fbpx

Gdy zastanawiamy się, dokąd wyjechać na zagraniczny urlop, większości Polaków na myśl przychodzą Chorwacja, Grecja, Turcja czy Hiszpania. Sprawa ma się jednak nieco inaczej wśród polskich motocyklistów, chcących spędzić wakacje na dwóch kółkach. W naszym światku o palmę pierwszeństwa biją się alpejskie przełęcze, Bałkany i kierunek nieoczywisty dla reszty rodaków – Rumunia.

Rok 2021 był moim pierwszym w siodle motocykla, a doświadczenie zbierałem na Yamasze Ténéré 700. Po przejechaniu ok. 10 tysięcy km po Polsce poczułem, że nadszedł czas na pierwszą wyprawę zagraniczną. Za cel obrałem właśnie Rumunię. Dlaczego motocykliści wybierają ten kraj? Niezliczone kilometry krętych karpackich dróg (wśród nich najpopularniejsze, jak Transfogaraska czy Transalpina), dziewicza natura dostępna z gruntowych dróg (m.in. „legendarny” rumuński TET) oraz zabytki średniowiecza: zamki, kościoły i miasta – wszystko to przyciąga nas jak magnes.  

Ze względu na bogaty program wycieczki, zaplanowałem cały wyjazd na dziewięć dni. Nie lubię się śpieszyć, unikam autostrad (zresztą nie ma ich w Rumunii zbyt wiele), więc wstępnie oszacowana trasa (ok. 4000 km) rozkładała się na optymalne dla mnie 450 km każdego dnia. W zeszłym sezonie wojna w Ukrainie dopiero rysowała się na horyzoncie, mogłem więc w drodze do Rumunii przejechać przez ten kraj. To zdecydownie mniej popularna trasa, większość motocyklistów wybiera tę przez Słowację i Węgry. Ja natomiast zdecydowałem się na ten wariant, ponieważ bardzo chciałem zobaczyć twierdze w Kamieńcu Podolskim i Chocimiu. Jest to również chyba najkrótsza droga z Warszawy na Bukowinę, a pewno bardzo ciekawa i odpowiednia dla chętnej do jazdy po wertepach Ténéré 700.

Dziedziniec zamku w Chocimiu, gdzie w 1621 roku polska załoga dała zwycięski odpór Turkom

Wyruszyłem z Warszawy w środę po pracy, tak by na wieczór zajechać pod ukraińską granicę. Trasa niezbyt długa, jednak zbliżająca do celu o ponad 300 km oraz dająca możliwość przekroczenia granicy o poranku, kiedy ruch jest mniejszy. Moją ulubioną drogą wojewódzką nr 801 dotarłem do Kazimierza Dolnego (tam krótki postój), potem pomniejszymi drogami do DW835, którą dojechałem do Tarnogrodu i tam odbiłem na Oleszyce – miejsce noclegu. Celowo wybrałem pobliskie kameralne przejście graniczne w Budomierzu, licząc na krótszy czas spędzony w kolejce do odprawy. I rzeczywiście, kiedy rano podjechałem pod granicę, po polskiej stronie nie było żadnych innych pojazdów, po stronie ukraińskiej stała niedługa kolejka. 

Kresowym szlakiem

W czwartek rano (z jakiegoś powodu na wyjazdach sam z siebie budzę się o piątej rano, co w domu jest niewykonalne…) szybko przekroczyłem granicę i ruszyłem do Lwowa. Ponieważ w czasach studenckich spędziłem tam kilka dni na wyjeździe ze znajomymi, moja obecna wizyta była krótka. Właściwie to nie planowałem zajeżdżać do tego miasta, ale gdy zobaczyłem drogowskaz z napisem „LVIV 53”, to serce mocniej zabiło i pomyślałem, że muszę odwiedzić to moje kresowe wspomnienie choć na chwilę.

Pałac w Podhorcach, zbudowany dla Stanisława Koniecpolskiego „dla uciech i smacznego odpoczynku po wojskowych trudach i w Rzeczypospolitej zabawach”

Wjazd do Lwowa w godzinach porannego szczytu okazał się pomysłem nierozsądnym, ale na ratunek przyszła wąska Ténéré, która przeciskała się tam gdzie można (i gdzie nie można też), więc udało mi się całkiem sprawnie dojechać do historycznego centrum. Zaparkowałem maszynę i dalej ruszyłem pieszo – opera, pomnik Mickiewicza, katedry łacińska i ormiańska oraz gąszcz brukowanych ulic wyznaczały trasę mojego spaceru. Przed odjazdem szklanka zimnego kwasu chlebowego (lwowski jest najlepszy), przystanek na Cmentarzu Łyczakowskim i można jechać dalej kresowym szlakiem.

