fbpx
A password will be e-mailed to you.

Teneryfa kojarzy się z rajem dla flegmatycznych niemieckich emerytów i hałaśliwych brytyjskich turystów, przybywających tam tłumnie tanimi liniami. Jednak po bliższym zapoznaniu okazuje się również rajem dla motocyklistów. Zwłaszcza że lato trwa na tej wyspie przez cały rok.

Niekończące się winkle z idealnie równym asfaltem? Obecne. Autostrada z widokiem na ocean? Jest. Wąskie, górskie serpentyny, na których nawet jednoślady mijają się „na lusterka”? Jak najbardziej. Szutrowe pustkowia, gdzie nawet amator może poczuć się jak mistrz Dakaru? Proszę bardzo. A wszystko to na jednej, niewielkiej wyspie, którą można bez problemu objechać w dwie godziny.

Własnym motocyklem na Teneryfę dotrzeć niełatwo. Najpierw trzeba by dojechać na kraniec Hiszpanii, do portu w Huelvie lub Kadyksie, i stamtąd popłynąć promem do Santa Cruz, co samo w sobie zajmie nam półtorej doby. Nie jest to dobra opcja na kilkudniowy wypad.

Północ Teneryfy uwodzi najpiękniejszymi widokami. Kolonialna architektura starych miasteczek, wiszących na oceanicznych klifach, topi się w gąszczu pysznej roślinności

Na szczęście na wyspie działa kilka niezłych wypożyczalni jednośladów, w których ceny wahają się od 35 (za skuter 125 ccm) do 200 euro za dobę (za Harleya lub GS-a 1250). Najpopularniejsze są tam jednak sprzęty w stylu Kawasaki Versys 650, BMW F 700 GS lub Honda NC700. Czyli motocykle w normalnych warunkach perfekcyjnie nudne i nijakie, lecz tutejsze drogi nawet z nich potrafią wykrzesać emocje.

Odzieżowa przezorność

Teneryfa jest wyspą wulkaniczną, nad którą góruje uśpiony olbrzym Pico del Teide, ze szczytem na wysokości ponad 3700 metrów, więc większość szlaków przecinających jej terytorium wije się po mniej lub bardziej stromych wzniesieniach. Z tego też powodu warunki pogodowe mogą się zmienić niemal z minuty na minutę.

Genów nie oszukasz. Sebastian, brat Marcina, również należy do klubu ponadnormatywnie rosłych

Lustereczko, powiedz przecie, kto ma najbrzydszy kask na świecie?

Gdy startujesz ze słonecznego wybrzeża Costa Adeje, tłumnie nawiedzanego przez żądnych plażowania turystów (dlatego też osobiście omijam je szerokim łukiem), nawet lekka motocyklowa kurtka wydaje ci się zbędną termiczną torturą. Zwłaszcza że miejscowi śmigają w szortach i t-shirtach. Parę kilometrów dalej, gdy zaczynasz wspinać się drogą nr 51 w stronę urokliwego Vilaflor, a temperatura spada o kilka stopni, doceniasz swoją odzieżową przezorność.

W końcu dojeżdżasz do parku narodowego Teide i nagle masz wrażenie, że wylądowałeś na Marsie. Otacza cię płaskowyż wypełniony rumowiskiem różnokolorowych skał, niemal pozbawionych roślinności, a jedynym świadectwem obecności ludzkiej cywilizacji jest kolejka linowa, zabierająca miłośników jeszcze lepszych widoków na sam szczyt wulkanu (dobrze jest wcześniej zarezerwować bilety).

Wjeżdżając do parku krajobrazowego Teide masz poczucie, że właśnie wylądowałeś na Marsie

Kiedy już pozachwycasz się krajobrazowym pięknem i cykniesz kilka fotek, możesz nabrać apetytu na lunch i odrobinę miejskiego życia. Dobrym adresem będzie wówczas Santa Cruz, gdzie nietrudno o dobrą, nieturystyczną knajpę, na przykład Guannabi, w której serwują najlepsze policzki wołowe jakie jadłem. A dla wyznawców wege jest pyszne risotto ze szparagami.

