fbpx
A password will be e-mailed to you.

Podczas pamiętnej konferencji prasowej w Walencji na koniec sezonu 2019 Jorge Lorenzo powiedział, że „kocha ten sport, ale nade wszystko kocha wygrywanie”. Kilkadziesiąt godzin później pożegnał się z MotoGP – dyscypliną, w której osiągnął wszystko. A potem poleciał odpoczywać na Bali.

„W życiu każdego zawodnika są cztery najważniejsze dni: pierwszy wyścig, pierwsze zwycięstwo, pierwsze mistrzostwo, którego zdobycie nie każdemu jest dane oraz dzień zakończenia kariery. Ten dzień nadszedł i  dla mnie. Wyścig w  Walencji będzie moim ostatnim w MotoGP” – mówił Jorge Lorenzo na koniec cyklu zmagań w 2019 roku. Wziąwszy pod uwagę to, ile Hiszpan osiągnął w ciągu 17 lat startów w Motocyklowych Mistrzostwach Świata, tych „najważniejszych dni” w jego karierze było zdecydowanie więcej. 

Za młody na Grand Prix

O  Lorenzo zrobiło się głośno w  zasadzie od samego początku jego kariery w  Grand Prix w 2002 roku. Chociaż tamten sezon rozpoczynał się w kwietniu zmaganiami na japońskiej Suzuce, Hiszpan mógł zadebiutować w klasie 125 dopiero podczas majowej rundy o Grand Prix Hiszpanii. I to nawet nie podczas pierwszych treningów, bo najzwyczajniej w świecie… był za młody. Oficjalnie w Grand Prix zadebiutował dopiero w sobotę 4 maja, w dniu swoich 15. urodzin. Tak rozpoczęła się kariera jednego z najlepszych zawodników ostatnich lat.

Już podczas czwartego wyścigu w karierze, na torze w Barcelonie, Lorenzo po raz pierwszy wywalczył punkty. Jego rezultaty stale się poprawiały, a najlepszym finiszem debiutanckiego sezonu 2002 było siódme miejsce wywalczone w Rio de Janeiro. Zaledwie kilka tygodni później, w Malezji, po raz pierwszy zajął na starcie wyścigu pierwsze pole.

W drodze po spełnienie marzeń

Zaledwie rok później właśnie w Brazylii Jorge po raz pierwszy stanął na najwyższym stopniu podium. „To był jeden z tych wyścigów, które zapamiętam na zawsze” – mówił 15 lat później. W sezonie 2004 dorzucił do puli następne trzy triumfy i kolejne finisze na podium, dzięki czemu wywalczył czwarte miejsce w klasyfikacji generalnej klasy 125 ccm.

Rok 2005 upłynął Hiszpanowi na adaptacji do pośredniej kategorii 250 ccm, w której już w pierwszym sezonie aż czterokrotnie zdobywał pole position i w sumie dwanaście razy ruszał z pierwszego rzędu (wówczas zawodnicy ustawiali się w rzędach po czterech, a nie – jak obecnie – po trzech). Co prawda formy z kwalifikacji nie udało się do końca przełożyć na wyścigi (zdobył tylko sześć podiów i ani jednego zwycięstwa), ale to było zaledwie preludium do tego, co miało się wydarzyć.

Dwa kolejne sezony to już jazda Jorge po mistrzostwa pośredniej kategorii. Co prawda jeszcze w 2006 roku mocno po piętach deptał mu Andrea Dovizioso, ale już 12 miesięcy później Lorenzo był absolutnie bezkonkurencyjny – miał ponad 50 punktów przewagi w klasyfikacji generalnej. 17 wygranych wyścigów i kolejnych 6 miejsc na podium mówiły same za siebie – ten gość jest gotowy na debiut w MotoGP.

Miłe złego początki

Do królewskiej klasy MotoGP Lorenzo wdarł się z  przytupem. W  kwalifikacjach inaugurujących sezon 2008 nie tylko wywalczył pole position, ale też ustanowił czas okrążenia, który pozostał niepobity przez 10 lat! W wyścigu był co prawda drugi, ale niedługo później dorzucił jeszcze wygrane kwalifikacje i  „pudło” przed własnymi kibicami w Jerez, by potem zdominować weekend w Estoril.

