fbpx
A password will be e-mailed to you.

Lublin. Miasto, w którym pożegnałem dwa narządy: wątrobę i serce. Pierwszy straciłem przez trwające od zmierzchu do świtu imprezy na terenie miasteczka akademickiego. Drugi skradła mi piękna blondynka z piegami rozsypanymi niczym konfetti na delikatnej twarzy. Mam więc wobec tego miasta całe spektrum emocji, uruchamiających się przy każdej wizycie. Ostatnio przekonałem się o tym podczas wystawy w miejscowym Muzeum Narodowym.

Niedziela w Lublinie to często dla mnie „dzień warzywny”. A to z powodu sobotniego testowania nalewek teściów, a to w wyniku spotkania ze starymi znajomymi. Nie inaczej było i tym razem. Chwilowy raj upojenia odszedł w zapomnienie, a poranek skradło piekło potężnego kaca. Moja wspaniała żona stwierdziła, że ma panaceum na całe zło! Oto będziemy konsumować. Nie alkohol czy jakieś wykwintne potrawy. Te mogłyby się nie przyjąć, niczym nieudany przeszczep.

W Muzeum Narodowym w Lublinie mieliśmy konsumować tak zwaną sztukę wysoką, bo trwała tam wystawa pod tytułem „Tamara Łempicka – kobieta w podróży”. O samej wystawie nie będę opowiadał, po prostu polecam zobaczyć ją na żywo. Opowiada o najpopularniejszej polskiej artystce i muzie Andy’ego Warhola. Byłem w ciężkim szoku, gdy dowiedziałem się, że jeden z jej obrazów został sprzedany za 82 mln złotych. Czymże wobec takiej kwoty są customowe motocykle za 100 czy 200 tysięcy zł? Toż to tanizna!

Złoto, chrom, skóra i 650 godzin w garażu. Prosty przepis na dzieło sztuki

Podczas oglądania prac Łempickiej i czytania ciekawostek o jej życiu nasunęło mi się pytanie, po co nam właściwie sztuka? Po co te wszystkie damy z łasiczkami, gronostajami i pomazane przez Banksy’ego mury? Oczywiście nad tym tematem przez lata głowiły się tęższe i mniej skacowane umysły od mojego, dlatego nie będę dawał naukowego wykładu. Znalazłem jednak odpowiedź, która jest najbliższa mojemu postrzeganiu sztuki. Krystyna Janda w jednym z wywiadów powiedziała, że sztuka jest źródłem empatii. Jakież to pięknie proste!

Przykład? Gdybyście kiedyś zapytali mnie, co myślę o niezbyt pięknie przerobionym motocyklu, byłbym pierwszy do krytycznych ocen. Już dawno jednak wycofałem się z ferowania wyroków. Obcowanie z tymi bardziej udanymi customami z całego świata zmieniło moje postrzeganie tych z pozoru słabszych. Zamiast do nich strzelać, próbuję zrozumieć. Dzięki temu poznałem masę wspaniałych historii, chociażby tę o cezecie zbudowanej w 100% z części znalezionych w śmietniku. Oceniając projekt jedynie po zdjęciu, skazałbym go na krytykę. Ta bardziej empatyczna część mnie kazała jednak zadać pytanie „dlaczego?”. Dlaczego ktoś to zrobił? Dlaczego tak, a nie inaczej? Tak poznałem pojęcie upcyclingu, czyli tworzenia rzeczy o wartości wyższej niż surowce, z których powstały.

Minimalistyczne siedzenie, piękny wydech oraz charakterystyczny bak. Motocyklowa pornografia w najczystszej postaci!

Setka ku chwale sztuki

Co ten cały wstęp o sensie sztuki ma do prezentowanego motocykla? Ano całkiem sporo! Hiszpański warsztat Tamarit Motorcycles to miejsce, w którym regularnie powstają dzieła sztuki. To właśnie takie projekty po pierwsze, zmieniają branżę customową, po drugie, sprawiają, że ja (mam nadzieję, że wy też) staję się bardziej wrażliwy i otwarty na wszystko, co inne i nieznane.