Do stolicy najlepiej dojechać drogą nr 24, przecinającą gęste lasy (nomen omen) Las Lagunetas. Kolejny szok – zaledwie godzinę temu byłeś na plaży, potem wylądowałeś na innej planecie, a teraz jedziesz przez coś, co przypomina rodzime Bory Tucholskie. W dodatku jest duża szansa, że temperatura spadła właśnie o kolejnych kilka stopni, otacza cię mgła i siąpi deszcz, bo właśnie przecinasz sam środek wiszącej nad górskim lasem chmury. To moment, w którym dziękujesz bogom polaru i goretexu, że jednak masz na sobie tę cholerną kurtkę.

Loty na Teneryfę są częste i niedrogie, więc można tam wyskoczyć nawet na długi weekend

Jeśli podczas jazdy odbije ci palma, rzeczywistość może boleśnie zakłuć. Dlatego przed zjechaniem z asfaltu przyda się krótki trening

Północ Teneryfy to zupełnie inna bajka niż leniwe, pustynne południe, które jednak bywa znacznie częściej wybierane przez urlopowych najeźdźców, ze względu na wyższe temperatury i mniejsze ryzyko deszczowej pogody. Ale to właśnie północ uwodzi najpiękniejszymi widokami. Kolonialna architektura starych miasteczek, wiszących na oceanicznych klifach, topi się w gąszczu pysznej roślinności, a na horyzoncie majaczą majestatyczne góry rezerwatu Anaga.

To kolejny lokalny cud natury – głębokie wąwozy, szczelnie zarośnięte prastarym lasem wawrzynowym, przez który prowadzą wyjątkowo wąskie, kręte i zazwyczaj śliskie drogi. Na szczęście masowi turyści, zajęci wylegiwaniem się na plażach Los Cristianos, zaglądają tu niezbyt tłumnie. Jeśli już jednak się pojawiają, zwykle prowadzą wypożyczone auta w lękliwy i dość nieprzewidywalny sposób, więc zaleca się umiarkowanie entuzjastyczne atakowanie leśnych winkli, bo nietrudno o czołowe spotkanie z automobilem wyjeżdżającym zza zakrętu wprost na twój pas.

„Wyngiel, wyngiel ja we wiosce!” Jednak wojny nie będzie, bo to tylko piasek, choć w mało komercyjnym, typowym dla tej wyspy kolorze

Po kilku godzinach w siodle dobrze jest rozprostować nogi. A nawet trochę nimi poruszać. Dlatego proponuję zaparkować motocykl w wiosce Chamorga (najodleglejszej, do której da się dojechać) i ruszyć z buta, kierując się w stronę latarni morskiej w Faro de Anaga. To jeden z najładniejszych szlaków trekkingowych na wyspie, po godzinie marszu zakończony nagrodą w postaci widoków na zielone klify topiące się we wzburzonym oceanie.

Szlakami piratów

Mówi się, że Kraków to miasto artystów – wystarczy kopnąć w dowolny śmietnik, żeby wypadł z niego jakiś poeta. O Teneryfie można powiedzieć, że to wyspa parków krajobrazowych. Kolejny z nich, wyjątkowo interesujący z perspektywy motocykla, to Teno, zajmujący północno-zachodni narożnik wyspy. Wycieczka zaczyna się w miasteczku Santiago del Teide, gdzie już sama ilość jednośladów zaparkowanych przed lokalnymi kawiarniami sugeruje wyjątkową przygodę.

