fbpx

Niezbyt często można spotkać człowieka o tak ściśle ukierunkowanym hobby. Włoskie sportowe motocykle z lat 70. są nie tylko ciężkie do zdobycia i odbudowy, ale także zapewne wymagają odpowiednio zasobnego portfela. Ale przecież dżentelmeni o pieniądzach nie rozmawiają… Poznajcie Jaroslava – jednego z najbardziej zakręconych motocyklistów w Polsce, choć rodem z Czech.

Lech Potyński: Jaro, znamy się już kilka lat. Pierwszy raz spotkaliśmy się na Nostalgia Rally, organizowanym przez Oldtimer Club Poland. Jechałeś chyba powojennym Indianem Chief Roadmaster. Od razu zorientowałem się po akcencie, że nie pochodzisz z Polski. Co cię tu przywiało?

Jaroslav Hrabě: Nie, nie, to był Indian z rocznika 1939, a z Polską to była bardzo prosta historia. Po studiach w Pradze (bo ja jestem Czechem) zacząłem pracę w międzynarodowej holenderskiej korporacji, która zajmowała się projektowaniem i zarządzaniem dużymi budowami. Szło mi całkiem nieźle, ale chciałem wyjechać i pracować w Serbii, bo tam jest fajnie – ciepło, dobre drogi, można pojeździć motocyklami. Szef nie chciał mnie jednak puścić, to było w 2010 roku. Wysłał mnie za to do Warszawy. I tak znalazłem się na dłużej w Polsce, bo praktycznie siedzę tu do dzisiaj niemal cały czas. Przez jakiś czas prowadziłem polski oddział tego przedsiębiorstwa, a teraz robię to samo, tylko już na własną rękę, we własnej firmie.

„Uważam, że każdy motocyklista powinien mieć maszynę z tego samego rocznika co on”

L.P.: No to już wiem, skąd się wziąłeś, przejdźmy zatem do motocykli. Patrząc po twoim garażu, lubisz albo bardzo stare motocykle amerykańskie, albo, powiedzmy, nie takie stare klasyki włoskie. Zacznijmy od tych starszych, chociaż jako rodowity Czech powinieneś chyba jeździć na Jawach OHV i OHC?

J.H.: Mam kilka takich maszyn, w zasadzie tylko Indiany – Scout ’27, Chief ’39, i Chief ’51, ale mam nadzieję, że kiedyś powiększę tę odnogę mojej kolekcji. Oczywiście ja i wszyscy moi koledzy zaczynaliśmy od Jaw. Ale nie dlatego, że je kochaliśmy, tylko po prostu na takie było nas stać. Od razu uprzedzę kolejne pytanie – nie, nie miałem Velorexa. Gdy zaczynałem przygodę z motocyklami, chyba w 1994 roku, to mając 15 lat można już było legalnie pójść do roboty i trochę zarobić na wakacje. Ja pracowałem na budowie – mieszałem zaprawę, podawałem cegły i przez miesiąc zarobiłem ok. 5000 koron.

Wtedy taka czterdziestoletnia Jawa, wyciągnięta z komórki od jakiegoś dziadka, kosztowała 2-2,5 tys. koron, czyli z jednej pensji mogłem już sobie taki motor kupić. AWO-Simson kosztował wtedy 12-15 tysięcy, a przyciągnięta z Niemiec stara Yamaha XT – ok. 60 tysięcy. Na taki sprzęt po prostu nie było mnie stać, więc swoją przygodę z motocyklami zaczynałem od „staruchów”, bo mogłem sobie pozwolić jedynie na starą Jawę z lat 50. Katowałem ten motocykl po asfalcie i w lesie, jeździłem nim na wyprawy, do Polski i na Węgry. Oczywiście swój pierwszy motocykl mam do tej pory i jeżeli nie będę musiał, nigdy go nie sprzedam.

„Oprócz zabytkowych Indianów zbieram tylko włoskie motocykle z lat 70. Zupełnie nie ciągnie mnie w kierunku Japonii…”

L.P.: No to przejdźmy do kolejnego etapu twojej motocyklowej przygody…

J.H.: Trafiła mi się kiedyś przedwojenna Jawa 250 Special z roku 1938. Byłem z niej dumny, po remoncie pokazałem ją wujkowi, a on się przyznał, że ma w szopie Indiana. Mieszkał po drugiej stronie Czech, czyli dosyć daleko. „Zmiękczaliśmy” go psychicznie przez trzy lata go, żeby wpuścił nas do tej komórki. Gdy w końcu powynosiliśmy setki starych opon, żeliwne kaloryfery i masę śmieci, ukazał nam się Scout 600, ale bez silnika. Na szczęście silnik był, leżał w innej część chałupy. Motor zabraliśmy od razu, a po resztę maszyny przyjechaliśmy wiosną następnego roku.

