Z Markiem poznaliśmy się dwa lata temu, gdy w internecie poszukiwał informacji na temat opon z kolcami. Dzisiaj wie wszystko o kilkunastu rodzajach kolców, oponach, bocznych nartach, rozróżnia gatunki śniegu i jest po samotnej, motocyklowej, zimowej wyprawie na Nordkapp. A teraz szykuje się na jeszcze większe wyzwania, przy których zimowe wejście na Mont Everest bez tlenu wydaje się spacerkiem do Morskiego Oka.

Marek Suslik - Wyprawy zimowe


REKLAMA


Lech Potyński: To jak to wreszcie jest z tymi kolcami? Do zimowej jazdy motocyklem lepsze są opony fabryczne, czy „samoróbki”?

Marek Suslik: O fabrycznych oponach z kolcami możesz w ogóle zapomnieć. One raczej nadają się do zabaw lub sportu na lodzie, a mnie potrzebne były takie do dalekiej turystyki. Na rynku znajdziesz kilkanaście rodzajów kolców, różniących się długością, kształtem i rodzajem materiału. Wybierając się na daleką, zimową wyprawę, musisz poeksperymentować i zdecydować wcześniej, którego rodzaju użyć, żeby trakcja była optymalna. Trzeba więc najpierw zorientować się, w jakich warunkach będzie przebiegała znacząca większość trasy, a potem zainstalować najlepsze. To nie jest wielki problem. Na pewno nie polecam śrub z marketu budowlanego.

L.P.: Teraz to już jesteś mądry, ale skądś musiałeś przecież czerpać tę wiedzę? Bo przygotowanie do zimowej wyprawy na Nordkapp to nie tylko dobór opon, ale także wiele innych zagadnień, jak odpowiedni ubiór, namiot, żywność i dobór motocykla. W takiej trasie jesteś sam i nie możesz liczyć na żadne wsparcie…

Marek Suslik - wyprawy motocyklowe

M.S.: No tak, dla mnie liczą się tylko wyjazdy samotne, bez żadnego wsparcia z eskortującego samochodu czy choćby drugiego motocykla. Dlatego też wcześniejsze przygotowania są tak samo istotnie, jak finał w postaci podróży. Pierwsze doświadczenia zdobywałem, jeżdżąc zimą po okolicznych polach – takie kilkugodzinne kręcenie się wokół domu. Potem przyszły zloty Elefantentreffen w Niemczech. Tam poznałem wielu wspaniałych ludzi i jeszcze bardziej nakręciłem się na zimowe jazdy. Tam też zdobywałem pierwsze doświadczenia w biwakowaniu. Co prawda przez kilka lat pod rząd śniegu prawie tam nie było, ale rok przed wyjazdem na Nordkapp przytrafiło się niemal -26ºC i można było testować sprzęt. Wtedy zacząłem się zastanawiać, gdzie by tu pojechać zimą jeszcze dalej. Zacząłem szukać informacji w necie i okazało się, że są ludzie, którzy robią takie trasy.

L.P.: Z całym szacunkiem, ale „Elefant” i samotna wyprawa na Nordkapp to jednak wyzwania o nieco innej skali trudności. Ktoś to przed tobą robił?

M.S.: Oczywiście, nie jestem nawet pierwszym Polakiem, który porwał się na taki sprawdzian. Wcześniej zrobił tę trasę Tadeusz „Tadek” Arasimowicz, jadąc z Londynu, więc ja zajmuję drugie miejsce na podium. O moim wyjeździe zrobiło się ostatnio „głośno” (również za sprawą naszego magazynu numer 05/18 – przyp. red.) i wiem, że kilku kolegów planuje w niedalekiej przyszłości powtórzyć tę trasę. Zobaczymy, kto wskoczy na 3. miejsce…

L.P.: Zmarzłeś porządnie?