Rumaki na tle prerii, czyli sceneria jak ze spaghetti westernu. Brakuje tylko muzyki Ennio Morricone

Z takim zasięgiem ramion można dopłynąć do Polski wpław szybciej, niż dojechać na motocyklu

Droga nr 436 to jedna z najbardziej malowniczych, a jednocześnie najbardziej ekscytujących przepraw na Teneryfie – momentami łatwo zapomnieć, że jest się na Kanarach i ulec złudzeniu, że oto znaleźliśmy się w Norwegii, a pod kołami rozpościera się słynna Droga Trolli. Mnogość nawrotów o 360 stopni na tej wąziutkiej serpentynie łatwo może przyprawić o zawrót głowy. Albo – jeśli w motocyklu szukasz emocji – wywołać na pysku wielkiego banana zadowolenia.

Kierując się w stronę Buenavista del Norte, klucząc po zboczach wąwozów, wypada zatrzymać się na chwilę w osławionym miasteczku Masca, opisywanym w przewodnikach jako „must-have” i faktycznie wartym grzechu, bo widoki zapierają dech. Przez wiele lat ta okolica, w której niegdyś podobno chętnie ukrywali się piraci, była odizolowana od reszty wyspy. Drogę zbudowano tu dopiero w latach 60. Może dlatego Masca, mimo turystycznego charakteru, do dziś pozostaje miejscem nietkniętym przez krwiożerczych deweloperów, stawiających w innych rejonach wyspy betonowe hotelowe koszmarki?

Niekończąca się radość z przerzucania sprzętu z winkla w winkiel na idealnie równym asfalcie, czyli mokry sen każdego motocyklisty

Bracia Prokop po raz ostatni byli tak blisko kościoła podczas pierwszej komunii świętej swojej kuzynki

Po lunchu w jednej z okolicznych knajp, na przykład El Guanche z pięknie położonym tarasem, czas spiąć konia ostrogami i pogalopować dalej na północ, zaliczając kolejne winklowe orgazmy. Kiedy już dotrzecie do Buenavista del Norte, poszukajcie cmentarza. Wiem, zabrzmiało niefortunnie. Ale tuż za nim znajdziecie kawałek dzikiego klifu, z którego roztacza się majestatyczny widok z góry na pobliską zatokę, pole golfowe i parę innych, cieszących oko landszaftów, przy podziwianiu których nikt wam nie będzie przeszkadzał.

Napełnieni zachwytem, kierujcie się drogą nr 42 w stronę Garachico, by w miejscowości Las Cruces odbić na obłędnie wijącą się w poprzek góry ścieżkę nr 421, która doprowadzi was do drogi nr 82. Obierając tam azymut na Santiago del Teide, kolejną wspaniale krętą trasą dotrzecie z powrotem do punktu startowego wycieczki. Jeśli po drodze dopadnie was fantazja, by poobcować z naturą czterokopytną, możecie zaliczyć Camello Center – restaurację, która oferuje również przejażdżki na wielbłądach, jakkolwiek egzotycznie to brzmi. A potem zboczyć na Charcas de Erjos – krainę sadzawek, wokół których można chwilę pojeździć poza asfaltem i postraszyć kaczki. Bez skojarzeń.

Tutejsze drogi potrafią wycisnąć spore emocje nawet z królujących w wypożyczalniach, perfekcyjnie nudnych motocykli

Zbaczając z asfaltu

Zamiast jednak rozjeżdżać dziką przyrodę, fanom błota, dziur i hopek proponuję wyprawę do gminy San Miguel de Abona, gdzie znajduje się tor motocrossowy. Na miejscu można wypożyczyć stosowny motocykl (z instruktorem lub bez) i wyszaleć się do woli, płacąc za tę przyjemność około 80 euro za godzinę. Zatwardziali rycerze hard enduro o tytanowych piszczelach raczej nie znajdą tu wielkich wyzwań, ale dla kogoś, kto na co dzień jeździ głównie po twardym, może to być fantastyczny poligon do zdobywania nowych skilli.