Wtedy – jak to u studenta – było dużo czasu i dobrych chęci, ale za to mało pieniędzy. Usiłowałem po kolei remontować poszczególne podzespoły strasznie zmęczonej maszyny, ale projekt po prostu przerósł mnie finansowo i wylądował na jakiś czas na półkach w garażu. Wróciłem do niego po 10 latach (w 2010 roku) i ostatecznie udało mi się wyremontować ten motocykl. Przez to poznałem środowisko indianowców w Czechach – bardzo fajni ludzie, a ja zostałem zarażony bakcylem „indianizmu”, zacząłem jeździć na wystawy i zloty.

Kiedy już wylądowałem w Polsce, znalazłem informację, że Oldtimer Club Poland organizuje w 2012 roku międzynarodowy zlot Indiana na Mazurach. Przyjechałem z Warszawy, tak tylko popatrzeć, i siłą rzeczy poznałem tutejsze środowisko, Krzyśka Pedryca i innych kolegów. Pracując za granicą (czyli w Polsce – przyp. red.) miałem już przyzwoitsze zarobki i mogłem sobie pozwolić na poszerzenie kolekcji – teraz mam już cztery Indiany…

Jaroslaw Hrabě

L.P.: A co z tą włoszczyzną? Masz jej chyba kilkanaście sztuk, same sportowe rodzyneczki…

J.H.: A to zupełnie inna historia. Według mnie, każdy facet, jeżeli lubi motocykle, dojdzie do momentu, w którym zapragnie maszyny z tego samego rocznika, co on sam. Tak też było ze mną – tuż po przyjeździe do Polski poczułem taką potrzebę. Wtedy miałem całkiem współczesny sprzęt, Aprilię Tuono, bo jakoś nie ciągnęło mnie w kierunku „Japonii”.

Szukając motocykla z roku 1979, wybór był ograniczony. Japońskie nie, bo nie, Anglicy nie produkowali już w tamtym czasie nic sensownego. Harleya też nie brałem pod uwagę, skoro w garażu stał już Indian, bo by się chyba nie dogadywały. Zostały Włochy albo Niemcy. Miałem wtedy dylemat – Moto Guzzi Le Mans czy BMW R 100 S? No to kupiłem sobie dwie książki – „BMW Bible” i „Moto Guzzi Bible” – i przestudiowałem je bardzo dokładnie.

Okazało się, że interesującego mnie Gutka (seria 1) już wtedy nie produkowano. Mimo że był dwa razy droższy od BMW i nie z tego rocznika, co chciałem, to się w nim po prostu zakochałem i musiałem go mieć. Takie motocykle, we w miarę normalnych cenach i oryginalnym stanie, pojawiają się w ogłoszeniach bardzo rzadko, więc gdy w okolicach Florencji wyszukałem odpowiedni egzemplarz, sprowadziłem go przez wyspecjalizowaną firmę, wysyłając w ciemno całkiem sporą zaliczkę. Motocykl przyjechał, okazał się fantastyczny i od tej pory przy pomocy tych samych chłopaków wyszukuję kolejne włoskie perełki.

Na przełęczy Stelvio. Motocykle te znacznie lepiej prezentują się na krętych, górskich drogach niż w garażach

L.P.: Ale czy masz w końcu w swoich zbiorach motocykl ze swojego rocznika?

J.H.: Oczywiście! Na przykład Benelli 900 Sei, pierwsza seria z 1979, kupiłem je sobie na czterdzieste urodziny. W sumie włoskich klasyków mam już 17 i są to tylko maszyny z lat 70., i tylko sportowe. Taka właśnie jest strategia mojego kolekcjonowania. Mam już Moto Morini, Laverdę, MV Agustę, Ducati, Benelli, Motobi.

W tym roku udało się jeszcze upolować Harleya Aermacchi 350, ale jest jeszcze kilka modeli, których bym potrzebował. Aaa, przypomniało mi się… W tym roku upolowałem jeszcze naprawdę ekskluzywny motocykl, Bimotę SB3 z 1979 roku – włoska firma budowała nadwozia, a silniki brała od Suzuki GS 1000. To prawdziwe dzieło sztuki, które o co najmniej 10-15 lat wyprzedziło swoje czasy. W sumie wyprodukowano tylko 402 sztuki tego modelu.

