Motocyklowa turystyka osadzona w wyjazdach mocno terenowych, to często po prostu szukanie guza – oczywiście w najlepszym rozumieniu tego sformułowania. Ekstremalne zmęczenie potrafi dać (oczywiście po odpoczynku) bardzo mocnego kopa do działania w normalnym życiu. Czasem jednak sprawy nie idą tak, jakbyśmy chcieli, a wszystko przybiera nieoczekiwany obrót. Do takiego zwrotu doszło w trakcie podróży po pustyni w Mauretanii. Miało być ciężko, ale nie przypuszczaliśmy, że aż tak…

Podróżowaliśmy w pięciu, w grupie przecież zawsze raźniej, zawsze bezpieczniej. Ja – Michał, Sławek, Kuba, Grzesiek i Zbyszek. Nie jeździliśmy ze sobą wcześniej. Spotkaliśmy się całkiem przypadkowo. Wydawać się mogło, że Sławek i Kuba mieli z nas największe doświadczenie w jeździe w terenie. Co więcej, to nie był pierwszy raz Sławka w Afryce.


REKLAMA

To nie były przelewki

Michał: Pojechaliśmy jak zwykle na „traka” (czyli śladem GPS, wyznaczonym przez kogoś wcześniej, kto pojechał tę trasę i udostępnił w ten sposób innym śmiałkom – red.). Ten miał długość 286 kilometrów. To trochę za dużo, jak na taki morderczy off-road. Co prawda o skali trudności mieliśmy się przekonać później, ale od początku wiedzieliśmy, że to nie będą przelewki.

Na granicy Wszystkiego - Mauretania

W końcu ruszyliśmy! Pruliśmy po piachu, co rusz zagrzebując motocykle po osie w pustynnych piaskach. Co tu dużo gadać: tempo naszej tułaczki nie było zbyt dobre. Mijały minuty, w końcu godziny. O piętnastej zorientowaliśmy się, że od samego rana pokonaliśmy zaledwie 50 kilometrów. Nie był to najlepszy prognostyk dla dalszej części podróży. Do przejechania mieliśmy jeszcze 226 kilometrów. Byliśmy na pustyni, daleko od domu i nic nie wskazywało na to, że na kolejnych kilometrach będzie łatwiej. Droga totalnie różniła się od tej z opisów osób, które podążały tym GPS-owym śladem wcześniej. Cóż, pustynia się zmienia. Drogi w ciągu kilku wieczorów potrafią zniknąć, a na ich miejscu pojawią się góry piachu.

W trakcie przerwy zjadłem posiłek – rację wojskową, jak się później okazało ostatni przed długą rozłąką z jedzeniem. Tego dnia zrobiliśmy jeszcze 36 kilometrów, jednocześnie skracając planowaną podróż o jakieś 30-40 kilometrów.

 

W końcu padliśmy ze zmęczenia i postanowiliśmy rozbić obóz. To był bardzo trudny dzień. Motocykle zakopywały się, grzały do granic możliwości, a my musieliśmy co chwilę je wyciągać i próbować przebrnąć kolejny metr, kolejny kilometr.

Gdzie nasz samochód?

Niestety, rzeczy moje i Sławka zostały w furze, która zapewniała nam wsparcie. Niestety, dawno straciliśmy z nią kontakt, więc sam nocleg już od początku był nieco skomplikowany. Pozostałych trzech członków ekipy miało tylko podstawowy sprzęt biwakowy. Nauczeni doświadczeniem, że nasz backup i jego samochód zawsze zjawiali się tam, gdzie byli potrzebni, jeszcze bez stresu oddaliśmy się błogiemu odpoczynkowi. Nazbieraliśmy patyków na ognisko i rozpoczęliśmy oczekiwanie. Przecież sprzęt dojedzie, zawsze dojeżdżał! Mijały godziny…

Auta jak nie było, tak nie było. Telefon satelitarny przestał działać. W takich sytuacjach trzeba kontrolować stres i myśleć przytomnie. Ogień dalej płonął. W nocy pilnowaliśmy, żeby nie zgasł: na pustkowiu ognisko widać z daleka – była to jedyna szansa, żeby wóz z rzeczami, paliwem, wodą i jedzeniem nas znalazł.

