fbpx

Piotr Baryła: Ile mamy czasu na rozmowę?

Piotr Baryła: Ile mamy czasu na rozmowę?

Krzysztof Białoskórski: Całe dwie godziny, do rozpoczęcia posiedzenia.

P.B.: Gdy przed chwilą spotkaliśmy się przed gmachem Sejmu miałeś na sobie kamizelkę odblaskową. Jeździsz w niej na co dzień?

K.B.: W Polsce funkcjonuje dziwna opinia, że kamizelka jest jakimś obciachem. Kompletnie tego nie rozumiem. Gdy jeżdżę bez kamizelki, mam uczucie, że jestem niewidzialny. A już szczególnie teraz, kiedy dni robią się coraz krótsze.

P.B.: Kiedy po raz pierwszy w życiu siedziałeś na motocyklu?

K.B.: Pierwszym środkiem transportu w mojej rodzinie było stare MZ Trophy. Z opowiadań mamy wiem, że rodzice sadzali mnie między siebie i tak jeździliśmy po całym kraju. Podobno, jak tylko motocykl ruszał, zapadałem w głęboki sen i nawet kilkugodzinna podróż nie była problemem.

P.B.: Ale za kierownicą nie usiadłeś tak szybko?

K.B.: Byłem chłopcem, który miał wszystkie zabawki prócz tej, której pragnął najbardziej. Rodzice byli wytrwali w postanowieniu, że na motocyklu nie będę jeździł. Prawo jazdy zafundowała mi babcia, ale wciąż nie miałem perspektyw na własny sprzęt.

P.B.: Kiedy się to zmieniło?

K.B.: W 1982 roku, po stanie wojennym, cała moja rodzina wyjechała do Niemiec. Mieszkaliśmy w obozie dla uchodźców. Całymi dniami obserwowałem motocykle, które przemykały pod naszym oknem. Emigrancki los spowodował, że rok później wylądowaliśmy w Australii. Za pierwsze zarobione pieniądze kupiłem swój pierwszy motocykl – srebrne Suzuki GSX 250.

P.B.: Pewnie „dwieściepięćdziesiątka” szybko się znudziła?

K.B.: Już po roku chciałem poczuć więcej mocy i zamieniłem ją na Hondę CB 900F Bol d`Or, w biało-czerwonym malowaniu. W tamtych czasach to był sportowy motocykl i tylko kumpel na Kawasaki Z 900 mógł mi dotrzymać tempa. Na australijskich bezludziach rozpędzałem się do grubo ponad 200 km/h…

P.B.: I powiedz mi jeszcze, że robiłeś to bezkarnie…

K.B.: Patrole policyjne były na drogach rzadkością. Pewnego razu, gdy byłem w trasie, przemknąłem obok stojących z radarem policjantów. Gdy to do mnie dotarło, postanowiłem jechać dalej. W Australii jest zakaz ścigania motocyklistów. Ale uzmysłowiłem sobie, że mogą na mnie zrobić obławę. Wpadłem więc na pomysł, że zjadę do buszu i przeczekam. Tak mnie wtedy pogryzły komary, że zacząłem żałować, iż się nie zatrzymałem…

P.B.: Ja spędziłem w Australii tylko kilka dni i zapamiętałem tyle, że to prawdziwy, motocyklowy raj…

K.B.: To prawda. Pomimo, że większość miast jest położona u wybrzeży, to blisko niemal każdej metropolii są górzyste tereny z pięknymi widokami i wspaniałymi trasami. Ja mieszkałem w Brisbane, stolicy stanu Queensland, gdzie słońce świeci 360 dni w roku. Tam nie ma zimy. Jest ciepło, a potem bardzo ciepło.

P.B.: I z pewnością na CB 900 się nie skończyło?

K.B.: Następna była Honda CX 500. Wielka pomyłka. Ten sprzęt spowodował, że przestałem jeździć na motocyklach na wiele lat. Był po prostu nudny. W motocyklach najbardziej kochamy adrenalinę, poczucie szaleństwa i odlotu. Tutaj tego nie było. Jeżeli mamy motocykl, który nas nie cieszy, nie bawi, trzeba się go jak najszybciej pozbyć. Tak też zrobiłem.

