fbpx
A password will be e-mailed to you.

Plan wyjazdu był bardzo prosty: po trzy noclegi w Austrii, Słowenii i Włoszech, a do tego winkle, winkle i winkle! Zwiedzanie nas nie interesowało – pojechaliśmy tam napawać się widokami z pozycji kierowcy jednośladu i delektować się jazdą po świetnych nawierzchniach asfaltowych, nie stroniąc oczywiście od lekkich szutrów, dla których stworzono przecież nasze nietypowe sprzęty.

Na nasz wypad wybraliśmy się w sprawdzonym w boju teamie: Ja i Blady na Hondach X-ADV 750 oraz Maska na KTM 1290 Super Adventure. Całą wyprawę zaczęliśmy i zakończyliśmy w bazie wypadowej w pensjonacie Pension Tyrol w miejscowości Maria Alm (Austria).

Dlaczego akurat w tym miejscu? Po pierwsze, bez najmniejszego problemu i bez żadnych dopłat mogliśmy pozostawić tam na dziewięć dni nasz samochód z przyczepą na motocykle, a po drugie, pensjonat prowadzi rodowity Czech, z którym łatwo się dogadać i też ponegocjować.Po trzecie, Maria Alm leży tuż pod najwyższym szczytem Austrii: Grossglocknerem, wznoszącym się na 3798 m n.p.m. U podnóża tej góry znajduje się lodowiec Pasterze, a po jej zboczach biegnie mekka motocyklistów – trasa Grossglockner Hochalpenstrasse.

Pewnie zadajecie sobie pytanie, dlaczego wieźliśmy motocykle do Austrii na przyczepie? Odpowiadam – chcieliśmy maksymalnie wykorzystać dziewięć dni na miejscu, delektując się jazdą na moto po winklach w Alpach, Alpach Julijskich i Dolomitach. Przeloty autostradą najzwyczajniej w świecie nie dają nam tyle frajdy, co górskie asfalty i zarzucanie po szutrach.

Duma Austrii

Pierwszy dzień mieliśmy w całości zaplanowany na jeżdżenie po Grossglockner Hochalpenstrasse, także rano, wypoczęci i po śniadaniu, popędziliśmy na całodniowy trening po winklach. Wjazd na Grossa kosztuje 26 euro, ale… Właściciel pensjonatu dał nam vouchery grupowe, które miał na stanie i dzięki temu każdy z nas zaoszczędził po trzy „jurki”. Dla mnie osobiście Hochalpenstrasse to jedna z najładniejszych i najlepiej wyprofilowanych dróg do pokonywania szybkich zakrętów, do tego ze świetną nawierzchnią.

Edelweissspitze. Szok i niedowierzanie!

Po całym dniu upalania w jedną i drugą stronę „górki”, obowiązkowym odwiedzeniu Edelweisspitze czyli najwyższego (ponad 2500 m.n.p.m.) punktu tej wysokogórskiej drogi, schodzenia na kolano, zamykania opon i mijania wielu supersportowych aut typu Ferrari, Lamborghini i innych nietuzinkowych marek, wróciliśmy do naszej bazy z bardzo szerokimi uśmiechami na twarzach i głodni następnych zakrętów.Następnego dnia wstaliśmy dosyć wcześnie, bo plan zakładał, że po śniadanku mamy do pokonania drogę na Słowenię, w Alpy Julijskie. Być może nie jest ona ekstremalnie długa, ale wszystkie trasy ustalaliśmy według nawigacji motocyklowej jako średnio kręte i średnio wzniesione, oczywiście bez omijania dróg szutrowych.

Zawsze wiąże się to z jakimś ryzykiem i wydłużonym czasem przejazdu. Nasz cel podróży i zarazem punkt zaczepienia w Słowenii to położona w sercu Parku Narodowego Triglav miejscowość Kobarid, w której mieliśmy zakotwiczyć na trzy noce.

Trasa do Kobarid prowadzi między innymi przez bardzo malowniczy Park Narodowy Nockberge oraz wzdłuż jeziora Millstatt – najgłębszego w Austrii, którego dno i lustro dzielą nawet 142 metry.

Głębokie jezioro Milstatt skłania do jeszcze głębszych przemyśleń.

