Maciek Giemza urodził się i wychował w kolebce polskiego enduro. Obserwując treningi Bartka Obłuckiego i Tadka Błażusiaka, wiedział, że to jego dyscyplina sportu. Gdy usiadł na motocyklu dakarowym, poczuł, że pokonywanie długich dystansów jest mu pisane.
Na skróty:
Mało brakowało, a Maciek nie jeździłby na motocyklach. Przygodę rozpoczął bardzo wcześnie, bo już w wieku 6 lat dostał pierwszą Husqvarnę. Jego talent do szybkiej jazdy objawił się od razu. Na próbie enduro obok domu, gdzie rozgrywano kiedyś rundę mistrzostw świata, jechał coraz szybciej i szybciej. W pewnym momencie stracił kontrolę i spektakularnie wystrzelił przez kierownicę…
Wychowanie przez sport
Na kilka lat obraził się na motocykle, ale fascynacja motoryzacją była silniejsza, a profesjonalnej karierze warunki sprzyjały. Cała rodzina kibicowała rajdom enduro, a to za sprawą wujka i ojca chrzestnego Maćka – Łukasza Bartasa, który startował w mistrzostwach Polski. Województwo świętokrzyskie również tętniło rajdami terenowymi. W końcu rozgrywano tutaj nawet słynne Sześciodniówki. W związku z tym okolice Kielc wychowały niejednego mistrza kraju.
Wiedza nie tylko praktyczna
Maciek był podobno dzieckiem nadaktywnym, ale w pozytywnym sensie. Problem w tym, że nie dało się go spuścić z oczu, bo zaraz właził na jakieś ogrodzenie. Rodzice wspominają, że z wakacji zawsze wracali o wiele bardziej zmęczeni, niż wypoczęci. Od kiedy nauczył się czytać, chłonął wszystkie magazyny motocyklowe i samochodowe. Był totalnie pochłonięty przez motoryzację, a równie mocno fascynował go sport. Jeśli ktoś czegoś nie wiedział o danym zawodniku, dyscyplinie, bądź motocyklu, mógł śmiało pytać Maćka.
Gdy już na dobre zasiadł na dwóch kołkach, widać było, że jego nieskończone pokłady energii idealnie współgrają z pasją. Gdy po treningach przyszedł czas na pierwsze zawody, decyzja została poddana wątpliwościom. Po namowach Maćka, rodzice zgodzili się na start. Podobno trochę liczyli na to, że nie pójdzie mu za dobrze, zrazi się i będzie wciąż jeździł tylko po okolicy, aczkolwiek Tata po cichu liczył na to, że złapie bakcyla.
Niestety nie poszło po myśli rodziców…
Nie mogło być inaczej i już w pierwszym roku startów w klasie 50 ccm Maciek zameldował się na podium mistrzostw Polski. Tak rozpoczęły się lata spędzone na treningach i zawodach, które wypełniały niemalże każdy weekend.
„Za dużo się naoglądałem…”
Maciek nauczył się kalkulować ryzyko, obserwując wypadki i kontuzje innych zawodników. Dlatego udało mu się obejść bez większych (jak na enduro) kontuzji. Niewykluczone, że tę umiejętność wyniósł od nauczycieli. Niestety, gdy do jego wujka przyjeżdżali na treningi Bartek Obłucki i Tadek Błażusiak, był zbyt mały, żeby z nimi jeździć. Obserwował więc z pierwszego rzędu, jak rodzi się największa w historii gwiazda polskiego trialu i enduro.

Kumple i „sparing partnerzy”
Bardzo dużo czasu spędził z Konradem Widłakiem. Układ był idealny. Konrad był starszy i miał prawo jazdy, a w rodzinie Maćka zawsze były jakieś busy. Jeździli więc wspólnie. Często towarzyszył im Jasiek Folga, a Rafał i Olek Bracikowie do dzisiaj są w gotowości do wspólnej jazdy. Nie można też zapominać o Łukaszu Kurowskim, z którym Maciek wyjeździł dużo motogodzin.
Urodzony motocyklowy turysta
Maciek śmieje się, że okazał się fanem turystyki motocyklowej. Ciężka maszyna dakarowa idealnie mu pasuje. Czuje się na niej swobodnie i o wiele trudniej jest mu teraz adaptować się do lekkiego enduro w rajdach Baja, niż z powrotem wsiąść na o wiele cięższą Husqvarnę 450 Rally. Szacuje, że tylko w tym roku wyjeździł około 350 motogodzin!

Inny świat
Pomimo trudnej przeprawy, pierwszy Dakar jechał z uśmiechem na ustach: spełniał swoje marzenia. Zajmując 24. miejsce, jako debiutant pokazał swój potencjał. Zapytany, czy boi się Dakaru, odparł, że podchodząc do rajdu z lękiem, nie zrobisz wyniku. W trakcie zmagań zdarzają się – jak to mówi – „big moments”, czyli sytuacje, w których tracisz kontrolę lub ocierasz się o poważne tarapaty. Wtedy przez kilka kilometrów jedzie się na miękkich nogach i dziękuje wszystkim tam na górze, że nic się nie stało. Na szczęście szybko się o tym zapomina i można cisnąć dalej.
Dużo przede mną
Maciek nie może doczekać się startu w Arabii Saudyjskiej. To duży kraj i liczy na większą różnorodność terenu. Niebawem po wywiadzie wyrusza do Dubaju trenować na wydmach. Musi to zrobić, gdyż cierpi na… chorobę lokomocyjną! Jakkolwiek kuriozalnie to może zabrzmieć, wielu zawodników na wydmach boryka się z tym problemem. Gdy jedziesz bezustannie w górę i w dół, żołądek potrafi się buntować. Przypomina to nawet bardziej chorobę morską, tyle że na środku pustyni…