„Jade” to bazowo Triumph Thruxton 900 z 2006 roku. Dla Quique’a i Matiasa, założycieli Tamarit Motorcycles, był to dość wyjątkowy projekt. Po siedmiu latach wspólnej pracy doszli do 99 wyprodukowanych customów na bazie różnych modeli Triumpha. Ten setny miał być zwieńczeniem dotychczasowego dorobku. Droga do jego powstania też jest ciekawa.

Chłodnica oleju zintegrowana z ramą. Nie robią tego w fabrycznych motocyklach…

Złoty, a skromny! Fajnie, że nawet łańcuch pasuje do całej koncepcji

Chłopaki nie czekali na zamówienie od klienta, postanowili stworzyć coś na tyle wyjątkowego, by zainteresować tym dom aukcyjny Artcurial w ósmej dzielnicy Paryża. Czy im się to udało? Jeszcze jak! Nie dość, że dom aukcyjny przyjął motocykl, to jeszcze sprzedał go za 52 448 euro, czyli 249 792 zł. No chyba że liczymy po kursie Jarosława Kaczyńskiego, wtedy kwota jest mniej szokująca (157 344 zł).

Dlaczego ktoś postanowił wydać niebotyczną kwotę, by posiąść Thruxtona z 2006 roku? Ten motocykl pokazuje, że nawet najmniejszą część można doprowadzić do perfekcji.

Bulwiasta obudowa reflektora nadaje motocyklowi rasowego, wyścigowego sznytu

Jedyne 650 godzin

Wszystkie prace nad projektem zajęły ponad 650 roboczogodzin, a rozpoczęły się od rozebrania silnika i usprawnienia go poprzez zamontowanie nowych zaworów, wału korbowego, sportowych filtrów oraz wydechu 2-1 marki Zard. Ciekawostką jest chłodzenie silnika. Standardowa chłodnica oleju została zastąpiona autorskim systemem zintegrowanym z ramą.

Tylna część motocykla wymagała inżynieryjnej precyzji. Nowy wahacz jest wydłużony o 15 centymetrów, a dwa klasyczne amortyzatory ustąpiły miejsca monoshockowi, oczywiście wykonanemu od podstaw w Tamarit Motorcycles. Górne mocowanie amortyzatora wchodzi pomiędzy dwie części nowej ramy pomocniczej o dość ascetycznej konstrukcji. Jej zwieńczeniem jest cafe racerowe siedzisko obszyte brązową skórą. Skórzany detal znalazł się również na bokach zbiornika paliwa.

Cała karoseria Thruxtona, z wyjątkiem zbiornika paliwa, została stworzona od podstaw. Owiewka w stylu Ricmana to dzieło z kompozytu o nazwie metakrylan. Podobno stosuje się go głównie do produkcji sprzętu medycznego. Reflektor umieszczony za bulwiastą obudową pochodzi z nowszego Thruxtona. Pług zasługuje na osobny akapit. Jest asymetryczny i po obu stronach ma wybrzuszenia naśladujące kształty silnika. Prosty zabieg, a zmienia całkiem sporo.

Kokpit to już klasyka. Mały wyświetlacz Motogadget i podstawowe kontrolki

Tylne lampy w małych tulejkach ukryte pod siedzeniem. Ciekawe rozwiązanie!

Z przodu jest mały błotnik z włókna szklanego z delikatnymi mocowaniami z aluminium. Ciekawym zabiegiem jest zastosowanie ozdobnych sprężyn w górnej części widelca. Kokpit to już klasyka. W górną półkę został wbudowany prędkościomierz Motogadget z podstawowymi kontrolkami. Clip-ony pochodzą z oferty KustomTech i są wykończone taką samą skórą co siedzisko.

Zwieńczeniem projektu jest lakier, inspirowany dość rzadkim minerałem o nazwie jadeit. Podobno jeden karat tego kruszcu kosztuje ponad trzy miliony dolarów. Szmaragdowozielony kolor w zestawieniu z wszechobecnym chromem i detalami z mosiądzu tworzy niesamowity efekt. I niech ktoś mi powie, że to nie jest dzieło najwyższej próby. Gdy patrzę na ten motocykl, w mojej głowie buzują same skrajne emocje. Po to nam właśnie cała ta sztuka!

PS. Jeżeli tylko będziecie w Lublinie, odwiedźcie budynek Centrum Spotkania Kultur, jest przecudowny!

Zdjęcia: Tamarit Motorcycles

KOMENTARZE