Nasze zasoby wody i jedzenia już od dawna były na wyczerpaniu. Leżeliśmy ze Sławkiem oparci o akację, przykryci plandeką – trochę tak jak w filmach. W filmie byłyby jednak filozoficzne dyskusje, świetna piosenka w tle i piękny zachód słońca. Tu był stres, burczenie w brzuchach i „przyklejone” do podniebienia języki – byliśmy głodni i odwodnieni. Noc była zimna. Jak się pewnie domyślacie, bardzo trudno spać w takich warunkach. W końcu nadszedł świt. Wozu i jego kierowcy nadal nie było.

Zrobiłem kilka fotek wschodu słońca i szybko zebraliśmy się w drogę. Musieliśmy wyjechać jak najwcześniej w obawie o gorąc, który za kilka godzin miał spłynąć na pustynny krajobraz. Niestety, teren nie był łatwiejszy. Po dwóch godzinach w mojej Husqvarnie zapaliła się kontrolka rezerwy. Cóż, na środku pustyni i tak nic nie wymyślę, trzeba jechać dalej. Zrobiliśmy jeszcze 10 kilometrów. Wówczas Zbyszek zameldował, że i jemu zapaliła się rezerwa, mimo że dolał 1,5 litra paliwa, które wziął w butelce po coli. Sprawa nie wyglądała dobrze, tym bardziej, że sam miałem paliwa na co najwyżej 10 kilometrów, a zaplanowana trasa miała jeszcze 101 kilometrów. Postanowiliśmy zgasić silniki i czekać na wsparcie. Przecież w końcu nadjedzie! Zawsze przyjeżdżało…

W oczekiwaniu na wsparcie

Piękny, mauretański krajobraz szybko zrobił się szary, widoczność spadła do minimum. To burza piaskowa. Teraz szansa, że ktoś nas znajdzie, spadła praktycznie do zera. Na szczęście spadła również i temperatura powietrza – do mniej więcej 33 stopni (z 44 stopnie Celsjusza), więc był to całkiem dobry prezent od natury, zważywszy, że od poprzedniego dnia nie mieliśmy w ustach grama jedzenia, nie wspominając o wodzie. Od godziny 10.30 do prawie 16 siedzieliśmy na tyłkach, patrzyliśmy na siebie i próbowaliśmy się skontaktować z supportem wyprawy. Walczyliśmy we czterech – piąty członek naszej ekipy leżał na piachu obok motocykla i praktycznie nie było z nim kontaktu. Myśleliśmy, że siadła mu psychika.

W tym momencie muszę na chwilę przerwać opowieść i wtrącić dygresję, dotyczącą piątego członka ekipy. Podczas prelekcji wspominał tę sytuację i zapewniał, że nie było to załamanie nerwowe, a najbardziej racjonalne wyjście z sytuacji, czyli maksymalne oszczędzanie energii.

Nastroje były różne: Kuba walczył, biegał nerwowo po okolicy w nadziei złapania zasięgu w telefonie i sygnału w CB radiu, Sławek w końcu stwierdził, że nie ma co czekać – trzeba wziąć sprawy w swoje ręce.

Spuściliśmy ze wszystkich motocykli resztki paliwa. Z KTM-a LC4 Adventure zleciało 8 litrów – wspaniały prezent od losu. Uzbieraliśmy tyle paliwa, że dwa motocykle mogły ruszyć w poszukiwaniu pomocy. Pojechaliśmy we dwóch: ja (Michał) i Kuba – dla pewności, dla bezpieczeństwa.

W tym momencie wydawało się nam, że jeździmy najlepiej i najsprawniej dotrzemy do cywilizacji. Wystartowaliśmy o 16.40. Do przejechania mieliśmy 101 kilometrów, a w zbiorniku – 7,5 litra benzyny. W terenie to loteria.