P.B.: Bo motocykl wcale nie ma być ekonomiczny, wygodny, poprawny…

K.B.: Jazda motocyklem nie jest racjonalna. Gdyby człowiek się zastanowił, co zyskuje, a co może stracić, prawdopodobnie nie wsiadłby na motocykl. A jednak wsiadamy i jeździmy. Na motocyklu moje myśli są zupełnie oderwane od codzienności. Dlatego również ta maszyna nie może być zbyt racjonalna.

P.B.: Powrót z Australii do Polski po kilkunastu latach też wydaje się średnio racjonalny. Jak sobie poradziłeś?

K.B.: Wróciłem w roku 1996, czyli w czasie, kiedy zaczęło dziać się tu dobrze. To był czas rozwoju i nadziei. Byłem wtedy tak zmęczony poukładaną Australią, że ta „wolna amerykanka” w Polsce bardzo mi się podobała.

P.B.: Wróciłeś do Polski i do motocykli?

K.B.: Tak, kupiłem sobie Junaka M10, bo to było moje marzenie z dzieciństwa. Na forum „junakowców” napisałem, że właśnie stałem się właścicielem egzemplarza, który jest nie do końca sprawny, a bardzo chciałbym pojechać na zlot Junaków w Szczecinie. Godzinę później był u mnie „Krzysztof54”, który zadeklarował pomoc. Po trzech dniach grzebania, głównie w elektryce, Junak był gotowy.

P.B.: Słyszałem, że właściciele Junaków bardzo się ze sobą integrują…

K.B.: Gdy kupujesz Junaka, wchodzisz w fajne towarzystwo, składające się z kamratów i prawdziwych pasjonatów, którzy doskonale znają swoje motocykle. Znany i lubiany „junakowiec” – Piotr C. – woził zapasowy tłok do swojego Junaka przez dwa lata. Gdy pewnego razu miał awarię w trasie i musiał wymienić uszkodzony tłok, był nawet zadowolony…

P.B.: Wymiana tłoka w trasie? Brzmi przerażająco…

K.B.: Jest takie powiedzenie: „Kiedy wrócę? Nie wiem. Junakiem jadę”… (śmiech). Wbrew pozorom niektórzy kamraci bardzo dużo czasu spędzają w siodle, nie zważając na warunki pogodowe czy pokonane kilometry. Podróżowanie z nimi to wspaniałe doświadczenie. Zawsze ruszamy razem i razem wracamy. Nikt nie zostaje bez pomocy.

P.B.: Często tej pomocy potrzebowałeś?

K.B.: Kilka lat temu połamałem się w Alpach Francuskich koło Monte Carlo. Byłem wtedy na Ducati. Ze spuchniętą nogą dojechałem do Wenecji (700 km) i tam dałem się zagipsować. Gdy tylko „Krzysztof54” i „WojtekZ3” z Warszawy dowiedzieli się o całej sytuacji, podpięli przyczepkę, wsiedli w samochód i następnego dnia oglądałem ich uśmiechnięte twarze.

Przejechali 3000 kilometrów, choć nawet nie prosiłem ich o pomoc.

P.B.: Zaraz, zaraz… Powiedziałeś Ducati?

K.B.: W miarę jedzenia apetyt rośnie. Poza Junakiem potrzebowałem do jeżdżenia jakiegoś motocykla zastępczego. Chciałem mieć coś innego, nietuzinkowego. I tak znalazłem Ducati Multistradę, motocykl z charakterem, który nigdy mnie nie zawiódł. Multistradą przejechałem w sumie ponad 20 tysięcy kilometrów.

P.B.: Domyślam się, że to jeszcze nie koniec przygód…

K.B.: Powiedziałby, że dopiero początek. Pojechałem kiedyś Multistradą na tor. Zorientowałem się, że jazda po torze to naprawdę fajna zabawa. Można się sprawdzić i dużo nauczyć. Jednocześnie wywrotka „cywilnym” sprzętem musiałaby słono kosztować, więc szybko kupiłem typową „torówkę”. Znalazłem zadbane, ośmioletnie Suzuki GSX-R 600, bez prawa rejestracji, przygotowane do jazdy po torze. Jeździłem głównie na tory do Radomia i Lublina, ale raz wybrałem się z Grandys Duo na Słowację. Wystartowałem w amatorskim wyścigu w swojej klasie i udało mi się nawet stanąć na podium.

P.B.: Tak się zaczęła zabawa z wyścigami?

K.B.: Przeciwnie. To był mój pierwszy i ostatni wyścig, bo zrobiłem szybką kalkulację, z której wynikało, że mnie na to po prostu nie stać. Koszty takiej zabawy są ogromne. Dlatego sprzedałem wyścigową „suzi” i kupiłem sobie Suzuki DR-Z 400 SM.