Zaprowadził mnie on do tak zwanej „Złotej Podkowy” – zespołu trzech zamków strzegących strategicznej drogi z Kijowa do Lwowa: w Olesku, Podhorcach i Złoczowie. W oleskim zamku na świat przyszedł i spędził młodzieńcze lata późniejszy król Jan III Sobieski. Mieści on również największe zbiory zabytków polskiej kultury szlacheckiej poza granicami Polski. Zamek w Podhorcach nie posiada tak wielu eksponatów, jednak pod względem architektonicznym jest znacznie bogatszy (i po prostu większy). Do Złoczowa nie dotarłem, ponieważ zasiedziałem się we Lwowie i musiałem trochę nadrobić ten czas.

„Wpłynąłem na suchego przestwór oceanu…”. Ukraiński czarnoziem to skarb narodowy, który karmi rzesze ludzi, także w Azji i Afryce

Nie zrezygnowałem jednak z odwiedzenia miejsca pamięci zbrodni na ok. 850 Polakach w Hucie Pieniackiej, z czego się cieszę, ponieważ spotkałem tam przemiłych Ukraińców (w tym jednego właściciela Urala), którzy pokierowali mnie na miejsce. Do Huty nie jest łatwo trafić, trasa to lekki offroad. Jechałem tam chyba najładniejszą dotychczas szutrówką, biegnącą między pagórkami, wśród bujnych zbożowych łanów.

Po chwili zadumy w Hucie Pieniackiej ruszyłem na Kamieniec Podolski. Dojechałem tam w późnym wieczorem, z małą przygodą. Otóż w okolicy Tarnopola, w czasie jazdy na wysokim biegu i na wysokich obrotach, zgasł mi silnik. Zjechałem z drogi, chwilę odczekałem, odpaliłem motocykl i pojechałem dalej. Poczułem jednak lekki niepokój. Po kilku godzinach sytuacja się powtórzyła – teraz jednak było ciemno, a ruch odbywał się tylko jednym pasem remontowanej drogi. Przede mną ciężarówka, za mną ciężarówka, a mnie gaśnie silnik. Nie działają światła awaryjne i kierunkowskazy. Niedobrze…

Twierdza w Kamieńcu Podolskim to „Forteca ręką Boga zbudowana”

Gaszę, przekręcam kluczyk. Nie startuje. Znowu gaszę, przekręcam kluczyk. Wystartował, ale kierunkowskazy nadal nie działają… W kiepskim nastroju dojechałem do Kamieńca Podolskiego. Pomyślałem, że prześpię się, a rano coś się wymyśli. Następnego dnia zdecydowałem, że spróbuję wymienić bezpieczniki, bo może tam coś szwankuje. Tak też zrobiłem i – odpukać – póki co sytuacja z gasnącym silnikiem i niedziałającymi kierunkowskazami się nie powtórzyła. 

Kamieniec Podolski, Chocim i rumuńska Bukowina

Zanim jednak zająłem się serwisem motocykla, wybrałem się na zwiedzanie zamku w Kamieńcu Podolskim. Twierdza ta przez 300 lat broniła kresów wschodnich I Rzeczypospolitej i uważana była za nie do zdobycia. Usytuowana na wysokim klifie nad rzeką Smotrycz (niedaleko jej ujścia do Dniestru), określana była jako wykuta w skale przez samego Boga, by strzegła chrześcijańskiej Europy przed Turkiem i Tatarem. Część fortyfikacji ufundowana była przez papieży.

Jezioro Bicaz, wjeżdżamy w Karpaty

Jeszcze w późnym średniowieczu na Smotryczu zbudowano system aktywnych śluz, które uruchamiano w razie zagrożenia oblężeniem. Sprawiały one, że wąwóz i pola pod twierdzą były zalewane, dodatkowo utrudniając ataki. Najstarsze stojące do dziś zabudowania zamkowe pochodzą z XV wieku – wtedy to Wielkie Księstwo Litewskie podarowało te ziemie Koronie Polskiej. Rozbudowywana na przestrzeni wieków twierdza została zdobyta przez Turków dopiero w 1672 roku, i tylko dzięki miażdżącej przewadze ogniowej i liczebnej. 