M.S.: No pewnie, że zmarzłem. Chcąc realizować tego typu wyprawy (nie mówię tu o kilkugodzinnym lataniu po lesie, tylko o długotrwałej, całodniowej jeździe), trzeba mieć przesuniętą granicę odczucia chłodu. Jeżeli zimą w samym T-shircie wychodzisz na balkon zapalić papierocha, znaczy, że masz predyspozycje. W pewnym stopniu można sobie te cechy wyrobić, ale wrodzoną odporność na zimno musisz w sobie też mieć. Jednak uważam, że dwu-, trzygodzinnymi, częstymi wyjazdami zimą w teren można u siebie obniżyć barierę akceptowalności wyziębienia organizmu. Niestety, to nie jest tak, że jak się fest „naubieramy”, to nie będzie nam zimno. W trakcie jazdy cały czas masz odczucie chłodu i musisz nauczyć się to akceptować. Ale to nie ja byłem tu słabym ogniwem. Mróz jest największym wrogiem skomplikowanej techniki i elektroniki. Na takim wyjeździe najbardziej praktyczną maszyną jest ta, która jest najprostsza konstrukcyjnie.

L.P. Tym razem nie spotkaliśmy się jednak w naszej redakcji, żeby rozpamiętywać minione sukcesy, tylko porozmawiać o jeszcze poważniejszych wyzwaniach. Nota bene, przyjmujemy nad nimi patronat medialny. Chodzi Ci po głowie zimowy wypad do Jakucji, czyli światowego bieguna zimna. To już nie jakiś tam Nordkapp, tylko 10 tysięcy kilometrów w jedną stronę w temperaturach dochodzących do -70°C. Czy to jest w ogóle realny pomysł?

M.S.: Przecież ludzie tam jakoś żyją i nawet jeżdżą samochodami czy skuterami śnieżnymi. Więc widocznie da się… A tak serio – tym razem przygotowania są znacznie poważniejsze niż do poprzedniej wyprawy, będą wymagały też znacznie więcej czasu i niestety pieniędzy.

Marek Suslik - zimowe wypraw motocyklowe

Wyjazd podzieliłem na dwa etapy: w lutym tego roku pojadę motocyklem do Moskwy, a stamtąd samolotem do Jakucka. Chcę porozmawiać z ludźmi, zobaczyć, jak mieszkają, czym się żywią, jakie mają zwyczaje, jak zabezpieczają się przed odmrożeniami i jak odpalają swoje pojazdy. Sprawdzić na własne oczy, jak wyglądają drogi. Ale nie te w miejscowościach, tylko w bezkresach i czy w ogóle tam są drogi. Jednym słowem, jak przeżyć i wrócić do Polski. Bez tego elementu późniejszy wyjazd motocyklem mógłby być zbyt ryzykowny. Pierwszy etap planuję przejechać moją wierną, już mocno pełnoletnią Hondą XL 600.

Drugi etap to już będzie wyprawa właściwa w roku 2020 – czyli w tę i z powrotem na kołach, samotnie, bez żadnego wsparcia. Nie wiem jeszcze, jakim motocyklem zrealizuję wyprawę właściwą, bo „Ikselka” jest już wyeksploatowana do granic możliwości i takiej trasy by nie udźwignęła. Wiem jedno: to musi być maszyna maksymalnie prosta, bowiem współczesne, plastikowe motocykle, naszpikowane elektroniką, zwyczajnie nie dałyby tam rady.

Marek Suslik - zimowe wyprawy motocyklowe

Oczywiście wyposażeniem obowiązkowym będą boczne narty własnej konstrukcji, ale podpatrzone na zdjęciach szwedzkiej armii z lat 50. Co do reszty – jeszcze nie wiem. Mam nadzieję, że ta pierwsza wizyta w Jakucji wyjaśni mi wiele spraw i podrzuci pomysły, jak nie dać się ekstremalnym mrozom.

