Jeśli kiedykolwiek zdecydujecie się wybrać do Pakistanu, długo będziecie opowiadać tę historię swoim znajomym. I nie chodzi tylko o to, jak wygląda tu ruch drogowy. Poruszą Was pejzaże i ludzie.

 Na pewno większość z Was słyszała już potworne opowieści, jak fatalny jest ruch w Indiach. Nie mam więc dobrych wiadomości. W Pakistanie wcale nie jest lepiej, lecz być może nawet gorzej. Jedyna różnica, jaką dostrzegam, jest taka, że o ile w Indiach jazda pod prąd to norma, w Pakistanie na razie jeszcze tylko się zdarza.


REKLAMA

Północ czy południe?

Historię naszego pobytu w Pakistanie warto zacząć jednak od kilku słów o tym, jak tutaj się dostaliśmy. Otóż z Europy generalnie wiodą tutaj dwie drogi. Nazwijmy je umownie północną oraz południową. Droga południowa wiedzie przez Iran. Wówczas do Pakistanu wjeżdżacie przez granicę biegnącą między miastami Mirjaveh – Taftan. Nie wiemy zbyt wiele o tej przeprawie poza faktem, że rejon Beludżystanu, do którego wjedziecie w tym przypadku, jest pod szczególna „opieką” i przez cały czas będziecie podróżować z policyjną eskortą.

Najciekawsze w Pakistanie, w naszej ocenie, są terytoria północne, ze słynną Szosą Karakorumską – Karakoram Highway – oraz wszystkimi, przepięknymi, otaczającymi tę trasę dolinami. Z Południowego krańca Pakistanu musielibyście pokonać więc długą drogę, aby tam dotrzeć.

Jeżeli zdecydujecie się na trasę północną, wtedy do Pakistanu wjeżdżacie z Chin przez przełęcz Khunjerab na wysokości ok. 4700 m n.p.m., przekraczając tym samym najwyżej położoną granicę na świecie – jak twierdzą Pakistańczycy – i od razu jesteście na Karakoram Highway. Szosa rozpoczyna się w chińskim mieście Kaszgar. Wszystko więc zależy od tego, jaki macie plan na Azję Centralną, zanim dotrzecie do Pakistanu.

Tranzytem przez Chiny

Trasa północna, wokół której narosło dużo mitów o horrendalnych kosztach, wiąże się z przeprawą przez Chiny. Dla każdego z nas drogo/tanio ma inny wymiar. Jeżeli zbierzecie grupę 10-12 osób, co nie jest trudne, koszt pięciodniowego tranzytu przez Chiny wyniesie ok. 800-1000 dolarów amerykańskich na osobę, w zależności od agencji, którą wybierzecie. Jeśli ktoś chciałby poznać więcej szczegółów, to zapraszam do kontaktu. Na tę chwilę informacja o koszcie wystarczy, żebyście mogli określić, czy w Waszym przypadku w ogóle warto pchać się tędy.

Tranzyt przez Chiny to koszmar. Wjazd do tego kraju zajmuje 1,5 dnia, a wyjazd kilka długich godzin. A potem okazuje się, że nie są to Chiny, jakie sobie wyobrażacie, pewnie na podstawie jakichś fotek, wspomnień znajomych czy telewizyjnych programów. Ani architektura, ani ludzie nie przypominają „tradycyjnych” Chin (region jest zamieszkany przez Ujgurów – red.).

Wielkie więzienie

Prowincja Sincjang nie jest specjalnie lubiana przez chiński rząd, czego powodem są ataki na chińską administrację, przeprowadzone przez ujgurskich separatystów. Mieszkańcy są poddawani opresji państwa, wszechobecne są kontrole na drogach i chodnikach.

Wszędzie trzeba sobie robić zdjęcia i przechodzić identyfikację, jaką znamy tylko z międzynarodowych lotnisk, wszędzie przeszukania. Każdy dom, hotel czy stacja benzynowa są ukryte za wysokim murem z drutem kolczastym. Generalnie – jedno wielkie więzienie. Bezpośredni wjazd na Karakoram Highway to w naszej opinii jedyny sensowny powód odwiedzenia tego zakątka świata.

Specyfika Karakoram Highway

Kiedy byłem tutaj po raz pierwszy w roku 2012, rozpisywałem się z zachwytem, jakie to niespodzianki spotkały nas zaraz po przekroczeniu przełęczy Khunjerab. Mam na myśli off-roadowe niespodzianki. O ile bowiem trasa po stronie chińskiej już wtedy miała nienaganny asfalt, to po pakistańskiej w zasadzie od razu mieliśmy do pokonania kilka górskich strumieni, odcinek po kamieniach tam, gdzie akurat wody nie było oraz długie szutrówki. Żadnego asfaltu. Dzisiaj to zupełnie inna bajka.

