fbpx
A password will be e-mailed to you.

Tym razem zwiedzaliśmy nasz kraj z nieco innej perspektywy niż dotychczas: dużą część trasy przejechaliśmy szutrami, a resztę rzadko uczęszczanymi, wąskimi ścieżkami asfaltowymi. Żaden z nas nie miał opon terenowych, a część ekipy nie miała nawet doświadczenia terenowego. To musiało się udać!

Ten wyjazd miał być połączeniem przyjemnego z pożytecznym: chcieliśmy zrobić trasę po Polsce, test porównawczy nowej Africa Twin 1100 z jej starszą siostrą i przede wszystkim odpocząć. Męska część ekipy wsiadła na motocykle dzień przed wyjazdem ekipy damskiej, która podróżowała samochodem i wszyscy mieliśmy się spotkać w miejscowości Pluski, w której zarezerwowaliśmy nocleg.Wyjechaliśmy z okolic Bełchatowa w godzinach popołudniowych i bez zbędnych ceregieli dotarliśmy pod Łódź, bardzo rzadko dotykając kołami asfaltu. Niestety nie obyło się bez przygód. W Suzuki DR 350 jednego z towarzyszy, zepsuł się kickstarter i zmuszeni byliśmy odpalać ją do końca wyjazdu z „pychu”. To był świeżo kupiony sprzęt, więc chwilę nam zajęło, żeby obrać odpowiednią strategię odpalania i robić to sprawnie. Winną zamieszania okazała się pęknięta sprężyna, więc kopkę musieliśmy trytką przymocować do ramy. Mogliśmy pruć przed siebie długimi, szerokimi szutrowiskami i tylko gdyby nie brak znajomości okolicy, to moglibyśmy testować prędkości maksymalne. Postanowiliśmy tego nie robić, zresztą i tak nasze motocykle były objuczone – tę noc mieliśmy spędzić w namiotach, rozbici „na dziko”.

Prysznic mimo woli

Teraz próbowaliśmy za wszelką cenę ominąć Łódź, najlepiej tak, aby pozostać na szutrach – niestety to się nie udało i wjechaliśmy na asfalt. Powoli toczyliśmy się w kierunku Aleksandrowa Łódzkiego, a stamtąd w stronę miejscowości Piątek. Trochę zatraciliśmy się w naszej tułaczce po szutrach i próbach omijania aglomeracji łódzkiej, bo słońce zeszło niebezpiecznie nisko, a my nawet nie zaczęliśmy się rozglądać za jakimś sympatycznym miejscem na biwak. Na szczęście nieopodal Piątku płynie rzeka Bzura. Zrobiliśmy jeszcze szybkie zakupy i po raz kolejny zjechaliśmy z asfaltu. Dojazd do rzeki zajął kilka chwil. Droga była pełna kolein i zarośnięta, na szczęście było sucho. Szybko rozbiliśmy obóz, przytachaliśmy olbrzymi, płaski kawał betonu leżący nieopodal, tak żeby rozpalić na nim ognisko, znaleźliśmy drzewo i mogliśmy zacząć biesiadę z zimnym piwem w ręku. Sielanka trwała maksymalnie dwie godziny i zaczęła się walka z deszczem. Rozpadało się na dobre. W zasadzie to zaczęło tak lać, że woda zgasiła nasze ognisko.W końcu stojąc w przeciwdeszczówkach, straciliśmy nadzieję, żę się „przetrze” i jedyne co nam pozostało, to schować się w namiotach. Na szczęście ja swojego nie miałem. Miałem za to plandekę, którą owinąłem Afrykę i wcisnąłem się do środka.

