W książce „Harley mój kumpel” zamieściliśmy zdjęcia i informacje o zwycięstwie polskich motocyklistów w niezwykle trudnym rajdzie motocyklowym „2000 km przez Niemcy”, który odbył się w lipcu 1934 roku. Była to propagandowa impreza, mająca rozmachem sławić wielkość hitlerowskich Niemiec. Zwycięzcami rajdu mieli zostać Niemcy, ale… stało się inaczej.

Na rozkaz Hitlera na trasie rajdu imprezę zabezpieczało 100 000 żołnierzy SS, SA, Reichswehry oraz policjanci. Na starcie stanęło 1046 motocykli z całej Europy. Miał być propagandowy sukces, a tymczasem… Jako pierwsza na metę dotarła polska załoga: Józef Docha i Witalis Rynkiewicz, jadąca motocyklem Harley-Davidson. Zaskoczenie było ogromne. Choć było to nie w smak faszystom, polska flaga musiał zostać wciągnięta najwyżej.


REKLAMA

W styczniu 1968 roku w tygodniku „Motor”, przywołano pamięć o tamtym legendarnym zwycięstwie w rozmowie z Witalisem Rynkiewiczem. Dziś, po kolejnych 51 latach, prezentujemy jego opowieść.

Zawsze wierny motocyklowi…

Sporty motorowe w Polsce mają już 60 lat historii*. Na wystawie pamiątek, jaką z tej okazji zorganizowano, przy archiwalnych fotografiach zatrzymywali się na dłuższy czas starsi panowie i trzeba było uważniej przyjrzeć się reprodukowanym na planszach zdjęciom, aby odkryć, że ten uśmiechnięty motocyklista w pumpach na okładce jakiegoś „Kuryera” i stojący koło nas – to ta sama osoba.

Niewielu już pozostało z licznej przecież grupy tych, którzy na BMW, Matchlessach i innych, często już zapomnianych markach motocykli, ścigali się, rajdowali lat temu kilkadziesiąt, rozsławiając imię Polski po świecie. Jednym z nich jest znany w światku działaczy, organizatorów i zawodników p. Witalis Rynkiewicz. Dziś* ma lat 73, jeździ na motocyklu od 1921 roku do teraz (w ostatnim sezonie postawił motocykl w garażu dopiero w listopadzie); całe życie wierny jednej marce – Harley-Davidson. Pomyślcie – p. Rynkiewicz jeździ już ponad 40 lat na motocyklu i do dziś nie wie, co to katar, a przyznaje się, że najchętniej siada na motocykl właśnie w deszczową pogodę.

Na przekór gigantycznej machinie

W dowód uznania za tak długą wierność sportom motocyklowym p. Witalis Rynkiewicz udekorowany został przez przewodniczącego GKKFiT Włodzimierza Reczka „Medalem 100-lecia Sportu Polskiego”. (…) To nie tylko senior. To działacz, któremu nieobce jest to, co dzieje się obecnie w polskim sporcie motocyklowym. Gdy mówi o pionierskich latach, kiedy fakt dosiadania motocykla traktowany był jako wyjątkowa odwaga, o ówczesnych rajdach, zlotach czy wyścigach – nie są to tylko wspominki z niegdysiejszych lat, ale część 60-letniej historii polskiego sportu motorowego, który przecież nie miał zbyt dobrych warunków do rozwoju.

– Moim życiowym sukcesem – mówi p. Rynkiewicz – było zwycięstwo w bardzo trudnej imprezie – „2000 kilometrów przez Niemcy”. Był rok 1934 i mój macierzysty klub „Legia” wysłał na tę imprezę trzy załogi: Bielawskiego i Sypniewskiego z pilotami oraz mnie z nieżyjącym już Józefem Dochą. Było to coś w rodzaju teraźniejszego Gran Premio Argentyny, na którym tak fantastycznie pojechał Zasada*.

