechać sprawniej. Nie psuły się, nie gasły. Dziwne, to u nas się nie zdarza zbyt często. To dobrze, musieliśmy trzymać tempo, bo znad gór nadciągały ciężkie chmury burzowe. Nawet „dwuramówka” jechała. Co prawda lewą ręką bez przerwy musiałem trzymać gaźnik, bo ten od wibracji co chwilę wypadał z mocowania. Na szczęście – jak to gaźnik – trzymał się na lince gazu. W końcu doszedłem do perfekcji: wsadzałem go jeszcze w trakcie jazdy, tak że udawało mu się zassać paliwo do korby.

Musieliśmy trzymać tempo, bo znad gór nadciągały ciężkie chmury burzowe.

Rozpoczęły się strome podjazdy – byliśmy niedaleko Tatr. „Wueski” dostawały łomot. Na dwójce brakowało im mocy, na jedyne rzęziły do granic możliwości. Wspinaliśmy się i zjeżdżaliśmy, nie zapominając o przegazówkach dla lepszego smarowania. 

Jechałem pierwszy. W końcu odwróciłem się i… za mną nikogo nie było! W końcu nadjechał Pietrek i oznajmił, że Kaka (jechał SYM-em) próbował wejść w zakręt w stylu Marca Marqueza i mu nie poszło. Wywinął orła aż miło. Na drodze awantura, auta stoją. W końcu – nadjechał. Morda uśmiechnięta, SYM nieco pokrzywiony. To był dobry moment na przerwę i obiad.

WSK Summer Trip - W poszukiwaniu przerwy (na platynie)

Ani kierowcy, ani motocyklowi nic się nie stało. SYM to twardy sprzęt, Kaka zresztą też. Ruszyliśmy. Pokonaliśmy już prawie 100 kilometrów! W końcu „dwuramówka” zgasła i porzuciła palenie na dobre. Burza była blisko i podjęliśmy męską decyzję: wyjmujemy sznurek. Trzydzieści kilometrów na holu było unikalnym przeżyciem. Do Andrychowa dotarliśmy po czterdziestu minutach holowania. Pożegnaliśmy się z ekipą – ekipa pojechała autem do Wrocławia. Mnie i Piotrka czekał powrót do Bielska. Ja wskoczyłem na SYM-a, PGR na swojego Kobuza 175 i ruszyliśmy. Do domu dotarliśmy przemoczeni do suchej nitki!

Najważniejsze – dobre towarzystwo

Oczywiście, mogliśmy przygotować nasze sprzęty do podróży, po prostu pojechać i dojechać, ale nam chodzi właśnie o to, żeby się bawić i przeżywać jeszcze raz to, co przeżywaliśmy w wieku 10-15 lat, kiedy szaleliśmy po wioskach na Komarach, „Wueskach” czy „Emzetach”. Dawno nie mieliśmy w głowach takiej fabryki endorfin jak podczas tego wyjazdu. Spróbujcie sami! Dobra ekipa to podstawa!

Musieliśmy trzymać tempo, bo znad gór nadciągały ciężkie chmury burzowe.

 

KOMENTARZE

REKLAMA

Polecane artykuły
W enduro sprincie nie ma miejsca na błąd! Zobaczcie kozacki…
Już 5-7 kwietnia rusza pierwsza, oficjalna edycja Beskid Rally. To także…