Poza tym jestem w stałym kontakcie z chłopakiem z Francji, który przejechał całą Arktykę – 7 tysięcy kilometrów – Harleyem przy temperaturach sięgających od -60 do -70°C i on mi wiele rzeczy podpowiada. Cały czas przewija się jednak temat bocznych nart. On też z nimi jechał. Oczywiście sporo ludzi sugeruje, żebym dołożył boczny kosz. Jednak z moich dotychczasowych doświadczeń wynika, że taki wózek raczej byłby utrudnieniem, niż ułatwieniem. Przecież z jakichś powodów armia szwedzka używała podobnych nart, a Harley i Indian w latach 30. mieli je w ofercie akcesoriów.

L.P.: No właśnie – nie dać się mrozom. Wydaje się, że wyprawa nie będzie należała do wyjątkowo bezpiecznych. Co na to rodzina?

M.S.: Temat jest raczej delikatny. Moja żona to hiperwyrozumiała kobieta, jednak tym razem sytuacja będzie ekstremalna. 20 tysięcy kilometrów nie da się przejechać w dwa tygodnie, chociaż zauważyłem, że paradoksalnie zimą jeździ się szybciej niż latem. Po prostu nie ma czasu na pierdoły. Nie masz powodów stawać na dłużej, żeby coś pooglądać, zakoczować na dwa dni i podziwiać fiordy, tylko napiera się do przodu. Może niezbyt szybko, ale za to konsekwentnie i bez zbędnych przerw. Niemniej ta wyprawa trochę potrwa, więc muszę sobie odpuścić inne wyjazdy, żeby jak najwięcej czasu podarować rodzinie. Ja nie jestem zawodowym motocyklistą (w sensie uprawianego zawodu), więc muszę dzielić czas między obowiązki służbowe, rodzinne i moje hobby. Jakoś staram się to wszystko godzić. Wiem, że to nie będzie w pełni bezpieczny wyjazd, ale ja nie „cierpię na nieśmiertelność”! Zdaję sobie sprawę z zagrożeń i staram się je ograniczać do minimum.

Marek Suslik - zimowe wyprawy motocyklowe

Tu za sprawą Waszej redakcji chciałbym zaapelować do młodych ludzi, aby mieli świadomość, że w rzeczywistości człowiek dysponuje tylko jednym życiem, a nie – jak w wirtualnych grach – kilkoma. Każdy taki wyjazd musi być oparty na doświadczeniu, odpowiednich przygotowaniach, a przede wszystkim na świadomości zagrożeń. To nie jest tak, że „jak tamten zrobił, to ja też dam radę”. Owszem, siebie i maszynę można przygotować, ale istnieją zagrożenia, na które zwyczajnie nie mamy wpływu. Ślizgawica na jezdni, wariat za kierownicą czy stado przebiegających w poprzek drogi reniferów. A życie mamy tylko jedno. Warto się zastanowić, czy nim ryzykować. Nie ma czegoś takiego, jak „nieśmiertelność” i nie ma czegoś takiego, jak bezpieczna, zimowa jazda motocyklem. Zimowy wyjazd motocyklem może skończyć się dramatycznie już 10 metrów od domu.

Prawda też jest taka, że jeżdżę w styczniu czy lutym, żeby wcześniej, w Święta czy Nowy Rok, nie zafundować rodzinie ewentualnej niemiłej niespodzianki. I to też nie jest tak, że temat przechodzi w rodzinie całkowicie „na gładko”… Ale przecież w życiu trzeba realizować wyznaczone sobie cele.

L.P.: Obiecuję, że jak już będziesz gotów do wyprawy, urządzimy Ci uroczystą odprawę i start w gronie znajomych i kibiców. Jeszcze na koniec naszej rozmowy zareklamuj może swój internetowy fanpage?

M.S.: Prowadzę fanpage White Wolf – śniegiem po oczach (@sniegiempooczach) i tam można poczytać o moich doświadczeniach, przygotowaniach do wyjazdów moich i motocykla. Jeżeli ktoś ma ochotę rozpocząć zimowe jazdy motocyklem, chętnie porozmawiam, pomogę, doradzę.

KOMENTARZE

REKLAMA