Sztuka przetrwania

Sławek: Po tym jak Michał i Kuba odjechali, mimo dużego wiatru i unoszącego się jeszcze piachu po burzy piaskowej zabrałem się za skręcanie motocykla. Stwierdziłem, że muszę go ogarnąć po spuszczaniu paliwa. Grzesiek w tym czasie spacerował i cały czas powtarzał, że nie tak sobie to wyobrażał, że chciałby dożyć narodzin swojego dziecka, a poza tym nie tak miały wyglądać jego 41. urodziny. Zbyszek się „wyłączył”.

Wody mieliśmy tyle, ile Kuba zostawił nam w bidonie – nie za wiele. Zostawił też namiot. Atmosfera była ciężka. WE końcu w nocy postanowiłem się położyć, ale nie mogłem zasnąć. Ciągle miałem wrażenie, że ktoś chodzi obok namiotu. Po głowie pałętały się najróżniejsze myśli. Od strachu po troskę o tych, którzy pojechali po pomoc: czy im się uda? Czy starczy paliwa? Po jakiejś godzinie usłyszałem jakby stukanie. Wyszedłem z namiotu. Zapadał zmrok, ale dostrzegłem, że to wielbłądy. Zacząłem szukać największej wydmy i próbowałem wypatrzeć lokalesow, lecz nikogo nie było.

Po chwili pojawił się Grzesiek i podzielił się ostatnim batonem energetycznym. Pogadaliśmy chwilę i wróciliśmy do namiotów. Nie chcieliśmy tracić energii. Spojrzałem na telefon, włączyłem galerię, przeglądałem zdjęcia bliskich. Powtarzałem sobie, że chłopakom uda się dotrzeć do celu. Przecież każdy z nas miał dla kogo żyć. Musiałem wrócić – obiecałem.

W drodze po pomoc

Michał: Kuba, zdecydowanie najlepiej jeżdżący w naszej grupie, narzucił ostre tempo. Jechał wręcz na granicy możliwości – jak szalony! W końcu nie wytrzymałem, zatrzymałem go i nieco nerwowo zapytałem, czy chce uratować chłopaków, czy ich zabić… Nie mogłem jechać dalej w tym tempie. Nie jadłem ani nie piłem od 28 godzin. Byłem wycieńczony, w nocy prawie nie spałem i, co tu dużo gadać, byłem u kresu. Na szczęście Kuba to rozumny gość i zgodził się, że trzeba zwolnić. Przy okazji przypomniałem sobie, że w camelbacku mam puszkę sardynek, o której totalnie zapomniałem. To zawsze trochę energii! Pozostała już tylko walka z piachem i kamieniami.

Na 40 km przed cywilizacją złapałem kapcia w przednim kole. Nie miałem dętki ani narzędzi, bo zostawiłem wszystko w „obozie”, w zamian zabrałem kanister Rotopaxa na paliwo. Prułem dalej bez powietrza w kole. Po 5 minutach jazdy na kapciu stwierdziłem, że to nie ma sensu. Za bardzo spowalniałem Kubę. Dalej musiał jechać sam, jeśli miał jeszcze przed nocą znaleźć jakąkolwiek pomoc.

Spacer nad przepaścią

Staliśmy i debatowaliśmy, gdy nagle dobiegł nas szmer silnika. Po chwili naszym oczom ukazała się Toyota Hilux. Zatrzymała się obok nas. Gościowi, który wyglądał na jej właściciela, opowiedzieliśmy z przejęciem o naszym problemie, kolegach na pustyni i braku paliwa. Bez wahania zadeklarował, że nam pomoże. Po kilku kilometrach wspólnej jazdy jego kierowca zrzucił z paki ładunek, a jego miejsce zajęła moja „Huska” bez powietrza w kole. Do miasta pozostało 35 km. Dotarliśmy do niego w totalnym zmroku.