Jechaliśmy wzdłuż linii brzegowej od strony północnej, gdzie otaczające jezioro góry wznoszą się na wysokość 2100 m n.p.m. Przepiękne widoki, idealne asfaltowe serpentyny, intensywne zapachy świeżo rozkwitłej roślinności – to ogromne plusy jazdy motocyklem przez te rejony w czerwcu.

Tego dnia zrobiliśmy łącznie 310 km trasą bardzo krętą i urozmaiconą pod względem rodzaju nawierzchni, co bardzo nas ucieszyło. Przez pierwsze 150 km pogoda była, jak to często w Alpach, w kratkę i na zmianę wkładaliśmy przeciwdeszczówki i je ściągaliśmy.

Natomiast druga część dnia to już lekko ekstremalne upały i niezbędny postój na pootwieranie wszystkich możliwych otworów wentylacyjnych w naszej odzieży. 

Słoweńskie zachwyty

Słowenię liznęliśmy w regionie najładniejszym z możliwych, czyli w okolicach Parku Narodowego Triglav. Odwiedziliśmy tam trzy najważniejsze punkty, które były dla nas absolutnym „must see” w tej lokalizacji.

Pierwszy z nich to Korensko Sedlo/Wurzenpass – przełęcz, gdzie nachylenie drogi dochodzi do 18%.

Kolejny – Vrsic, czyli najwyżej (1611 m n.p.m.) położona przełęcz w Alpach Julijskich, która jest przejezdna w obie strony. Są tu nie tylko świetne serpentyny i asfalt, tuż przed wjazdem na pierwsze winkle znajduje się przepiękne jezioro Jasna. Wbrew pozorom nie jest ono jeziorem polodowcowym, to dwa połączone ze sobą sztuczne zbiorniki, stworzone u zbiegu potoków Velika Pišnica i Mala Pišnica.Naszymi głównym celem w Słowenii był oczywiście wjazd na Mangarsko Sedlo pod szczytem Mangart. Prowadzi do niego najwyżej położona droga słoweńskich Alpach Julijskich. Trasa, na której widoki zapierają dech w piersi. Gdzie nie wszystkie fragmenty nawierzchni są utwardzone i gdzie darmo doszukiwać się na całej długości zabezpieczeń przed zjazdem w przepaść w postaci barierek ochronnych.

Jako że kolega Slawoy z zaprzyjaźnionej grupy zachodniopomorskiej Burgmanii próbował atakować Mangart dokładnie dwa tygodnie przed naszą wyprawą i zdał nam relację, że ostatni etap drogi jest nieprzejezdny z powodu pozostałości po lawinie – spodziewaliśmy się, że możemy nie dojechać na sam szczyt.

Droga pod Mangart. Nie ma tu zbyt wielu zabezpieczeń, za to emocji i zachwytów nie brakuje!

Mieliśmy jednak nadzieję, że los będzie dla nas łaskawy i śnieg do tego czasu całkowicie się roztopi. Niestety, w tym miejscu zakończyła się również nasza wspinaczka, ale tak naprawdę niewiele zabrakło do zdobycia szczytu.

Uważam jednak, że warto było zobaczyć to na własne oczy i poczuć tę adrenalinę. Dodam, że nasza wyprawa miała miejsce w drugiej połowie czerwca, więc wybierając się w Alpy zawsze zakładajcie ewentualność nieprzejezdnych dróg, niezależnie od pory roku.

Śnieżne barykady skutecznie broniły wjazdu pod Mangart.

Nasz trzydobowy pobyt w Alpach Julijskich na Słowenii będziemy wspominać bardzo miło, pogoda była dla nas bardzo łaskawa, a jedzenie wyborne. Apropos jedzenia – bukując noclegi, zawsze kładziemy szczególny nacisk na to, aby w obiekcie była możliwość wykupienia śniadania lub, co się też często zdarza, poranny posiłek był wliczony w cenę zakwaterowania.

Oszczędza nam to sporo czasu w poszukiwaniu jakiegoś sklepu w celu zaopatrzenia. Kto jeździł po górach, ten wie, że znalezienie po drodze czynnego spożywczaka może czasami graniczyć z cudem. Rano nie ma nic przyjemniejszego niż czekające na ciebie kawka i jedzonko przed całodniową polatanką.