Kiedy już staniecie się poskromicielami niewyasfaltowanej ziemi, możecie zaatakować jeden z rewirów przypominających gigantyczne, pustynne szutrowisko i potrenować na własną rękę. Ale po kolei. Ruszając z toru w stronę Las Zocas i jadąc ciągiem dróg 647 i 64, w miejscowości San Isidro wjedziecie na drogę 636, a następnie wspaniałą 28, która jest samym dobrem. W miarę szeroka, z niezłą widocznością i równiusieńkim asfaltem, a przy tym pełna zakrętów – często ostrych, zdradliwie zacieśniających się, testujących umiejętności jeźdźca.

Spojrzenie Versysa, które zdaje się mówić „Już daj ty mi spokój, teraz chcę chwilę poleżeć…”

Jeździec bez kasku, za to ze szczerymi chęciami wydostania się z opresji

Gdy jednak po chwili poczujecie się tam pewnie, frajda z przerzucania sprzętu z winkla w winkiel nie wygaśnie przez kolejnych 50 kilometrów, aż dotrzecie do miejscowości Fasnia. Wbijcie wtedy w nawigację hasło „Ermita de la Virgen de la Montaña” i dajcie się zaprowadzić na szczyt lokalnego wzniesienia, gdzie samotnie stoi maleńki, uroczy kościółek, jak z teledysku „November Rain” Guns’n’Roses, a dookoła rozciąga się równie teledyskowy widok na kawał wyspy i oceanu.

No dobra, a gdzie te szutry? Zjedźcie drogą 620 do autostrady, a potem kierujcie się na południe, do Punta de Abona, gdzie znajduje się latarnia morska. A nawet dwie. Pierwsza to… parterowy, kamienny pawilon z niewielką, świecącą kopułą na dachu, która do lat 70. okazywała się zupełnie wystarczająca. Później ktoś jednak najwyraźniej stwierdził, że prawilna latarnia morska ma być wysoka, cylindryczna i pomalowana w paski, więc dokładnie taką, wznoszącą się na 40 metrów, wybudowano tuż obok. Wokół tych budowli rozpościera się całkiem pokaźny kawałek bezludnego szutrowiska, gdzie nawet na szosowym, rachitycznym jednośladzie z wypożyczalni można w miarę bezpiecznie poćwiczyć driftowanie oraz nieśmiałe skoki na okolicznych pagórkach.

Teneryfskie drogi stoją otworem przed każdym, niezależnie od dosiadanego sprzętu oraz umiejętności jeźdźca

Niestety, jeden z nich nie zakończył się dla mnie (i Versysa) zbyt szczęśliwie, więc początkującym amatorom enduro radzę miarkować swój zapał… Za to terenowym wyjadaczom polecam nieco bardziej wymagającą niż zabawy na żwirowisku, kilkugodzinną wycieczkę offroadową w poprzek wyspy, najlepiej w towarzystwie któregoś z lokalnych przewodników. Jest to o tyle istotne, że jazda poza utwardzonymi drogami na Teneryfie w wielu miejscach wymaga specjalnych zezwoleń, które co prawda można zdobyć samemu (wchodząc na stronę centralreservas.tenerife.es), ale organizatorzy wycieczek zwykle oferują je w pakiecie wraz z bardzo dokładnymi planami najciekawszych tras.

Na wyspie pełnej solidnych wzniesień nietrudno upolować widowiskowy landszaft z wielbłądem. Albo dwoma

Kiedy już znużą was jednoślady, ale wciąż nie zniknie apetyt na adrenalinę i zapach benzyny, wybierzcie się na asfaltowy tor kartingowy w pobliżu Cho. Prędkości rozwijane tam przez bolidy oraz ukształtowanie zakrętów zapewniają mnóstwo dobrej zabawy nawet tym, którzy na co dzień gardzą czterema kołami. A na koniec dnia nikt na pewno nie pogardzi specjałami z grilla, serwowanymi w pobliskiej knajpie Guachinche El Cordero, położonej na plantacji bananowców. Tylko ostrożnie, bo zwiększenie masy dramatycznie zmniejszy wasze szanse na gokartowe zwycięstwa.

Tekst: Marcin Prokop

Zdjęcia: Marcin Prokop, Sebastian Prokop

KOMENTARZE