Niniejszy tekst nie jest artykułem sponsorowanym przez zrzeszenie importerów motocykli, a powodów jest kilka.

Po pierwsze, stowarzyszenie takie nie istnieje (a szkoda!), po drugie zaś, jakoś nikt z branży nie dostrzegł jeszcze (również szkoda!) potencjalnych możliwości manipulowania umysłami czytelników poprzez felietonistę i nie usiłował mnie korumpować. Tekst ten oparty jest jedynie na osobistych obserwacjach oraz dość pobieżnej analizie rynku i niewiele ma wspólnego z profesjonalnymi opracowaniami.


REKLAMA

Zapewne każdy zdążył już zauważyć, że od pewnego czasu złoty ma tendencje do umacniania się i niemal z każdym dniem kurs euro idzie w dół. Powoli, prawie niezauważalnie, jednak zdecydowanie i konsekwentnie. Warto przypomnieć, że niecały rok temu za 1 euro płaciliśmy niemal złotówkę więcej niż dzisiaj. To zjawisko ma także spory wpływ na nasz rynek motocyklowy, bo jednoślady musimy importować i płacimy za nie w walucie rozpowszechnionej w UE. Logiczną konsekwencją takiej sytuacji powinna być obniżka cen maszyn o mniej więcej 20 proc. Nawet jeśli weźmie się pod uwagę inflację, która chwilowo utrzymuje się na całkiem przyzwoitym poziomie, okazuje się, że motocykle w sezonie 2005 rzeczywiście będą sporo tańsze niż w ubiegłym roku. Wydawać by się mogło, że jesteśmy świadkami kolejnego „cudu na Wisłą”, bo przez wiele lat przyzwyczajaliśmy się do tego, że wszystko drożeje (może z wyjątkiem honoru), a tu proszę – motocykle tańsze! Wyobrażam sobie, jak musiał skoczyć gul tym wszystkim, którzy pod koniec sezonu 2004 zdecydowali się na zakup nowej maszyny. Stracili na tym ładnych parę groszy, bo mimo że maszyny w tym roku są już z definicji tańsze, to jeszcze importerzy obniżyli ceny na zalegające w składach resztki motorków z lat ubiegłych.

Czy rzeczywiście musieli? Czy nie dało się zastosować metody Telekomunikacji Polskiej i z pozycji siły zaaplikować nam najwyższych cen w Europie? Otóż o ile TP SA może pozwolić sobie na tego rodzaju hochsztaplerkę, o tyle importerzy motocykli (wyrazy współczucia) niestety nie. I to z bardzo prostej przyczyny. Tuż za naszą granicą zachodnią (tą teoretyczną, bo przecież już jej nie ma) czyhają firmy, które polskim motocyklistom oferują ten sam produkt po konkurencyjnych cenach i to w dodatku w znacznie bogatszym asortymencie. Nareszcie polski biker może zachować się jak prawdziwe panisko. Może wybierać! Okazuje się, że coraz więcej kupujących stosuje taką metodę. Większość importerów odkryła już tę smutną prawdę – płacząc, dostosowuje się do rzeczywistości. Pozostaje jednak nierozstrzygnięta kwestia, co robić z motocyklami z 2004 roku pozostałymi w salonach i składach celnych, sprowadzanych w momencie, gdy euro kosztowało 4,75 zł? To rzeczywiście jest spory ból zęba, gdy muszą sprzedawać je ze stratą. A motocykliści niech zacierają ręce. Nadchodzi teraz ich moment.

Sytuacja na rynku pierwotnym bezpośrednio przenosi się na handel motocyklami używanymi. Przecież nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie oferował motocykla z drugiej ręki drożej od nowego! W dodatku powoli sklepy i komisy zaczynają zapełniać się po brzegi maszynami importowanymi głównie z USA, bo coraz większa liczba przedsiębiorców odkryła, że za oceanem jest rzeczywiście tanio! Płynie więc do nas może jeszcze nie rzeka, ale już spory strumień maszyn względnie świeżych, raczej zadbanych, stanowiących coraz poważniejszą konkurencję dla lekko skatowanego rodzimego taboru. Oczywiście nie znaczy to, że jednoślady zaraz będą rozdawane za darmo, jednak stają się znacznie bardziej dostępne niż jeszcze dwa-trzy lata temu. Za 10 000 zł można już kupić całkiem przyzwoity sprzęt, a jest to suma zaledwie kilkakrotnie (ale nie kilkudziesięciokrotnie, jak przed kilku laty) wyższa niż średnia krajowych zarobków. W dodatku dostęp do części zamiennych, niekoniecznie tych oryginalnych, też jest coraz łatwiejszy.

Jest jednak jeden mały szkopuł. Jak mawia jeden z moich znajomych, nie jest sztuką kupić, sztuką jest utrzymać. To prawda, że ceny motocykli, głównie ze względu na kurs euro, są atrakcyjne, jednak maszyna od czasu do czasu musi być zatankowana. I tu pojawia się problem. Biorąc na chłopski rozum, jak złoty się umacnia, to benzyna, tak jak motocykle, także powinna tanieć – wszak ją również importujemy. Przecież wszystkie podwyżki cen paliw motywowane były rosnącym kursem walut, więc jak kursy maleją, to. czy może być odwrotnie? Niestety, bo w przeciwieństwie do motocykla osobom prywatnym ciężko jest przywieźć z zagranicy beczkę paliwa i mieć w d. Orlen czy Rafinerię Gdańską. Chociaż przedsiębiorczy (detaliczni?) dostawcy zza wschodniej granicy robią, co mogą, to jednak z potężnymi rafineriami nijak konkurować nie mogą. A skoro nie ma przymusu obniżania cen paliw (chcemy czy nie chcemy, musimy je kupować na okolicznych stacjach), to nikt nie będzie ich obniżał. I w tym temacie, niestety, nie widzę taniości. Jedyna pociecha może płynąć z tego, że to, co zaoszczędzimy, taniej kupując maszynę, możemy przeznaczyć na zakup nadmiernie drogiego paliwa. Ale to chyba marna pociecha.

KOMENTARZE


REKLAMA