O ile Kamieniec Podolski można śmiało określić polską twierdzą, to Chocimia, choć kojarzy się on również z polskimi kresami i zwycięstwem naszych wojsk nad Turkami w 1621 roku, nazwać tak nie można. Była to rezydencja hospodarów mołdawskich. Można powiedzieć, że Rumunia składa się z trzech historycznych krain: Wołoszczyzny (na południe od Karpat), Siedmiogrodu (Transylwanii – wewnątrz łuku Karpat) i Mołdawii na północy.

Monastyr Voronet, przykład unikatowej bukowińskiej architektury, wpisany na listę UNESCO

Twierdza chocimska strzegła północnej, mołdawskiej granicy. Położona na wysokim, południowym brzegu Dniestru, świetnie spełniała swoje zadanie. Zabytek ten jest bardzo dobrze zachowany oraz umiejętnie odrestaurowany – zdecydowanie zasługuje na odwiedziny, nie mniej niż twierdza w Kamieńcu Podolskim. Przed drugą wojną światową na Dniestrze przebiegała granica polsko-rumuńska, a w niedalekich Zaleszczykach 18 września 1939 roku przekroczył ją salwujący się ucieczką polski rząd.

Fresk na fasadzie monastyru przedstawiający Sąd Ostateczny

Z Chocimia ruszyłem ku rumuńskiej granicy. To chyba najmniej bezpieczny odcinek drogi z całego wyjazdu, głównie ze względu na styl jazdy kierowców i furmanów. Drogi ukraińskie, którymi dotychczas jechałem, były w bardzo dobrym stanie, bądź właśnie remontowane.

W piątkowe popołudnie przekroczyłem granicę ukraińsko-rumuńską w Serecie. Współczesne terytorium Rumunii nie zawiera całości historycznej krainy Mołdawii. W czasach przesuwania granic po II wojnie światowej Rumunia straciła część Bukowiny (na północ od Dniestru, obecnie część Ukrainy) oraz Besarabię (na wschód od rzeki Prut, obecnie państwo Republika Mołdawii). Jedną z ciekawszych kategorii zabytków na Bukowinie są monastyry.

Park Bucegi, zwietrzała formacja skalna „Sfinks”

Najsławniejszym z nich jest wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO monastyr Voroneț z szesnastowiecznymi freskami znajdującymi się na jego fasadzie. Został on ufundowany w XV wieku przez króla mołdawskiego Stefana Wielkiego. To godne podziwu dzieło leży w cichej górskiej dolinie idealnie nadającej się na  chwilę wytchnienia na zielonej trawce. Ja po krótkim odpoczynku w tym miejscu ruszyłem na nocleg niedaleko jeziora Bicaz.

Twierdza Fogarasz skrywa mnóstwo mrocznych komnat i historii

Wśród skalnych tuneli

Na sobotę miałem zaplanowany przejazd przełomami rzeki Bicaz oraz przez kilka średniowiecznych miasteczek, docelowo do Brașova – mojej bazy wypadowej na następne kilka dni. Przełomy Bicazu to piękna droga wiodąca wśród korytarzy skalnych wydrążonych nurtem górskiego potoku. Na jej trasie przejeżdżamy przez naturalne, półotwarte tunele skalne, mijamy wysokie i strome ściany gór oraz obficie zakręcamy na serpentynach wśród lasów.

Cmentarz Orląt Lwowskiech, obowiązkowy punkt podczas zwiedzania Lwowa

Po przejechaniu przełomów skierowałem się ku średniowiecznemu miastu o nazwie Sighișoara. Miejscowa urokliwa starówka wyglądem kamienic przywodziła mi na myśl starówkę warszawską. Idealne miejsce na wypicie kawy i poczucie klimatu miasteczka. Najsłynniejszym zabytkiem Sighișoary jest wieża zegarowa ze sprawnym mechanizmem, który o każdej pełnej godzinie gra i porusza figurkami. Sprawny kilkusetletni mechanizm? Chyba musieli zrobić go Niemcy… i rzeczywiście tak było.

Siedmiogród był w średniowieczu słabo zaludniony. W celu zmiany tego stanu rzeczy lokalni władcy zapraszali saksońskich osadników, wabiąc ich korzystnymi rozwiązaniami prawnymi i własnościowymi. Na skutek tego osadnictwa w centralnej części Rumunii znajduje się całe mnóstwo niemieckich miasteczek – niemieckich pod względem architektury i historii, bo obecnie zamieszkanych już przez Rumunów.