Mam nadzieje, że nie znacie tego uczucia, gdy orientujecie się, że już jesteście bezpieczni i nic Wam nie grozi, ale nie czujecie ulgi. Macie wręcz wyrzuty sumienia, bo gdzieś daleko, na pustyni jest trzech gości, którzy nie jedli i nie pili od ponad 30 godzin. W takich warunkach to spacer nad przepaścią po cienkiej linie. Tym bardziej, że dzień wcześniej nie leżeliśmy, lecz walczyliśmy z motocyklami i terenem. Już wtedy nasze odwodnienie sięgało krytycznego poziomu.

W sklepie kupiliśmy jedzenie i wodę, dużo wody. Kuba wyjął forsę, żeby zapłacić, ale nasz zbawiciel go uprzedził, stwierdzając, że pieniądze się nam jeszcze przydadzą. Zapłacił za nas, a jego kierowca nie wiadomo kiedy spakował wszystko do auta. Ruszyliśmy dalej.

Po chwili stanęliśmy pod jednostką wojskową. Na widok auta do naszego gospodarza wyszli żołnierze. Od razu było widać, że darzą go ogromnym szacunkiem. Byliśmy w szoku. Planowanie akcji ratunkowej jednak nieco się przedłużyło. W końcu, po 3,5 godzinach na pustynię wyruszyły dwa pickupy z 16 żołnierzami na pokładzie.

Z Kubą podjęliśmy decyzję, że on pojedzie z ekspedycją ratunkową, a ja zostanę w wiosce. W aucie nie było dość miejsca, a ktoś musiał tam jechać. Do pokonania było łącznie ponad 200 km.

Gdzie są chłopaki?

Kuba: Siedziałem w jednostce z Michałem, żołnierzami i ochroną. Dostaliśmy jedzenie i napoje – przyjęcie niemal jak w najlepszym hotelu. Z tą różnicą, że w hotelu nikt nie zadaje pytań. Tutaj zadawali mnóstwo: kto, z kim, co i jak. Czułem się trochę jak na przesłuchaniu, ale co zrobić. W końcu zapytali, gdzie są chłopaki. Wręczyłem im moją nawigację z zaznaczonym punktem. Podpięli ją do komputera i… W tym momencie wirus z komputera zainfekował moje urządzenie, a potem sformatował pamięć… Na szczęście zabezpieczyłem się podwójnie: przezornie miałem w telefonie zdjęcie współrzędnych punktu, w którym znajdowały się chłopaki i to uratowało sytuację…

Po kilku godzinach ustaleń w końcu wyruszyliśmy, a około 3:30 w nocy dotarliśmy do celu. Oczywiście, nie obyło się bez przygód. Auta zakopywały się, żołnierze wyciągali jego gołymi rękoma. Silniki się grzały, a momentami gotowały.

Gdy dotarliśmy do naszych „rozbitków”, dowodzący akcją ocenił, że chłopaki – wyziębieni i krytycznie odwodnieni – nie mogą dalej jechać. Do zabrania pozostał jeden motocykl i dowódca oznajmił mi: – Musisz nim wracać.

I wracałem 120 km do jednostki KTM-em Grzegorza. Na końcu byłem tak „pijany” ze zmęczenia, że nogi spadały mi z podnóżków. Nie byłem w stanie się skupić na jeździe. Straszne przeżycie.

Uratowani

Sławek: Obudził mnie warkot silników. Wybiegłem z namiotu, stanąłem na skarpie. Zauważyłem światła. Szybko wróciłem do namiotu po latarkę, ustawiłem na najmocniejszy promień i zacząłem świecić. Zawołałem Grześka, ale nie mogłem go dobudzić. Auta się zatrzymały się w pewnej odległości. Z ciemności wyłonił się Kuba, a za chwilę jakiś żołnierz – mierzył do mnie z kałacha… Usłyszałem: – Sławek, zgaś latarkę, on Cię musi wylegitymować!