Podczas GP Portugalii Jorge najpierw… znów wygrał kwalifikacje, a potem sięgnął po pierwsze zwycięstwo w MotoGP, pokonując Daniego Pedrosę i Valentino Rossiego. Stało się jasne, że aby pokonać „Por Fuerę”, trzeba się solidnie postarać. Tym bardziej, że on sam działał w myśl zasady „co nie zabije, to wzmocni”. I udowodnił przy okazji, że nie tylko ma „cojones”, ale i ogromną determinację oraz odporność na ból.

Pierwszy trening wolny do GP Chin na torze w Szanghaju. Lorenzo przekłada swoją Yamahę M1 z prawego do lewego zakrętu, łapie potężnego high-side’a, robi obrót o 360 stopni w powietrzu i z impetem ląduje na ziemi. Efekt? Uszkodzone obie kostki, start w wyścigu na lekach przeciwbólowych i  finisz na czwartym miejscu! Kilka tygodni później, podczas domowej rundy w Katalonii Jorge znów zaliczył upadek – w ostatnim zakręcie przyziemił tak mocno, że doznał wstrząśnienia mózgu i tym razem nie pozwolono mu wystartować w wyścigu. 

Jeden z najlepszych wyścigów

Już w 2009 roku Lorenzo mocno deptał po piętach swojemu ówczesnemu team-partnerowi – Rossiemu, który to ostatecznie sięgnął po ostatni w karierze tytuł mistrzowski. Sezon 2010 to z kolei prawdziwa dominacja Jorge, który rozpoczął go od serii dwunastu finiszów na podium, w tym siedmiu zwycięstw. Dzięki temu w Malezji #99 wywalczył nie tylko miejsce w TOP3 na mecie wyścigu, ale też przypieczętował koronę mistrzowską.

„Wyścig w Malezji w 2010 to jeden z moich najlepszych w karierze, ponieważ wtedy wywalczyłem pierwsze mistrzostwo MotoGP” – wspominał po latach. Do końca tamtego roku jeszcze dwa razy wygrywał i zdobył rekordową liczbę 383 punktów. Wynik ten pobił dopiero w 2019 roku Marc Marquez.

Co prawda w 2011 roku Lorenzo przegrał walkę o tytuł z Caseyem Stonerem, ale sezon 2012 to już powrót Hiszpana na tron. Triumf na inaugurację sezonu w Katarze, a potem jeszcze kolejnych pięć wygranych, aż dziesięć drugich miejsc i tylko dwa nieukończone wyścigi. Mistrz mógł być tylko jeden!

Jedyny, który pokonał Marqueza

W 2013 roku, po odejściu Stonera na emeryturę i powrocie Rossiego do Yamahy (po nieudanej przygodzie z Ducati), Lorenzo wyrósł nowy rywal: Marc Marquez. Przez cały sezon kibice mogli pasjonować się rywalizacją obrońcy tytułu mistrzowskiego z debiutantem. Wszystko rozstrzygnęło się dopiero podczas finału w Walencji, gdzie pomimo wygranej Lorenzo, ostatecznie to Marquez wywalczył mistrzostwo z przewagą zaledwie czterech punktów.Scenariusz mógłby być zupełnie inny, gdyby nie trening wolny na torze Assen. Lorenzo złapał tam high-side’a na wilgotnym torze i  złamał obojczyk. Tego samego popołudnia poleciał do Barcelony, gdzie w nocy przeszedł operację i kolejnego dnia zjawił się na torze.

Przed rozgrzewką przeszedł testy medyczne, kolejne przed wyścigiem i dostał zgodę na start. I znów niespodzianka: finisz na piątym miejscu! Jakby pecha było mało, zaledwie kilkanaście dni później, podczas rundy na Sachsenringu, #99 upadł przy przełożeniu do słynnego zakrętu zwanego „wodospadem”, ponownie uszkadzając dopiero co poskładany lewy obojczyk. Tym razem lekarze od razu uprzedzili go, że taki numer, jak ten z Assen, nie przejdzie i w Niemczech nie otrzyma zgody na start. Tamte stracone punkty śmiało wystarczyłyby do zdobycia mistrzostwa.