Chińczycy w ramach współpracy ekonomicznej z Pakistanem zafundowali tu piękną, asfaltową szosę od samej granicy aż do południowego krańca. Należy pamiętać, że to wciąż droga wysokogórska, więc czasem za zakrętem można spodziewać się luźnych kamieni na jezdni, które osypały się ze zbocza lub wręcz osypiska, blokującego kilkanaście czy kilkudziesiąt metrów drogi. Osuwiska są tu częstym zjawiskiem, a odpowiednie ekipy nie zawsze reagują na czas lub z należytą starannością.

By Wam przybliżyć, jak dziś wygląda Szosa Karakorumska, pokusiłbym się o stwierdzenie, że z powodzeniem można ją zrobić na sportowym motocyklu, świetnie się przy tym bawiąc na zakrętach. Dlaczego tego nie polecam? Po pierwsze, ponieważ kierowcy samochodów przejawiają to charakterystyczne ogłupienie nową, fantastyczną drogą i jeżdżą bez pojęcia. Po drugie, bo przyjeżdża tutaj mnóstwo kierowców z południa, czyli z dużych miast, którzy nie potrafią jeździć w górach. Po trzecie, jak twierdzą miejscowi, po deszczu asfalt jest bardzo śliski. Tę opinię potwierdza bardzo duża liczba wypadków w takich warunkach.

„Atrakcja”, której już nie ma

Kolejnym znakiem czasu, symbolizującym zmiany zachodzące w Pakistanie, jest przeprawa przez Attabad Lake. Powinienem dodać – nieistniejąca przeprawa. Attabad Lake powstało w wyniku osunięcie zbocza góry w styczniu 2010 roku, w wyniku czego zalane zostało ponad 20 km Szosy Karakorumskiej a także wiele wiosek. Był to wielki, ludzki dramat, o czym trzeba pamiętać.

Sześć lat temu dla przeciętnego turysty przeprawa przez jezioro była atrakcją na miarę wizyty kilkulatka w wymarzonym parku rozrywki. Dlaczego? Ponieważ samochody i motocykle były ładowane na drewniane łodzie z mocno prowizorycznymi pokładami. Lecz był to jedyny sposób przedostania się przez zalew, by kontynuować jazdę. Nie było żadnej infrastruktury. Na łodzie wjeżdżało się lub wpychało motocykle po deskach z brzegu jeziora. Na raz przewoźnik potrafił zmieścić 12 motocykli, jak w naszym przypadku w tamtym czasie. Podobnie przewożono wyładowane towarami ciężarówki. Łatwo się domyśleć, że część tak przewożonych pojazdów spoczywa na dnie jeziora.

Tego procederu definitywnie zakazano. Wokół jeziora w 2015 r. poprowadzono nową nitkę drogi, wiodącą kilkoma tunelami. Teraz pokonuje się ją w kilkanaście minut. Przed wjazdem do pierwszego tunelu możecie zatrzymać się na kawę i lunch w małych lokalach gastronomicznych. Na jeziorze pojawiły się turystyczne łodzie motorowe oraz skutery wodne. Oba brzegi w całej okazałości można podziwiać, już tylko wykupując komercyjny rejsik.

Piękne, lecz potrafią skrzywdzić

Jeśli marzy Wam się trochę off-roadu w Karakorum, to należy uciec z wyasfaltowanej Karakoram Highway w pobliskie doliny. Wrażeń nie zabraknie, bo nie tylko doliny te są liczne, ale niektóre z dróg do nich prowadzących uważane są za jedne z najniebezpieczniejszych na świecie.

To kolejne doświadczenie, które możecie dorzucić do swojego plecaka. Jeszcze przed wyruszeniem z Polski oglądałem filmiki innych podróżników, jeżdżących po wąskich, kamienistych drogach tuż przy krawędzi urwisk skalnych. Chciałem poczuć, jak to jest.

Łatwo się o tym przekonać w dolinie Shimsal. Cała trasa to 50 km w jedna stroną, z czego pierwsze 30 kilometrów potrafi postraszyć. Muszę uczciwie przyznać, że jadąc nią, bałem się. „Zabawa” zaczyna się zaraz po starcie, co sprawia, że przez głowę przechodzą myśli, czy lepiej nie wrócić.

O mały włos!

Dostałem dwa ostrzeżenia, dwukrotnie zawadzając o skalną ścianę kufrem. Raz na tyle mocno, że kufer zdjęło z motocykla, a mnie odbiło w stronę krawędzi drogi. Bez zbędnego koloryzowania tego wydarzenia powiem, że przednie koło zostawiło swój ślad jakieś 10 cm od krawędzi drogi. Tyle brakło mi, by polecieć w dół. Na szczęście był to początek trasy i w tym miejscu na dół było nie więcej, niż kilka metrów. W najgorszym przypadku może coś bym sobie złamał. Potem jednak trasa wspina się wyżej i wyżej.