Po chwili grupa żołnierzy okrążyła nas. Zbaraniałem, ale w momencie zaczął nas badać lekarz i podawać nam leki. Reszta wojskowych rozpalała ognisko. Dostaliśmy wodę, ciastka i owoce. Zaczęliśmy łapczywie pić i jeść. Lekarz upomniał nas, żebyśmy robili małe łyki i kęsy, ponieważ jesteśmy bardzo odwodnieni.

Wojsko załadowało nasze motocykle na pikapy. Nie nadawaliśmy się do dalszej jazdy. Złożyliśmy namioty, Kuba i Grzegorz władowali się do kabin, a ja usiadłem na pace. Nie miałem jak ustabilizować swojego motocykla, więc trzymałem go całą drogę. Byłem przerażony: pod nogami przewalała się amunicja, granaty i karabiny maszynowe. Lecz w sumie to było nieistotne: wiedziałem, że jesteśmy uratowani.

Zostałem „ambasadorem”

Michał: Gdy ekspedycja ratunkowa poszukiwała naszych, ja zostałem ambasadorem Polski w wiosce. Tak przynajmniej nazwał mnie Mohamed, który zaprosił mnie do siebie. Po kolacji zjedzonej z jednej miski, zaczęły się rozmowy. Padło w końcu pytanie: czy jestem katolikiem? O ścianę oparte stały dwa kałasznikowy. Poczułem się nieswojo… Wahałem się z odpowiedzią. Głośno przełknąłem ślinę i wyrzuciłem wreszcie: Tak! Jestem!

Mohamed okazał się niezwykle światłym człowiekiem i przyznał, że zdaje sobie sprawę, że Polska to bardzo katolicki kraj i wie, kim był Jan Paweł II, Jaruzelski (o zgrozo!) czy Wałęsa. Wreszcie kolacja się zakończyła. Poszedłem spać, ale nie spałem tej nocy zbyt dobrze. W zasadzie w ogóle nie spałem. W końcu zadzwonił telefon. Pickupy już nie jechały. Po czterech godzinach od wyjazdu z wioski auta z żołnierzami i Kubą dotarły na miejsce „biwaku” naszych kolegów. Byli uratowani! Mohamed nad ranem zawiózł mnie do jednostki, gdzie była już reszta ekipy. To było piękne spotkanie.

Ku przestrodze

Tu trzeba wyjaśnić, że nasz samochód wsparcia nie miał szansy dojechać do grupy „rozbitków”. Teren był tak trudny, że większą część trasy walczyliśmy z piachem i co rusz zakopującymi się motocyklami. W aucie jechała tylko dwójka ludzi. Nie byliby w stanie podjąć walki z pustynią. Jedynym rozwiązaniem było objechanie tej części trasy i próba przebicia się z innej strony. Niestety, wiązało się to z nadrobieniem blisko 500 kilometrów, a – jak pewnie doskonale zdajecie sobie z tego sprawę – prędkość auta na drogach szutrowych nie była wysoka. Do tego doszedł problem z podaniem współrzędnych miejsca pobytu ekipy.

Niech nasze pustynne przeżycia będą nauką nie tylko dla mnie, ale również dla Was, że w życiu nie można się poddawać, że trzeba spokojnie i rozsądnie działać, bo błędy, emocje, nieprzemyślane słowa i zachowania mogą dużo kosztować. Ceną jest nasze życie, a często i życie innych.

Odwagi, rozsądku, spokoju i decyzji bez zbędnych emocji życzę wszystkim na wszelkich wyprawach – bliskich i dalekich, a także w życiu na co dzień. Bo każdy dzień to szkoła życia…

Nauczymy się czerpać z trudnych sytuacji, bo warto przetrwać, żeby zobaczyć wschodzące słońce kolejnego dnia i powiedzieć: „Dałem radę!”. My daliśmy radę razem i dlatego chcę Wam, drodzy towarzysze, kolejny raz podziękować.

 

 

Od autora: Dziękuję Wam, że mogłem to opisać!

KOMENTARZE

REKLAMA