P.B.: Zatem kolejny rozdział w Twoim motocyklowym życiu nosi nazwę supermoto?

K.B.: Tak. Niedługo później dokupiłem jeszcze koła off-roadowe i zacząłem wyjeżdżać w teren. DR-Z na ciasnym torze asfaltowym była rewelacyjna, ale w terenie radziła sobie już znacznie gorzej. Niemniej to ona pozwoliła mi zasmakować jazdy w terenie i tak zacząłem się rozglądać za czymś lżejszym i mocniejszym. W końcu sprzedałem DR-Z i kupiłem KTM-a 530.

P.B.: Rezygnacja z supermoto na konto jazdy w terenie?

K.B.: Założenie było takie, żeby przekładać koła, więc miałem KTM-a na oponach z kostką, a gdy jechałem na tor, zakładałem slicki. Ale tym razem pojawił się problem zbyt miękkiego zawieszenia na tor asfaltowy. Dlatego coraz częściej KTM pozostawał na oponach off-roadowych. W terenie fajne jest, że masz kontakt z naturą, możesz pojechać przed siebie. Z kolegami z Jedwabnego potrafimy przejechać 300 km poza drogami utwardzonymi. I to już nie są nawet wyprawy, co przeprawy…

P.B.: Półtora roku temu miałeś jednak poważny wypadek…

K.B.: Przewracałem się dość często. Gdy wracałem z treningu bez wywrotki, to miałem nawet takie dziwne wrażenie, że nie dałem z siebie wszystkiego, że za bardzo się oszczędzałem. Niestety, pewnego razu upadłem niefortunnie. Skończyło się skomplikowanym złamaniem. Lekarze straszyli mnie, że nie będę chodził. Na szczęście chodzę i nawet nie kuleję. Jeszcze zanim skończyłem rehabilitację, jeździłem już skuterem.

P.B.: Więc skutery też lubisz?

K.B.: Skuter jest świetny do miasta. Nie wzbudza agresji u kierowców. Pod siedzenie mogę schować aparat lub kask. Do tego mało pali, jest łatwy w manewrowaniu i cichy.

P.B.: Skąd więc pomysł na Harleya?

K.B.: Jeździłem skuterem, wracałem wolno do sprawności i… Zacząłem oglądać serial „Synowie Anarchii”. Od tego się zaczęło. Gdyby mi ktoś powiedział, że za rok będę miał syna i Harleya, to bym mu się roześmiał w twarz. Jutro kończę 50 lat i wydawało mi się, że na Harleya jestem za młody, a na syna za stary. Dzisiaj mam i Harleya i syna.

P.B.: I wciąż odnajdujesz radość z jazdy…

K.B.: Nieustannie. Gdy jadę motocyklem, to wybieram boczne drogi, unikam krajówek i autostrad. Polska wygląda zupełnie inaczej, kiedy jedziesz przez wioski. Ostatnio wracałem z Jedwabnego przy pełni księżyca. Było naprawdę jasno. Światła było tak dużo, że drzewa rzucały cień na drogę, a pola były oświetlone po horyzont. To są bezcenne wrażenia.

P.B.: A twoja mama wciąż wytrwale sprzeciwia się temu, że jeździsz na motocyklach?

K.B.: Mama zawsze była przeciwna wszystkim motocyklom, które miałem. Ale kiedy zachorowałem na Harleya, „trochę” mi brakowało na jego zakup. Wtedy mama przyszła z pomocą finansową. Byłem miło zaskoczony, ale i zdziwiony. Może mama chciała mi pomóc, a może po prostu gdzieś wyczytała, że Harley to dobra inwestycja na przyszłość?

P.B.: Gdybyś miał odpowiedzieć krótko, czym są dla Ciebie motocykle?

K.B.: To najlepsza terapia, medytacja i lekarstwo na wszystko. Człowieka przytłacza wiele myśli, a motocykl jest formą odpoczynku i ucieczki we własną przestrzeń. Myślę, że nawet na „komarku” odnalazłbym radość z jazdy. Wspaniale, że mam Harleya, ale myślę, że nawet gdyby to były inne dwa koła z silnikiem, to i tak byłoby fajnie. Oby nie Honda CX 500… (śmiech)

P.B.: Dzięki za rozmowę Krzysztof.

KOMENTARZE