Trzeba było przejechać 2000 km non-stop z Berlina do Baden-Baden, a mojej klasie organizatorzy założyli przeciętną 70 km/godz! Przygotowałem mojego Harleya jak można było najlepiej, załadowaliśmy go do pociągu i ruszyliśmy do granicy. Stamtąd już na motocyklu do Berlina. Dopiero po przybyciu na miejsce startu okazało się, co to za impreza. Głównym jej patronem był Hitler, który chciał m.in. i przez nią pokazać światu, do czego zdolna jest przygotowana do podbojów armia niemiecka. Zaproszono do udziału w tym wyścigu ponad 1700 motocyklistów [faktycznie wystartowało 1046 zawodników – przyp. aut.], z czego około 500 stanowili Niemcy – najlepsi kierowcy wojskowi na specjalnie przygotowanych motocyklach BMW. Pamiętam bardzo dobrze, że w przemówieniu do uczestników, przed rozpoczęciem imprezy, wódz III Rzeszy z dumą podkreślił, że nad sprawnym jej przebiegiem czuwać będzie pół miliona ludzi! I rzeczywiście cała niemal trasa obstawiona była szpalerami wojska, co oczywiście miało w pierwszym rzędzie wywołać efekt propagandowy. Niemcy robili wszystko, aby udowodnić gościom, do czego zdolna jest ich machina wojskowa i jakie mają możliwości. Proponowano nam przed startem komplet opon Continental za darmo, lecz podziękowaliśmy, twierdząc, że nasze Stomile nam wystarczą. Na każdym punkcie kontroli czasu oferowano nam kanapki, herbatę, kawę. Nie pozwalali samemu tankować paliwa, natomiast po przyjeździe do stolika sędziowskiego obskakiwali nas mechanicy, skrupulatnie wyszukując usterek, aby je natychmiast usunąć. W takiej atmosferze ostentacyjnej opieki niełatwo było jechać, ale musieliśmy i to szybko.

Już po kilkudziesięciu kilometrach zorientowaliśmy się z Dochą, że ten wyścig to nie przelewki. W pewnym momencie w nocy, na bardzo trudnym odcinku trasy, biegnącym przez góry, zjeżdżamy po drodze z ostrym spadkiem, gdy w świetle dodatkowych reflektorów dojrzałem dość ciasny zakręt. Zacząłem dość wcześnie hamować, bo przecież nie znaliśmy trasy, nie przejeżdżaliśmy jej przed startem. Tuż przez wejściem w ten wiraż wyprzedziła nas załoga Niemców. W pierwszej chwil zazdrościłem im, że znali trasę i dokładnie wiedzieli, jak jechać na każdym odcinku. Ale ten, który mnie wtedy wyprzedził na tym zakręcie, przeliczył się – na naszych oczach wypadł z drogi i to z takim impetem, że biegnący zaraz w jego kierunku sanitariusze, bo stali na całej trasie co kilkanaście metrów, nie mieli już nic do roboty.

Przesiadaj się na moje miejsce!

Mój pilot – Józek Docha – był świetnym kierowcą, ale niewiele jeździł na motocyklu z wózkiem, do którego trzeba się jednak przyzwyczaić. Po kilkunastu godzinach jazdy nie czułem już rąk i Docha zaczął prowadzić. To był zawodnik o niebywałej odwadze; zdał sobie sprawę z tego, że z wózkiem jeździ się inaczej i początkowo prowadził ostrożnie, ale już po kilku kilometrach wyciągał z Harleya, co było można i w rezultacie na jednym z ostrzejszych zakrętów byłby wysypał do rowu. Byłem tak podniecony walką na trasie, że nie zauważyłem nawet, co się stało. Docha wyprowadzi jednak motocykl z niebezpiecznej sytuacji, lecz zaraz potem ku mojemu zdziwieniu powiedział: „Trzymaj kierownicę i przesiadaj się na moje miejsce; szkoda czasu na zatrzymywanie się!”. I w ten sposób, w czasie jazdy znowu wróciłem na siodełko. Docha był dobrym zawodnikiem – wiedział, że trzeba jechać bardzo szybko, ale także i to, że do motocykla z wózkiem trzeba się przyzwyczaić.