Sprawdź bagaż dwa razy

Rano, gdy już przestało padać, do naszej przemoczonej karawany dołączył Dominik na swojej Afryce – miał farta, był suchy. Tym większego, że dołączył do nas na asfalcie, a nie na łące. Rozmoczone koleiny, trawa i glina, okazały się tak śliskie, że ciężko było ustać na nogach. Na naszą niekorzyść przemawiało dodatkowo nachylenie boczne terenu, które utrudniało przejazd. Nie obyło się bez gleb. Na szczęście ucierpiała tylko duma.Chwilę później znaleźliśmy się na asfalcie: wreszcie wyszło słońce, mogliśmy trochę się wysuszyć i przede wszystkim po raz kolejny z przyjemnością zjechać z utwardzonych dróg. Wskoczyliśmy na szutry i jechaliśmy nimi (na zmianę z wąskimi dróżkami asfaltowymi) przez większą część dnia. Szutrówki i drogi polne były poprzecinane dosyć głębokimi kałużami co potęgowało frajdę z jazdy, ale solidnie nas spowalniało. W pewnym momencie wjechaliśmy ponownie na asfalt i zdecydowanie przyspieszyliśmy. Po kilku kilometrach zorientowaliśmy się, że zaginął jeden z naszych. Szybko zawróciliśmy, ale na szczęście nasze poszukiwania nie trwały długo. Kiedy poznaliśmy przyczynę postoju, zmroziło nas. W trakcie wyprzedzania auta, jeden z pasów mocujących bagaż wkręcił się w koło i owinął wokół zębatki, ale na szczęście się zerwał. Całemu wydarzeniu towarzyszyło solidne szarpnięcie. Szczęśliwie naszemu koledze się nic nie stało, a my mogliśmy zająć się kolejnym, bardzo dokładnym sprawdzaniem mocowań naszych bagaży.W trakcie tego postoju fart odnalazł nas po raz kolejny. Z polnej drogi wyjechała kawalkada ciężkich enduraków, a jeden z kierowców postanowił się zatrzymać i zapytać, czy może jakoś pomóc. Zapytaliśmy się go o fajną trasę szutrową. Powiedział, żebyśmy pojechali tam, skąd oni jadą i pruli cały czas prosto.

Tak zrobiliśmy, okazało się, że był to strzał w dziesiątkę. Proste, szybkie i szerokie szutrowiska, zamieniały się w kręte polne drogi pełne kałuż i niezbyt trudnego terenu. Podczas jednej z przerw podjechała do nas druga część wcześniej wspomnianej kawalkady. Pogadaliśmy chwilę, wspólnie odpoczęliśmy i pojechaliśmy dalej. Czekało na nas jeszcze ponad 200 kilometrów trasy, a nasze drugie połowy powinny być już w drodze.

Nic nie robić, tylko jeździć

Przez chwilę nawet zastanawiałem się, czy jakimś cudem nie pojawiliśmy się na trasie TET (opisywanej na początku numeru) – widzieliśmy tyle śladów motocykli i motocyklistów, że podejrzenia były uzasadnione. Okazało się, że nie. Po zagłębieniu się w mapę, dowiedzieliśmy się, że od trasy TET dzieliła nas spora odległość. Jednak to skłoniło mnie do przemyśleń, że naprawdę nie trzeba jechać na TET (chociaż bardzo was namawiam do odwiedzenia), żeby fajnie pojeździć po szutrach. Wystarczy trochę odwagi, mapy Google, ciekawość i odrobina chęci, a przygoda sama się stworzy!Jeszcze przez jakiś czas jechaliśmy bezdrożami, jednak po kilku glebach w końcu postanowiliśmy wyjechać na asfalt. Nie mieliśmy kostek na kołach, a teren zrobił się bardzo gliniasty, co powodowało spore zagrożenie i totalny brak przyczepności. Rozsądek wziął górę, a my doszczętnie przepoceni wyjechaliśmy na drogę. Po przejechaniu około 40 kilometrów na jednym ze skrzyżowań przypadkiem spotkaliśmy nasze dziewczyny. Obrały inną trasę, a mimo to udało nam się złapać. Teraz wspólnie jechaliśmy trasą do celu naszej podróży. Czekało na nas zimne piwo, pyszne jedzenie i jezioro. Czy można lepiej? Na miejscu spędziliśmy jeszcze kilka dni. Generalnie dużo robiliśmy… nic, ale udało nam się wyskoczyć i pojeździć po okolicznych miejscowościach i odwiedzić Mikołajki. 

Advertisement

Sprawdzone info

Jeżeli wybieracie się do miejscowości Pluski, koniecznie zajrzyjcie do knajpy „Złoty Strug”. Znajdziecie tam świetne żarcie, wieczorne koncerty, nocleg i fajny klimat. Przed wyjazdem słyszałem, że to miejsce przypomina „Norę” Rona Weasleya z serii o Harrym Potterze. Rzeczywiście tak jest, tylko Złoty Strug istnieje naprawdę! Szczerze polecam!

 

KOMENTARZE