Trasa Transfogaraska, jeziorko po północnej stronie tunelu na szczycie

Większość z nich budowana była wokół ufortyfikowanego kościoła, który w razie niebezpieczeństwa służył jako schronienie. Najbardziej popularnym wśród turystów jest kościół w Biertan, lecz w okolicy jest wiele równie ładnych i interesujących „panzer-kościołów”. Domy oraz ulice miasteczek są zaprojektowane spójnie i schludnie. Dziś wiele z nich jest w ruinie, jednak niemieckie wykonanie generalnie zdało próbę czasu i część starych budynków wciąż zapewnia dach nad głową wielu rodzinom. Sobota dobiegała końca, a ja dojechałem do Brașova…

Okolice Brașova

W niedzielę wybrałem się do Parku Narodowego Bucegi – miał to być luźniejszy dzień, z mniejszą liczbą kilometrów i godzin na motocyklu. Najwyżej położony parking tego parku narodowego znajduje się na ponad 2000 m n.p.m. i wiedzie do niego ładna, asfaltowa droga wśród lasu. Im bliżej celu, tym więcej możliwości zjazdu na ciekawe drogi gruntowe – czy należą do parku i czy można tam legalnie jeździć, tego nie wiem. Po drodze z Brașova do parku Bucegi zwiedzić można dwa dziewiętnastowieczne pałacyki – Cantacuzino oraz Peleş. Ten drugi został zbudowany na polecenie króla Rumunii, Karola I (z niemieckiej dynastii Hohenzollernów). Pełne przepychu wnętrza oraz architektura pałacyku przyciągają tu masy turystów.

Żelazna Dziewica. Niejeden wyzionął ducha w jej objęciach (twierdza Fogarasz)

Trasa Transfogaraska i urokliwe Sibiu

W poniedziałek miała zostać skonsumowana wisienka na torcie wyjazdu – przejazd Trasą Transfogaraską. Droga 7C, bo takie ma oficjalne oznaczenie, spopularyzowana między innymi dzięki programowi Top Gear, była jednym z kluczowych punktów mojego wyjazdu. I o ile czasem najpopularniejsze i najbardziej znane atrakcje są źródłem rozczarowania, w tym wypadku tak nie było.

Drogi z Brașova do Curtea de Argeș nie można nazwać zachwycającą, ale jakoś trzeba było tam dojechać. To punkt startowy. Ja polecam pokonywać trasę z południa na północ: nie będziemy jechać pod słońce oraz moim zdaniem atrakcyjność drogi rośnie od strony południowej i kulminuje tuż przed przejazdem przez jej najwyższy punkt (tunel). Jadąc od południa, droga wiedzie najpierw przez kilka widowiskowych betonowych mostów, następnie wije się wśród lasu, by przejść w serpentynę wspinającą się odsłoniętą doliną na przełęcz i skończyć swoją południową część w tunelu wiodącym na drugą stronę gór. Jeśli ktoś ma szczęście, na leśnym odcinku południowej części trasy może spotkać niedźwiadki, które tam regularnie żerują. Mnie się to akurat przytrafiło. Gdy na poboczu stała mama-niedźwiedź z dwójką młodych, zatrzymałem się na chwilę nie gasząc silnika, nagrałem misiową rodzinę (inaczej nikt by mi nie uwierzył…) i pojechałem dalej.

Lut Valea Zanelor. Idealne miejsce na sielski odpoczynek

Po przejechaniu tunelu na szczycie trasy po prawej stronie miniemy jeziorko przypominające morskie oko oraz masę straganów z pamiątkami. Zrobiłem kilka zdjęć i szybko zjechałem na dół, bo tutaj droga nie wydawała mi się już jakoś szczególnie interesująca. Po południu udałem się do najładniejszego z odwiedzonych przeze mnie miast rumuńskich – Sibiu (Sybin). Myślę, że miejsce to nadaje się również bardzo dobrze jako baza wypadowa do atrakcji Siedmiogrodu. Jest to kulturowa stolica Rumunii, miasto zadbane i doinwestowane. Stare miasto otoczone jest potężnymi średniowiecznymi murami i zabudowane wokół obszernego i urokliwego placu rynkowego.