Dojeżdżaliśmy już do mety w Baden-Baden. Dostrzegaliśmy z dala światła tego kurortu, gdy oderwał się łańcuch. Wiedzieliśmy już, że mamy szanse na dobre miejsce, a tu przed samą metą pech! Było kilka minut zapasu w wyznaczonym czasie, więc zdecydowaliśmy się przynajmniej zobaczyć, co się stało. Na szczęście trzeba było tylko napiąć nieco łańcuch; zrobiliśmy to bardzo szybko i dalej do mety.

Ale już po kilkuset metrach okazało się, że wjazd do miasta prowadzi tak krętymi serpentynami, iż niemożliwe było jechać szybciej niż 30 – 40 km/godz. Na domiar złego liczne zakręty wydłużały tak trasę dojazdu, że była ona dwukrotnie dłuższa niż to się wydawało z daleka. Kiedy oddano mi kartę po ostemplowaniu na mecie i zobaczyłem wydrukowany wynik: 0.00,0 opóźnienia na całej trasie – nasze szczęście nie miało granic. Wiedzieliśmy, że wygraliśmy ten morderczy wyścig!

Przy rozdawaniu nagród, tuż przed rozpoczęciem uroczystości, w całym Baden-Baden zgasło światło. W tej samej sekundzie na okolicznych wzgórzach zaczęły zapalać się na drzewach światełka; umieszczone w gałęziach lampki z oliwą połączono lontem, więc zapalały się kolejno. Dopiero po dłuższej chwili wszystkie te lampki stworzyły wizerunek… Hitlera, z wąsikiem i charakterystycznym „ząbkiem” nad okiem, oczywiście! Dopiero potem zapalono światła w mieście i w obecności palącego się nadal „portretu” wręczono nam nagrodę za pierwsze miejsce. Chyba nie najlepiej czuli się Niemcy, kiedy musieli nam zagrać Mazurka Dąbrowskiego! No, a my? To była duża rzecz, wiedzieć, że dało się radę tej wielkiej machinie.

Męski sport

Witalis Rynkiewicz wziął po raz ostatni udział jako zawodnik w zorganizowany kilkanaście lat temu Rajdzie Seniorów. Ale do dziś nie rozstaje się z motocyklem, choć są to już tylko wypady wycieczkowe. Od dawna cały swój wolny czas i zapał poświęca organizowaniu i pracy społecznej w klubie. Piastował już szereg najważniejszych funkcji w Legii i Zarządzie Okręgowym PZMot. w Warszawie, a ostatnio zorganizował sekcję motorową przy Instytucie Podstawowych Problemów Techniki PAN. W tej instytucji zajmuje się pracą konstruktorską, a jego ostatnim wynalazkiem jest skomplikowana aparatura do całkowicie zautomatyzowanego ciecia półprzewodników.

Mimo 73 lat pracuje z energią, której mogą mu pozazdrościć 30-latkowie, organizuje życie klubowe i… prowadzi Harleya z wózkiem. Martwi go tylko, że coraz mniej ludzi garnie się do sportu i turystyki motocyklowej. „Teraz – powiada – młodzi ludzie od razu chcą wsiadać do samochodu, motocykle już ich nie interesują. A przecież motocykl to męski pojazd, a sport motocyklowy to męski sport”.

„Motor” 2 / 1968

Zwycięstwo Witalisa Rynkiewicza i Józefa Dochy w opisywanym rajdzie było jednym z największych sukcesów polskich zawodników na arenie międzynarodowej. Jest to chyba aktualne do dziś. Choć rywalizacja nie do końca była fair, udało im się wygrać. Pamiętajmy, że niemieccy zawodnicy mieli możliwość poznania trasy przez rajdem oraz zapewniano im natychmiastowy serwis na całym dystansie. Ogromne uznanie należy się również Rynkiewiczowi za prawie 50 lat motocyklowej przygody z Harleyem.

*w 1968 roku.

**Sobiesław Zasada wygrał tę imprezę w 1967 roku na Porsche.

KOMENTARZE


REKLAMA