Motocykle zapełniają mi już kilka garaży, i w Polsce, i w Czechach, trzymam je tam, gdzie po prostu znajdę wolne miejsce. Pracuję jednak nad tym, aby z czasem zbudować sobie jeden duży garaż, żeby stały pod jednym dachem. Nie chcę tego miejsca nazywać muzeum, bo po pierwsze, przecież znakomita większość moich motocykli pochodzi z lat 70., a my też przecież pochodzimy z lat 70. (mów za siebie! – przyp. red.), a chyba jeszcze nie jesteśmy zabytkami? A po drugie, jednak największą frajdę sprawiają, gdy jeżdżą, a nie stoją zakurzone w muzealnych halach.

„Mam motocykl z mojego rocznika. Benelli 900 Sei, pierwsza seria z 1979 roku, kupiłem je sobie na czterdzieste urodziny”

L.P.: Twoje życie jest trochę rozdarte między Polską i Czechami, więc masz już swoje doświadczenia i obserwacje. Jakie różnice w motocykliźmie widzisz między naszymi krajami?

J.H.: Na pewno jest inaczej, bo motocykliści w Polsce jakby później dochodzą do tego, co już wiedzą czescy. Na przykład, jeszcze kilka lat temu panowała wśród większości Polaków opinia, że włoskie motocykle się psują. Kupując używki większość preferowała japończyki. W Czechach nie jest tak już od dawna, ale i u was się to zmienia. U nas teraz japońskie motocykle nie bardzo się sprzedają, trend jest bardziej w kierunku motocykli europejskich, w tym i włoskich, co bardzo mnie cieszy.

Druga różnica – na imprezy dla motocykli zabytkowych wszyscy przyjeżdżają na lawetach, a trasa rajdu rzędu 100 km to już jest bardzo dużo. W Polsce motocykle weterańskie bardziej służą do jeżdżenia niż wyglądania. Wrócę do Nostalgia Rally. To niebywała impreza – ludzie jadą po kilkaset kilometrów, aby przejechać z kolegami w weekend 700 km i znowu kilkaset do domu, a wszystko to na kołach. To jest niebywałe!

A jeżeli chodzi o jakość jeżdżenia, to ja tutaj, na Mazowszu, cierpię. Tu jest płasko, nie ma zakrętów – a to jest przecież kwintesencja. Z tego powodu czasami mam poczucie, że ci „nizinni” motocykliści nie bardzo umieją jeździć, bo nie mają się gdzie porządnie nauczyć. U nas jest inaczej, jesteśmy wychowani na krętych górskich drogach Czech i zakręty to nasze życie! Dlatego też kilka razy w roku staram się jeździć w Alpy czy na Sardynię, aby porządnie polatać po winklach.

Italian Classic Weekend – kameralna impreza, w czasie której Jaro i jego przyjaciele smakują „włoszczyznę” w praktyce

Na koniec chciałbym powiedzieć kilka słów o imprezie Italian Classic Weekend. Te maszyny największą frajdę sprawiają w ruchu, na drogach. Im więcej jeżdżą, tym dla nich lepiej. Dwa moje motocykle ma na stałe mój brat i stale nimi jeździ. Podmieniamy je co jakiś czas, żeby wszystkie były w ruchu. To samo z moim przyjacielem jeszcze z czasów dzieciństwa, więc dosyć często jeździmy we trójkę. Ale marzyła mi się jakaś grubsza impreza, więc w tym roku (2022 – przyp. red.) zaprosiłem kilku swoich kolegów z Polski, Niemiec i Czech do siebie na wieś.

Znajomi przyjechali na swoich motocyklach, wyciągnęliśmy z garażu dziewięć moich maszyn (było nas w sumie 11 osób) i zrobiliśmy taką trzydniową rundkę, podczas której zamienialiśmy się pojazdami. To było jak upieczenie dwóch pieczeni na jednym ogniu. Po pierwsze, spełniłem marzenia znajomych o pojeżdżeniu motocyklami, które do tej pory widzieli jedynie w gazetach czy na plakatach, a po drugie, także i swoje, bo zobaczyłem moje rumaki wszystkie razem na drodze czy zaparkowane przed knajpą. Mam nadzieję, że ta moja mała impreza będzie już cykliczna…

L.P: Jaro! Bardzo dziękuję za rozmowę, a jednocześnie możliwość (mam nadzieję nie ostatnią) przejechania się na motocyklach z twojej kolekcji.

J.H.: Również dziękuję i pozdrawiam wszystkich fanów włoskich motocykli, a przy okazji czytelników „Świata Motocykli”!


Zdjęcia: Tomasz Parzychowski, archiwum Jaroslava Hrabě

KOMENTARZE