fbpx

Kolejny rok z zarazą i ograniczeniami wyjazdowymi. W 2021 miałem jechać na Goodwood Festival of Speed (oczywiście prawilnie motocyklem, inaczej by się nie liczyło…) ale COVID i brexit. To będzie już drugie przełożenie biletu zaczynając od 2020, a mam nadzieję że kończąc w 2022. Poprzedniego roku (2021) impreza się odbyła, ale była dla mnie nieosiągalna czasowo z powodu tygodniowej kwarantanny na wjeździe. Co pozostało? Plan B – urlop wzięty, więc lepiej żeby ten czas się nie zmarnował.

Jako że ostatnio interesuję się starą (tzn. 1965 – 1976) Formułą 1, a kilka torów zostało jeszcze do zobaczenia, więc mój wybór padł na Spa-Francorchamps. Przy okazji chciałem zobaczyć na żywo miejsca znane z historii dotyczące ostatniej ofensywy niemieckiej. Wyjechałem z Warszawy 7 lipca chwilę po 7 rano. Tym razem mój analogowy GPS / „itinerer” został lepiej przygotowany. Dzięki temu na miejscu byłem po 14 godzinach, zamiast po „googlowych” 12.
Całkiem dobrze, biorąc pod uwagę dziewięć przystanków na paliwo i roboty drogowe u zachodnich sąsiadów. Byłoby szybciej, ale w mojej maszynie przy autostradowej prędkości 140 km/h paliwa starcza na ~ 160 km + rezerwa. A że wycieczka w jedną stronę to ponad 1300 km, to trochę czasu schodzi na tankowania.Apropos samego motocykla: Yamaha MT-0S to jeszcze rzadsza wersja i tak nieczęsto widzianego MT-01. Zbiornik i owiewki oszpeciłem własnoręcznie. Zawsze tłumaczyłem że to najlepsze zabezpieczenie przed kradzieżą. Z bliska trochę straszy jakością, no i jakby co, wyróżnia się z tłumu. Oprócz japońskich „krzaczków”, które są malowane pędzelkiem, reszta była malowana pistoletem. Długo marzyłem o tym typie motocykla i już w chiwli, gdy dostałem go w swoje ręce wiedziałem, że będzie miał u mnie dożywocie.

I pierwszy miał. Zwykły MT-01, którym cieszyłem się od 2012 do 2019 roku, kiedy to dzięki naszym drogowcom o mało nie opuściłem tego łez padołu. Zapomnieli postawić znaku o zmianie organizacji jazdy, ale to inna historia… Niecały miesiąc po wypadku w garażu zagościła obecna Yamaha. A napis na baku z japońskiego (Tetsu-Ko) na nasze oznacza Stalowa Dama lub, jak kto woli, Dama ze Stali.Był taki serial „Shogun” na podstawie książki, a w nim główny bohater Toranaga, który do polowania używał sokołów.
I jeden właśnie tak się nazywał, trudno mi było znaleźć lepszą nazwę dla takiego motocykla…

Spa nie tylko dla kobiet

Pierwszy przystanek przy bramie dla kibiców. Oczywiście w związku z pandemią goście nie są wpuszczani.
Do przewidzenia, zresztą nie to było celem, tylko drogowa część toru, na której ostatnie GP odbyło się w 1970 roku. Następny punkt wycieczki to miejsce, gdzie stary tor łączył się z drogą cywilną. Charakterystyczny biały budynek mieści się na wyjściu ze sławnej szykany Masta. Niby nic szczególnego, dwa szybkie zakręty, ale w swoim czasie było to miejsce, którego najbardziej obawiali się kierowcy, dodatkowo na torze, który sam w sobie był uważany za najbardziej niebezpieczny.

W czasach ostatniego wyścigu na drodze publicznej osiągano tu nawet ponad 305 km/h. Nawet Sir Jackie Young Stewart w wywiadzie w 2011 stwierdził, że Masta to najtrudniejszy zakręt ze wszystkich torów na których się scigał, ustępował mu nawet Eau Rogue.

Ostatni przystanek to połączenie drogi cywilnej z torem. Na dziś wystarczy, bo i tak na oparach już jadę…
Znalazłem sobie miejsce na przeczekanie nocy obok leżących przy drodze ściętych pni drzew. I byłoby OK  (pomijając fakt, że twarde to to), gdyby tylko nie zaczęło padać. Zmiana „noclegu” na przystanek autobusowy, siedziska też twarde…

A po całej okolicy rozchodziło się echo silników z VW Beetle Fun Cup odbywającego się w Spa. Mimo wszystko chyba jednak udało się zdrzemnąć kilka minut. W końcu zrobiło się jaśniej, ale słońca na tej wycieczce szybko nie zobaczę.