Lecz co się odwlecze, to nie uciecze, a Lorenzo dopiął swego dwa lata później. W pamiętnym sezonie 2015, gdy prowadzący wówczas w mistrzostwach Rossi ostro spiął się z Marquezem w Malezji, to Jorge został mistrzem. #99 nieco słabiej rozpoczął ten sezon, bo w trzech pierwszych rundach nie stanął nawet na podium, jednak potem zaliczył serię czterech zwycięstw z rzędu. Przed końcem sezonu dorzucił do nich jeszcze trzy kolejne.

Cała rywalizacja pomiędzy nim a Rossim miała rozstrzygnąć się w Walencji. Po karze za incydent z Malezji Valentino startował z końca stawki, podczas gdy Jorge wygrał kwalifikacje. Hiszpan zrobił wszystko, co do niego należało, prowadząc od startu do mety i ostatecznie odbierając mistrzostwo Włochowi o zaledwie 5 punktów. Tym samym „Por Fuera” został jedynym, który pokonał Marqueza od czasu jego debiutu w MotoGP!

Gość, który nie boi się wyzwań

Po sezonie 2016, zakończonym na trzecim miejscu w mistrzostwach, Lorenzo zdecydował się na odważny krok: po dziewięciu latach z Yamahą przeniósł się do Ducati. Początki na czerwonym motocyklu nie były najlepsze, choć w maju przed własnymi kibicami wskoczył na podium w Jerez, a następnie we wrześniu w Aragonii. Jorge miał problemy z odpowiednią adaptacją do Desmosedici, co już na początku 2018 roku skłoniło Ducati, by nie przedłużać umowy z Hiszpanem na kolejny sezon.

I właśnie wtedy motocykl jak na złość otrzymał od fabryki z Bolonii nowy bak, o który tak długo prosił Jorge i który pozwolił mu lepiej czuć się na hamowaniach. Efekt? Niesamowita jazda w swoim stylu podczas domowego wyścigu Ducati na należącym do tej firmy torze Mugello. Szybkie wyjście na prowadzenie i kręcenie okrążeń z  zegarmistrzowską precyzją tak, że rywale nie byli w stanie odpowiedzieć na jego tempo musiało przynieść wygraną.

Tydzień później sytuacja się powtórzyła, bo Lorenzo okazał się najlepszy przed własnymi kibicami w Barcelonie, dzień wcześniej dorzucając do puli pierwsze pole position na Ducati. W dalszej fazie sezonu Lorenzo pokonał jeszcze wszystkich w Austrii.

„Czy to jest tego warte?”

Kto wie, jak potoczyłaby się dalsza kariera Lorenzo, gdyby nie seria kilku zdarzeń. Po pierwsze – zakończyła się współpraca z Ducati i Hiszpan niespodziewane związał się z zespołem Repsol Honda. Jorge, który przebąkiwał nawet o zakończeniu kariery, zastąpił odchodzącego na emeryturę Pedrosę i został team-partnerem Marqueza. Po drugie – seria upadków na przełomie sezonów 2018 i 2019, które w konsekwencji doprowadziły go do decyzji o zakończeniu kariery.Najpierw w Aragonii w 2018 roku Jorge upadł już w pierwszym zakręcie wyścigu, uszkadzając prawą stopę. Pomimo obaw, dwa tygodnie później wystartował w kolejnej rundzie w Tajlandii, gdzie jednak awaria Ducati doprowadziła do potężnej „wysiadki” i  kontuzji lewej dłoni. Na domiar wszystkiego przygotowania do przesiadki na Hondę utrudnił wypadek na motocrossie na początku 2019 roku, w wyniku którego Lorenzo uszkodził – niedoleczoną jeszcze po Tajlandii – lewą dłoń.