W kufer, który odpadł od mojego motocykla, wjechał Willi, z którym wtedy zdecydowaliśmy się pokonać tę trasę. To wywołało spore napięcie pośladków również u niego. Musieliśmy chwilę pooddychać, zanim ruszyliśmy dalej.

Kiedy jedziesz i skupiasz się na kilku metrach przed Tobą, jest w miarę w porządku. Lecz jeśli staniesz na zdjęcie, spojrzysz przed siebie, za siebie i w dół, to kolana robią się z waty. Czy piszę to, żeby Was przestraszyć? Absolutnie nie. Trasa do Doliny Shimsal jest niesamowita i szczerze oraz świadomie polecam ją doświadczonym „kierownikom”. Ale jest z nią jak z kobietami: piękna, lecz potrafi skrzywdzić, o czym wydaje się co jakiś czas przypominać.

Dla „orłów” i nie tylko dla nich

Czy każda boczna trasa charakteryzuje się równie wysokim współczynnikiem hardcore’u? Nie. Marta zdecydowała się przeczekać mój wypad do doliny Shimsal w bezpiecznej oazie na szczycie doliny Hunza. Jest to w naszej opinii jedno z najpiękniejszych, jeśli nie najpiękniejsze miejsce wzdłuż Karkakoram Highway.

Jest tam punkt zwany Eagles Nest, z którego rozpościera się wspaniały widok na całą dolinę oraz widoczne w oddali szczyty gór, sięgających powyżej 7000 m n.p.m. Obok stoi hotel o tej samej nazwie. Nie jest tu najtaniej, ale zdecydowanie warto zostać na jedną czy dwie noce.

Z doliny Hunza wspólnie już pojechaliśmy w kierunku Parku Narodowego Shandur. Sam park nie wywarł na nas wielkiego wrażenia, ale droga do niego to zupełnie inna bajka. Jedziecie wzdłuż rzeki Gilgit o turkusowej barwie wąską, pokręconą drogą o nie najgorszym asfalcie. Mijacie kolejno dolinę za doliną, gdzie drzewa i krzewy powoli maluje jesień. Nad głowami – góry o strzelistych szczytach, oświetlone przez słońce. Coś niesamowitego. Trasa trafiła na nasza listę „Top 3”.

Dolina Skardu

Inna, ciekawa trasa prowadzi do doliny Skardu. Tam możecie również poczuć ten smak jazdy „na krawędzi”. Są miejsca, gdzie droga poprowadzona jest naprawdę wysoko w skale. Do tego czasem nie jest najszersza i potrafi zaskoczyć ostrym, ślepym zakrętem. Nawierzchnia nie jest najlepszego sortu, w wielu miejscach asfalt jest podziurawiony, często w ogóle go brakuje. Obecnie trwa tu mnóstwo prac i bardzo często trasa jest zablokowana; trzeba czekać na przejazd. To wszystko sprawiło, że pokonanie ok. 200 km Karakoram Highway do Skardu było bardzo męczące. Kończyliśmy jazdę po ciemku, nerwowo poszukując noclegu.

Skardu warto odwiedzić głównie ze względu na Park Narodowy Deosai. To chyba obowiązkowy punkt każdego, motocyklowego podróżnika w Pakistanie. Na nas sam park nie robił wielkiego wrażenia. To pusta i surowa przestrzeń na wysokości powyżej 4000 m n.p.m., co czyni ja drugim, najwyżej położonym płaskowyżem na świecie. Jeżeli kręcą Was takie rekordy, będzie to coś interesującego, ale droga przez park to męka. Najgorsza, jaką mieliśmy okazję jechać.

Najciekawszy jest dojazd od strony Skardu i droga, którą opuścicie park w stronę miasta Astore. To dla tych sekcji warto podjąć wyprawę do Deosai. Te odcinki zwyczajnie wyrywają z butów. Sceneria jest niesamowita, droga na przemian szutrowa i asfaltowa. Będziecie się świetnie bawić.

Zostaniecie dopieszczeni

Pakistańczycy mają fioła na punkcie bezpieczeństwa Was jako turystów oraz ogromny, osobisty kompleks związany z obrazem Pakistanu, pokazywanym w zachodnich mediach, jako kraju skrajnie niebezpiecznego i pełnego terrorystów. Osobiście nie uważam, żeby ten obraz był aż taki zły, ale to ich przeświadczenie sprawia, że będą Was chcieli niesamowicie dopieścić.

Jeżeli tylko nawiążecie kilka znajomości, zostaniecie zaproszeni na wiele przeróżnych wydarzeń z wieloma naprawdę wspaniałymi ludźmi. Poznacie rodziny, z którymi trudno będzie się Wam rozstać. Udzielicie wywiadów do prasy i telewizji. Dostaniecie prywatnego ochroniarza, przydzielonego przez lokalną policję. Będą Was witać kwiatami i konfetti. Może nawet zasadzicie kilka drzew, jako fundament pod przyjaźń polsko-pakistańską.