Zakaz to zakaz

Ostatni dzień pobytu w Słowenii mieliśmy zaplanowany tak, aby zrobić wypad na dwie przygraniczne trasy we Włoszech: Strada Panoramica delle Vette oraz Passo del Cason di Lanza. Według nawigacji było to 290 km i 7,5 godziny samej jazdy wiadomo jakimi nawierzchniami.

Z miejsca zakwaterowania wyruszyliśmy najpierw na Passo del Cason di Lanza, przełęcz jakich naprawdę w Alpach niewiele. Droga asfaltowa bardzo wąska, ruch prawie żaden, więc można powiedzieć, że byliśmy tam sami.Spotkaliśmy chyba jeden samochód, który dojeżdżał z zaopatrzeniem do przydrożnego baru prawie na samym szczycie. Klimat jak z filmów, witający nas baner z napisem „Welcome Riders”, miły właściciel chętnie przygotowujący nam kawę, bardzo strome zbocze góry, beczenie owiec wypasających się na trawiastym zboczu, piękne widoki i… cisza.

Ogólnie panująca cisza, przez 30 minut naszego postoju na kawę przejechał tędy jeden motocykl, tak – jeden. Po pauzie ruszyliśmy dalej, w kierunku naszego drugiego celu. Strada Panoramica delle Vette to ponoć jedna z bardziej niebezpiecznych dróg we Włoszech. A że sprzęciorki mamy ku temu stworzone, to jak to mówią, „jazda, panie gazda!”.Plan dnia mieliśmy jak zwykle bardzo napięty i nie zakładaliśmy jakichś większych opóźnień, ale tym razem było inaczej. Jadąc na Panoramicę, mniej więcej w połowie trasy wytyczonej w TomTomie pół roku wcześniej okazało się, że droga jest zamknięta. Znak mówił wyraźnie, że jest wycinka drzew i nie możemy wjechać, ale zjeżdżający z góry rowerzyści twierdzili, że możemy próbować, bo oni przejechali… Jak się okazało, nie przejechali, a pewnie przenieśli rowery, bo 1,5 km dalej drzewa leżały na całej jezdni.

Pozostało nam zawrócić, a nawigacja przekierowała nas 30 km wokół góry, co wiązało się z dodatkową godziną podróży. Wiecie jak to jest, trasa ustalona, czas przejazdu policzony, a tu taka niespodzianka. Nie byłoby w tym absolutnie nic szczególnego, gdyby podobna sytuacja nie spotkała nas ponownie, mało tego – w ten sam dzień.

Popędziliśmy dalej nową trasą, a mniej więcej w połowie drogi pod górę ponownie przywitał nas znak zakazu ruchu. „Jak? Nie wierzę!” Polecieliśmy, chcieliśmy koniecznie zobaczyć widoki i przejechać tę trasę. Po ujechaniu zaledwie 2 km wyrósł przed nami sprzęt do naprawy asfaltu, a obsługujący go facet kategorycznie zabronił nam wjazdu mówiąc „no strada!”.

Oczywiście poprosiliśmy, żeby się zlitował i nas puścił. Tłumaczyliśmy, że poradzimy sobie, że wystarczy nam kawałek „strady” żeby przejechać dalej.Zgodził się, machnął ręką, a my, z roześmianymi paszczami nastawiliśmy się na „challenge” i dobrą zabawę. Niestety, po ujechaniu 4 km naszym oczom objawił się taki widok, jakiego jeszcze nie zaznaliśmy.

Hasło „no strada” okazało się w 100% prawdziwe, faktycznie drogi tam nie było, musiała zejść jakaś lawina błotna, która zabrała wszystko: drzewa, glebę, asfalt… Przed nami wyrwa w trasie na parę ładnych metrów.

Nic to, popatrzyliśmy, zrobiliśmy fotki, a wracając na tarczy odebraliśmy porcję śmiechu i „lajków” od ekipy naprawiającej drogę. Kolejne 40 km do nadrobienia doskonale nam uświadomiło, że planowanie trasy w górach to czasami wróżenie z fusów. Jednak dla takich widoków i przeżyć warto było tam wjechać i się cofać.