Gdy po trudnym początku na Hondzie wydawało się, że #99 w końcu zaczyna pomału dogadywać się z motocyklem, nadeszły trudne dni. W Barcelonie już na pierwszym okrążeniu Lorenzo upadł i zgarnął przy okazji z toru Rossiego, Dovizioso oraz Mavericka Vinalesa. Dzień później podczas testów przewrócił się tak mocno, że motocykl przeleciał przez bariery, a on sam nabawił się pęknięcia kręgu. Po zaledwie dwóch tygodniach, w Assen, podczas pierwszego treningu, Jorge zaliczył potężny upadek, po którym musiał zrezygnować z  jazdy na dłuższy czas. Wielu wskazywało, że tamten „dzwon” bardzo przypominał upadek Wayney’a Raineya z Misano w 1993 roku, po którym Amerykanin porusza się na wózku inwalidzkim. Nic dziwnego, że Lorenzo się przestraszył.„Na początku roku nie traciłem nadziei. Pracowałem z  zespołem i myślałem, że to tylko kwestia czasu, a wszystko wskoczy na miejsce. Kiedy zaczynałem widzieć światło na końcu tunelu, zaliczyłem potężny upadek podczas testów na Montmelo, a kilka dni później w Assen. Przyznaję, że kiedy koziołkowałem na poboczu i wstałem, pomyślałem sobie: OK Jorge, czy to naprawdę jest tego warte?” – tłumaczył na konferencji prasowej w Walencji.

Lorenzo przyznał, że im lepiej się czuł, tym narastała w nim chęć, by znowu spróbować jazdy. Na tor wrócił w sierpniu na Silverstone, ale wyniki były dalekie od oczekiwań. „Prawda jest taka, że ścigałem się dalej, ale góra przede mną była tak stroma i wysoka, że zabrakło mi motywacji i sił, by się na nią wspinać. Kocham ten sport, ale przede wszystkim kocham wygrywanie”

Osiągnął wszystko

„Uważam się za szczęściarza. Czasem czułem się jak gość z filmu »Jeden na milion«, opowiadającym o  jedynym Hinduskim koszykarzu (Satnam Singh – przyp. autora), który trafił do NBA. Walczyłem z wieloma niesamowitymi zawodnikami, spośród których niewielu było w stanie osiągnąć to, co ja. Wielu nie było nawet w stanie awansować do Grand Prix i musiało wrócić do normalnej pracy. Ja zawsze będę wdzięczny losowi za to, co mnie spotkało. Prawda jest taka, że ciężko pracowałem i wiele poświęciłem, ale bez odrobiny szczęścia, bycia w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie, a także bez pomocy wielu ludzi – to nie byłoby możliwe”.

W  ostatnim sezonie startów Lorenzo na kasku umieścił napis: „nie jestem świetnym zawodnikiem, jestem mistrzem świata”. Hiszpan nic nikomu nie musiał już udowadniać. W motorsporcie osiągnął wszystko, co tylko mógł: wygrał 68 wyścigów, w  sumie w 152 stał na podium, 69-krotnie startował z pole position, 37 razy ustanawiał najlepszy czas okrążenia w wyścigu i co najważniejsze – jest 5-krotnym mistrzem świata. 

W 2020 roku podczas rundy w Jerez Jorge miał zostać oficjalnie wprowadzony do grona Legend MotoGP. Ceremonię pokrzyżowała pandemia COVID-19.

Aktywna emerytura

Tuż po zakończeniu kariery, Lorenzo zdecydował się na wyjazd na długie wakacje na Bali. Niedługo później podpisał kontrakt na zostanie testerem Yamahy, ale po dwóch sesjach i niezadowalających wynikach, umowy nie przedłużono. Rolę zawodnika testowego japoński producent powierzył Calowi Crutchlowowi, a Jorge grzmiał, że „Yamaha wymienia złoto na brąz”. Z tym tylko szczegółem, że złoto mocno przytyło, a brąz dalej był w formie.

Przyznać trzeba, że jednak trochę zazdrościmy Jorge emerytury takiej, jaką on ma. Podróżuje po świecie – jeśli nie do Meksyku, to na Malediwy. Kolekcjonuje wypasione samochody. Czasami strolluje rywala bądź dwóch w mediach społecznościowych. W międzyczasie weźmie udział w hiszpańskim talent show i okaże się całkiem przyzwoitym wokalistą. A na koniec wystartuje z vlogiem na YouTube, gdzie ocenia obecne wydarzenia z MotoGP.

Co dalej? Czas pokaże. Lorenzo zapowiada, że ma zaplanowanych kilka ambitnych projektów. Jedno jest pewne: Hiszpan nie będzie narzekał na nudę. A my po cichu liczymy na to, że może wróci do paddocku w roli szefa zespołu albo menadżera któregoś z zawodników?

KOMENTARZE