Iron Maiden i Transalpina

Jako amator historii chętnie zwiedzam zamki. Rumunia ma w tym temacie wiele do zaoferowania. Bardzo ciekawym zamkiem jest twierdza Făgăraș (Fogarasz), znajdująca się w mieście o tej samej nazwie. Fogarasz był historyczną stolicą Siedmiogrodu. Zamek jest świetnie zachowany i kryje wiele ciekawych artefaktów, w tym bogaty zbiór narzędzi tortur…

Chocim

Dla mnie najciekawsza jest słynna Żelazna Dziewica (Iron Maiden) – metalowy posąg niewiasty z „niespodzianką” w środku. Po wielodniowych torturach osadzonemu obiecywano wolność i przebaczenie win, jeśli ucałuje święty obrazek na posągu Dziewicy. Jednak po zbliżeniu się do niego uruchamiany był mechanizm, który otwierał całą konstrukcję, wpychał osadzonego do środka, a następnie błyskawicznie ją zamykał. Znajdujące się w środku ostre pręty przekłuwały nieszczęśnika. Jednak nie był to jeszcze koniec. Po niedługim czasie Dziewica otwierała się wraz z umieszczoną pod nią zapadnią, a pechowiec spadał z wysokości dziesięciu metrów na osadzone na sztorc miecze… W czasach po II wojnie światowej w tych średniowiecznych lochach miała swoje katownie rumuńska bezpieka (Securitate).

Pasterze i ich owce żyją tu niezmiennie od wieków – są cudownie ponadczasowi

Po tym mrocznym zabytku czas na coś pogodnego. Po drodze z Brașova do Sibiu (a niedaleko północnego początku Drogi Transfogaraskiej) znajduje się bajkowy XIX-wieczny domek Lut Valea Zânelor. Położony u stóp Karpat, nad strumyczkiem, jest dobrym miejscem na odpoczynek.

Zamek Korwina. Warto do niego zawitać w drodze na Transalpinę

Na popołudnie tego dnia zaplanowałem drogę 67C, czyli tak zwaną Transalpinę – najwyżej położoną drogę w Rumunii. Choć ciągnie się ona przez wiele kilometrów, od Ciocadia do Sebeș, to najciekawszy jej odcinek, o wysokogórskim charakterze, znajduje się pomiędzy Rânca a Obârşia Lotrului. Jeśli miałbym wybierać, czy przejechać Drogę Transfogaraską czy Transalpinę, zdecydowanie wybrałbym tę pierwszą. Jest ciekawsza i na dłuższym odcinku atrakcyjna krajobrazowo. Ale i na Transalpinie są ładne widoki, więc mając więcej czasu warto i tędy przejechać. Z Transalpiny zjechałem drogą 7A na Petroszany i dalej do Hunedoary.

Zamek Korwina i powrót do domu

Następnego dnia rano (w środę) udałem się do zamku w Hunedoarze. Zamek ten został w XIV wieku podarowany Janowi Hunyady (stąd nazwa) przez Zygmunta Węgierskiego, wraz z nadaniem herbu Corvinus (Kruk). Budynek był swego czasu mocno zniszczony, a zrekonstruowano go z fantazją w XIX wieku. Związane są z nim dwie ciekawostki: po pierwsze, więźniem w tym zamku był Vlad II Drakula, ojciec Vlada III Palownika. Po drugie, studnię wykopali tureccy więźniowie, którzy według legendy mieli zostać uwolnieni po spełnieniu zadania, jednak zostali straceni przez wdowę po władcy, który obiecał im wolność. Jego żona podobno uważała, że nie wiąże jej słowo jej męża-nieboszczyka. Na przyporze kaplicy zamkowej znajduje się wyryty po turecku (w skrypcie arabskim) napis: „To pisał Hassan, niewolnik Giaurów, kopał tu studnię koło kaplicy”.

Tu właściwie kończy się moja relacja. Po zwiedzeniu zamku w Hunedoarze pojechałem przez Park Narodowy Apuseni pod granicę z Ukrainą, przespałem się i ruszyłem przez Zakarpacie i Krościenko do Warszawy, aby planować kolejne wyprawy… Wyjazd do Rumunii oceniam jako bardzo udany. Szczęśliwie przez cały czas pogoda mi dopisywała (czasem było aż za gorąco), a motocykl dosyć niezawodnie spełnił swoje zadanie. Życzę wam takiego samego szczęścia i radości na waszych motocyklowych wyprawach.

Tekst i zdjęcia: Sławomir Hołodniuk


KOMENTARZE