Nie było nawet jednego dnia, kiedy czuliśmy się w Pakistanie niebezpiecznie. Problematyczne mogły być jedynie dwa dni dojazdu do Islamabadu, ale tylko ze względu na szalony ruch na drodze. Zostaliśmy w tym kraju przyjęci niesamowicie ciepło. Mimo, że to kraj trak odmienny kulturowo, poznaliśmy wielu wspaniałych ludzi, których długo będziemy wspominać. Zobaczyliśmy niesamowite miejsca i przejechaliśmy po ekscytujących drogach drugiego, najwyższego pasma górskiego na świecie.

——————————————————————————————————————————-

Zasady poruszania się po drogach w Pakistanie

  • Kierowcy w górach bardzo ścinają zakręty i długo pozostają na nie swoim pasie. Nie można więc być spokojnym, jadąc swoja linią, bo tutaj to nie tylko Wasza linia.
  • Wyprzedanie oraz wymijanie odbywa się często „na lakier”. Uwaga na kuferki i sakwy!
  • Na zakrętach typu „agrafka” notorycznie wjeżdżają pod łokieć, zupełnie nie widząc, czy za zakrętem z naprzeciwka nic nie jedzie, a często jedzie. A jeśli tak, to zostaniecie zepchnięci.
  • Wyprzedzanie na zakrętach i pod górę to normalka. Ma się wręcz wrażenie, że tu kierowcy celowo wybierają najgorszy moment na ten manewr. Możecie być niemal pewni, że za ślepym zakrętem na Waszym pasie będzie wyprzedzał samochód.

  • Pakistańczycy wyprzedzają nie wtedy, kiedy mogą, tylko wtedy, kiedy chcą, mrugając przy tym długimi światłami, co ma oznaczać „Uwaga, jadę!”. Takie wymuszenia są na porządku dziennym.
  • Jeżeli ktoś Was wyprzedzi, to momentalnie zajedzie Wam drogę, dlatego należy odpuszczać gaz, jak tylko zobaczycie samochód obok siebie.
  • Pakistańczykom niepotrzebne są lusterka boczne, a często również światła przednie i tylne. Nierzadko brakuje tez kierunkowskazów, które zastępując machaniem rękami. Jeżeli więc ktoś macha przez okno, to nie znaczy, że Was pozdrawia, tylko że będzie skręcał. Trzeba uważać na to przy wyprzedzaniu.
  • Kierowcy włączają się do ruchu, zupełnie nie patrząc, czy coś nadjeżdża. Na szczęście pozostają zazwyczaj przy krawędzi drogi, więc trzeba o tym pamiętać, żeby w panice nie wcisnąć przedniego hamulca.
  • Jeżeli ktoś już ma kierunkowskazy, to sygnalizacja jest odwrotna do naszej. Jeżeli ktoś Wam będzie chciał pokazać, że można go wyprzedzić, to użyje kierunkowskazu od strony, z której będziecie go wyprzedzać. Tak robią też samochody, zatrzymujące się przy krawędzi jezdni. Są jednak wyjątki, więc trzeba wyczuć sytuację.
  • Na skrzyżowania wjeżdża każdy z każdej strony niemal jednocześnie. Trzeba więc jechać z „nurtem”.
  • Policjanci, kierujący ruchem, czasem się zdarzają. Nie mają jednak pojęcia, co robią i nikt nie zwraca na nich uwagi. Po prostu sobie stoją i gwiżdżą.
  • Pozytywnym aspektem jest coraz bardziej pospolite używanie słupków ostrzegawczych, ustawianych na jezdni w przypadku awarii jakiegoś samochodu, zamiast gałęzi oraz kamieni. Gałęzie oraz kamienie ostrzegawcze wciąż jednak występują.
  • Zdecydowanie najgorsi są kierowcy autobusów, a najlepsi – dużych samochodów ciężarowych. Ci drudzy są bardzo przewidywalni i często pomogą Wam się wyprzedzić.
  • No i na koniec wszechobecna „trąba” – przed zakrętem, przed skrzyżowaniem, przy wyprzedzaniu.

Co zabrać?

Na pewno w plecak powinniście spakować sporo cierpliwości, ale nagroda będzie ogromna. I nie zapomnijcie o paczce probiotyków, które sprawią, że posracie się jedynie z wrażenia.

 

autor: Łukasz Jastrząb

KOMENTARZE

Polecane artykuły
Pierwsza tegoroczna edycja Beskid Rally za nami! Uśmiechnięte, ubłocone twarze,…
Mamy dla Was kolejny odcinek z serii Moto 8: The…