Pogromcy (Dolo)mitów

Ze Słowenii pojechaliśmy we włoskie Dolomity, a naszą bazą noclegową na kolejne trzy dni była miejscowość Truden im Naturpark niedaleko Bolzano, w której prawie 80% mieszkańców posługuje się na co dzień językiem niemieckim.

Śniadania w formie szwedzkiego stołu w pensjonacie Residence Wiesenheim przyprawiały o zawrót głowy, jeśli chodzi o rozmaitość potraw. Ciężko powiedzieć, gdzie w okolicy Bolzano warto pojeździć motocyklem. Tak naprawdę gdziekolwiek byście nie pojechali, ustawiając w nawigacji motocyklowej trasę krętą, będzie pięknie.

My w czasie naszego trzydniowego tripu po Włoszech odwiedziliśmy kilka tras i przełęczy (m.in. Via Val Nambrone i Passo di Stalle), które również są uznawane za niebezpieczne – a to nas na tym wyjeździe kręciło.

Przy okazji dodam, że na tym wyjeździe ujawniła się przewaga nawigacji stricte motocyklowych w porównaniu do tych darmowych na smartfon. W urządzeniu motocyklowym można dokładnie ustalić krętość trasy i poziom wzniesień, co jest bardzo ważne i czego nie posiada normalna nawigacja samochodowa.

Ponadto smartfony najnowszych generacji bywają nadwrażliwe na warunki pogodowe. Kiedy pędzisz w deszczu po górach, a smartfon przy stanie baterii 20% pokazuje komunikat „wstrzymuję ładowanie”, wstrzymany jest również oddech u całej ekipy. 

Motocykl-niemotocykl

Trasa powrotna spod Bolzano do Maria Alm, gdzie czekał na nas nasz wóz z przyczepą, prowadziła przez przełęcz Passo di Stalle. Jadąc tamtędy nie spodziewaliśmy się tego, co nas czeka. Na miejscu byliśmy bardzo, ale to bardzo mile zaskoczeni.

Przejazd wygląda mniej więcej tak: dojeżdżamy pod przełęcz i mamy czerwone światło, zegar obok odlicza czas do zapalenia się zielonego. Puszczają ruch w jednym kierunku i dopiero gdy wszyscy z Austrii przejadą do Włoch, ruszają pojazdy w przeciwnym kierunku. Oznacza to, że można odwijać po pięknym asfalcie i zakrętach do bólu bez obawy, że coś nadjedzie z naprzeciwka.Miła sytuacja spotkała nas przy oczekiwaniu na zielone światło na wjazd na przełęcz, gdzie wraz z nami stała jakaś setka motocyklistów. Różne sprzęty, od ścigaczy po ciężkie „adwenczery” i nasze dwa skuterki X-ADV 750…

Wszyscy kręcili się wokół naszych „iksów” macając, dotykając, pytając, co to w ogóle jest? Skuter? Motocykl? Dodam, że nasze 55-konne wehikuły ze skrzyniami DCT praktycznie w ogóle nie odstawały na alpejskich zakrętach od 160-konnego KTM Super Adventure. Dziwne? Pewnie tak, ale te trasy to prawie same winkle, bez kilometrowych prostych odcinków i niejeden konkretny litr musiał zostać w tyle.

Po dziewięciu dniach ostrego winklowania niektóre opony miały wyraźnie dość.

Po winklowaniu po Włoszech nieubłaganie nadszedł czas na powrót do naszej bazy wypadowej w Austrii. Tam zapakowaliśmy sprzęty na przyczepkę i zasiedliśmy do „ostatniej wieczerzy” i pożegnalnego piwka.

Jeśli chodzi o aspekty kulinarne, to byłem bardzo zadowolony z faktu, że wracamy, bo czekałem na sznycel po wiedeńsku który wreszcie mogłem zjeść ponownie. Blady i Maska niekoniecznie, włoskie „mąki” typu pizza i spaghetti bardzo przypadły im do gustu. Ja tam jestem mięsożerny, dlatego Austria i Słowenia kulinarnie dla mnie wygrywają!

Odliczamy już czas do następnego wyjazdu. Zachęcam was do wypadów na alpejskie ścieżki, to naprawdę blisko i zawsze warto tam wracać. Pozdrawiam was i lewa w górę!

SzymonSeptic – Globtroter Wielkopolska  i Grupa Wlkp. Burgmanii

KOMENTARZE