W drogę więc, najpierw do Masta Kink. Zaparkowałem na szykanie, której zadaniem było poprawienie bezpieczeństwa w Masta. Byłby to dobry pomysł, gdyby podczas testów nie okazało się, że nowe rozwiązanie jest jeszcze bardziej niebezpieczne niż oryginalne. Skończyło się na tym, że ta inwestycja nigdy nie została wykorzystana podczas zawodów, ale krawężnik z lat siedemdziesiątych nadal czai się w trawie.


Formuły na zdjęciach to modele kartonowe. Normalny z czterema kołami to Tyrrell 001 Jackiego Stewarta z GP Holandii w Zandvoort w 1971 roku. Ten model był już ze mną na torze w Reims oraz Rouen Les Essart. Legendarny sześciokołowiec to Tyrrell P34 z 1976, którym startował Superswede czyli Ronnie Peterson.


Następny postój to wyjście z Masta, no i ten dobrze znany dom. Zmiana lokacji i niespodzianka. W nocy nie zauważyłem, ale niech mnie… Citroen ZX Rally z rajdu Paryż-Dakar z lat dziewięćdziesiątych.
No tak, Citroen, ale jeśli ktoś by porównał z o niemal 10 lat starszym Peugeotem 205 T16 (tak tak, z grupy B), to jakoś bardzo podobnie do siebie to wszystko wygląda jeśli chodzi o pozycję silnika itp.
Nie, no, NIE MA MOWY abym nie zrobił mu zdjęcia razem z moją „dzieciną”. Na szczęście jest niedziela, a pora taka, że większość jeszcze przewraca się na drugi bok w łóżkach. Podepchałem Tetsu-Ko jak najbliżej i zdjęcia zrobione, zresztą po co byłby ten chodnik, jak nie do podziwiania…

Może 200 metrów dalej i Stavelot, pomnik poległych saperów. Uzupełnienie paliwa, jadę do Burnenville, a po drodze firma zajmująca się renowacją klasyków, kolejny bonus. W końcu Burnenville, tu także największe zmiany to roślinność. Pożegnalne fotki i w drogę. Ale tak łatwo i przyjemnie nie będzie.

Woda, woda, woda…

Objazdy w Niemczech, ale dzięki nim zaliczyłem typowo bawarską zabudowę w Leun. Nawet przystanek autobusowy nazywa się Drewniane Domy. Ech, Niemcy i ich polot… To był jedyny jaśniejszy aspekt podróży tego dnia przez Niemcy. Nie powiem, że padało całą drogę pomiędzy Belgią a Polską. To byłoby kłamstwo, bo raz na jednej stacji trafiło się okienko ze słońcem, więc powstrzymałem się od jazdy na pół godziny, aby przeschnąć.

Tnę dalej, aby chociaż przebyć chociaż niemieckie roboty drogowe póki dzień jest. Trochę żałowałem że obuwie motocyklowe jest nieprzemakalne… Dostała się do niego cała woda, która przemokła przez kurtkę i spodnie, i tam już została. Na szczęście kierowcy zza Odry są bardziej cywilizowani niż u nas, ale i tak część musi pędzić nawet w deszczu. Do czasu, po dojeździe do miejsca pierwszego wypadku, znamienita większość kierowców zwątpiła w swoją boskość i zwolniła. Troszkę spokojniej, w końcu coś widać, bo większość aut tam jest czarnych albo srebrnych, co w deszczu, po południu i w fontannach podnoszonej wody nie poprawia widoczności.

W koncu przekroczyłem Odrę i zdrowy rozsądek wziął górę. Jest niedziela, 22:17, a ja na nogach od 06:40 w sobotę i mam już dość deszczu i powoli całej jazdy. Zatrzymuję się na posiłek na stacji BP i zostaję na noc. Motocykl wprowadzam za ławkę w zadaszonych „ogródkach” dla podróżnych i staram się złapać trochę snu. Sen nie przyszedł, albo nie zauważyłem, o 04:30 w drogę.

Oczywiście na tej wspaniałej A4 przed Wrocławiem znowu zaczeło padać. Uwielbiam poruszać się tą „autostradą”, a deszcz tam to już wisienka na torcie. Mimo wszystko udało mi się w poniedziałek rano spokojnie dojechać do domu, a w następnych dniach okazało się, że w Niemczech około 220 osób straciło życie przez powodzie. Jak zwykle, jak tylko wróciłem do domu przypomniałem sobie, że jakieś 8 km od Spa jest muzeum, a przed nim ostatni czołg Koenigstiger z Kampfgruppe Piper… Nie ma tego złego, i tak mam zamiar tam jeszcze raz pojechać, gdy muzeum toru będzie znów otwarte.

Tekst i zdjęcia: Aleks Nowiński

KOMENTARZE