fbpx
A password will be e-mailed to you.

Dziś przypominamy felieton Lecha z numeru 2/1993, który na szczęście w przepiękny sposób się zdezaktualizował. Tekst napisany prawie 30 lat temu jest jednak fajną pamiątką dosyć siermiężnych czasów w polskim motocykliźmie. Jak to dobrze, że mamy je już za sobą!

Gdy jeżdżę po polskich drogach, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że użytkownicy jednośladów traktowani są przez społeczeństwo jak obywatele drugiej kategorii.Wymieniona w tytule dyskryminacja – jeżeli chodzi o jednoślady – zaczyna się już od kolebki. Amator dwóch kółek łapie równowagę na swoim dziecinnym rowerku i już zaczyna wszystkim przeszkadzać. Po ulicy jeździć nie może, z chodnika przepędzi go pieszy, a coś takiego jak ścieżka rowerowa w Polsce nie funkcjonuje. Na bylejakość skazany jest już na zawsze. W cywilizowanych krajach kandydaci na „ridersów” poprzez wspólne zabawy w sekcjach motorowerowych klubów nabywają prawidłowych nawyków i zachowań. Ćwiczenia te w przyszłości procentują w postaci bezpiecznej jazdy. Jakimi nawykami natomiast charakteryzuje się młody Polak na jednośladzie? Mieszkam na dużym warszawskim osiedlu i obserwuję, co wyczyniają chłopcy na swoich motorynkach pośród asfaltowych alejek między blokami, piaskownicami i dziecięcymi wózkami. Jedyna rzecz, której mogą się nauczyć, to arogancja w stosunku do innych użytkowników dróg i lekceważenie przepisów ruchu drogowego. 

Po takim przygotowaniu w wieku 17 lat młody człowiek zapisuje się na kurs prawa jazdy, gdzie na wysłużonym motocyklu marki WSK lub MZ zawzięcie kręci ósemki naokoło pachołków rozstawionych z rzadka na placu. Właściwie na tym kończy się jego edukacja. Następnie świeżo upieczony motocyklista przesiada się na Hondę lub Yamahę i nieszczęście gotowe. Różnica między starą WSK-ą z kursu a nowym zachodnim lub japońskim motocyklem jest mniej więcej taka, jak między starym dwupłatowym „Kukuruźnikiem” a współczesnym odrzutowym myśliwcem. 

O ile wiem, dla „samochodziarzy” istnieją rozmaite kursy doskonalące. Natomiast poza klubami motorowymi nie ma w Polsce placówek, gdzie można by poprawić swoją umiejętność jazdy motocyklem, a przecież nie każdy chce od razu zostać zawodnikiem żużlowym lub specjalistą od trialu czy crossu. Wystarczyłby RZETELNY kurs. Ale nie koniec na tym – to dopiero czubek góry lodowej, którą stanowią problemy młodego motocyklisty. Jeżeli już sam jakimś cudem nauczy się dobrze jeździć, to „zaczynają się schody” w postaci kłopotów z maszyną. Miłośnik dwóch kółek osobiście musi poznać bardzo dokładnie budowę swojego sprzętu, gdyż w razie awarii nie ma co liczyć na fachową pomoc. W dobrej sytuacji są jeszcze motocykliści z Warszawy czy paru innych dużych miast w Polsce, ponieważ tam funkcjonuje kilka warsztatów profesjonalnie zajmujących się jednośladami. 

Ale co ma zrobić chłopak np. z Mławy gdy „sypnie” mu się jego ukochana Honda? Nic, tylko siąść i płakać. Brak jest sklepów z częściami i osprzętem oraz firm zajmujących się motocyklami. Jeżeli już zdesperowany właściciel sam zabiera się za „rozbiórkę”, napotyka na kolejną barierę. Książki serwisowe (pomijam tu rzecz jasna MZ, CZ czy WSK) są na naszym rynku niedostępne i kandydat na domorosłego mechanika sporo musi się nabiedzić, zanim dotrze do fabrycznych opracowań. Można w tym momencie śmiało stwierdzić, że zaplecze serwisowe, jeśli chodzi o motocykle, praktycznie nie istnieje. 

Na koniec dołóżmy jeszcze opinię (nie muszę chyba dodawać, jak bardzo niepochlebną) większości społeczeństwa o motocyklistach. I co? Żyć się odechciewa. Jak tu nie mówić o dyskryminacji?

Felieton ukazał się w numerze 2/1993 „Świata Motocykli”

 

KOMENTARZE