fbpx

Po dwóch dniach spędzonych w Mandello del Lario Werner stwierdził, że łatwo się zakochać w Moto Guzzi. Dodałem, że jednocześnie jest trudno znaleźć takie, które się spodoba.

W ostatnim numerze SM [04/2025] chwaliłem się zakupem Moto Guzzi V7 Special z roku 2024. Jak zwykle nadarzyła się okazja, a ja chciałem sprawdzić, czy spodoba mi się niespieszna jazda. Nigdy bym nie przypuszczał, że w moim garażu stanie „Gutek”. Z mojej (dość sportowej) perspektywy, ta konstrukcja nie powinna mieć dla mnie niczego do zaoferowania.

Silnik o niemalże archaicznej konstrukcji, wiotka stalowa rama i wał napędowy, którego (w mojej wyobraźni) tryby nie wytrzymają ze mną więcej niż 1000 kilometrów. Dziś zbliżam się do 4000 km przebiegu, koła wciąż się kręcą, a V7-mka po pewnych przeróbkach przestała być cherlawa. Modyfikacje opiszę zapewne w kolejnym wydaniu magazynu, bo prace nad maszyną wciąż trwają. Teraz chciałbym podzielić się wrażeniami, które spadły na mnie niemalże przypadkowo.

Bez celu nie ma jazdy

Odkryłem, że Moto Guzzi mnie odpręża. Nie wiem, czy chodzi o wibracje silnika, widok na klasyczne zegary, czy dość leniwe nabieranie prędkości. Krótkie przejażdżki po mieście nie były wystarczające, gdyż odkryłem pewien skrywany potencjał włoskiego klasyka. Otóż V7 rewelacyjnie jeździ po zakrętach. Ciężko to zrozumieć po pierwszym kontakcie, bo motocykl jest długi i wydawałoby się, że niezbyt chętnie zmienia kierunki.

Trzeba jednak zmienić technikę jazdy i po prostu rzucać go w złożenia. Jak już wpadnie w zakręt, to idzie dosłownie jak po szynach. Szybka jazda wymaga mocniejszego niż w nowoczesnych konstrukcjach zaangażowania kierowcy, dając jednocześnie większą satysfakcję. Zacząłem się głowić, jak się wyrwać z Gutkiem w Alpy.

Plan powstał niemal samoistnie. Okazało się, że mój przyjaciel (redaktor z Austrii) dostał na testy Moto Guzzi V7 Sport. Wystartujemy więc z Wiednia, ale co dalej? Na liście planowanych przeróbek było zawieszenie, układ dolotowy, mapa zapłonu i układ wydechowy. Podwozie i trakcję łatwiej w motocyklu zepsuć, niż poprawić po fabryce, więc potrzebowałem konsultacji. Łukasz Wieczorek z LTD34 zaoferował mi amortyzatory marki Matris. Nazwa obca, ale gdy dowiedziałem się, że to włoska manufaktura z siedzibą w okolicach Wenecji, to kolejna kropka pojawiła się na mapie planowanej trasy.

Innym przystankiem miał być diler Guareschi Moto w Parmie, który buduje wyścigowe Moto Guzzi. Od niego planowałem zakup filtra powietrza, urządzenia UpMap do przeprogramowania komputera i kilka drobnych gadżetów. Wielki finał to firma Mistral, z siedzibą w samym Mandello del Lario. To kolejny, mały włoski biznes, wyspecjalizowany w produkcji układów wydechowych do rodzimych motocykli. Cele już są, otwartym pozostało pytanie, na którym etapie pomysł się rypnie.

Rączki swędzą

Oczywiście 2/3 planu położyłem sam, bo nie wytrzymałem. Łukasz Wieczorek ściągnął zawieszenie mojego motocykla do swojego warsztatu i dokonał montażu. Chciałem to zrobić przed wyjazdem, bo jestem wyczulony na tego typu prace. Musiałem być pewien, że zawias zostanie złożony poprawnie i na czas. Części od Guareschi Moto też zamówiłem wcześniej, bo zżerała mnie ciekawość, jak silnik zareaguje na takie zmiany. Wcześniejszy montaż gadżetów nie wykluczał odwiedzin w firmie, a przecież z lepiej oddychającym silnikiem i bardziej precyzyjnym zawieszeniem trasa będzie przyjemniejsza.

Chcąc zachować symbolikę rajdu po włoskich manufakturach postanowiłem, że wydech zamontujemy w siedzibie Mistral. Teraz najlepsze. Szukając optymalnej daty na wycieczkę, musiałem zsynchronizować kalendarz mój i Wernera (wspomniany kolega z Austrii). Zupełnie przypadkowo (nie ściemniam) wybraliśmy termin, w którym w Mandello odbywało się Moto Guzzi Open House!

Autostrada parzy

Jestem leniwy i nienawidzę podróżowania autostradami. Dlatego do Wiednia jechałem busem z kolegą i dopiero tam wypakowaliśmy mojego Gutka oraz jego Triumpha Scramblera 900. Chcieliśmy sprawdzić, w jaki sposób psychofani Guzzi zareagują na motocykl innej marki w trakcie ich święta w Mandello.

Od samego początku trzymaliśmy się lokalnych, krętych dróg, które udowodniły, że moje zauroczenie prowadzeniem Guzzi nie było chwilowe. Amorki Matris nie wpłynęły znacząco na samo prowadzenie, ale podniosły poczucie pewności na nierównych drogach. Zawias jest teraz szybki, precyzyjny i motocykl wyśmienicie klei się do asfaltu. Również komfort jazdy wszedł na wyższy poziom. Żadnych uderzeń w kręgosłup czy dłonie przy wpadaniu w ostrą nierówność.

Oryginalna, akcesoryjna, żelowa kanapa dbała o moje cztery litery. Jednego dnia zaliczyłem ponad 11 godzin w siodle i zsiadłem z motocykla z należytą godnością, bez większego zmęczenia. Zaliczyliśmy takie drogowe szlagiery jak austriackie Kaltekuchl, Cortina d’Ampezzo w Dolomitach, przełęcz Felzergo i Passo Tonale. Nikt mnie nie wyprzedził, a kilku posiadaczy maszyn sportowych miało powód do zdziwienia.

Ostatecznie zrezygnowaliśmy z Wenecji i Parmy, głównie ze względu na załamanie pogody. Jeden dzień w strugach deszczu wystarczył, żeby zdecydować o zmianie azymutu. Tryskająca woda i piach pokazały, jak niestety delikatny jest lakier Moto Guzzi. W miejscu styku kolan ze zbiornikiem paliwa pojawiła się mozaika rys i zmatowień. Cóż… pierwsze rysy bolą najbardziej.

Dotarliśmy na miejsce wieczorem, zjedliśmy zjawiskowo drogą, ale za to pyszną kolację w restauracji Breva w Lierno. W ramach relaksu i oszczędności, złote trunki postanowiliśmy spożyć już nie w hotelowym barze, ale na tarasie naszego apartamentu z widokiem na jezioro Como. Teraz wyobraźcie sobie miny dwóch Polaków i jednego Austriaka, do których dociera, że o 21:00 nie znajdziemy otwartego sklepu z piwem. Stacje benzynowe, również zamknięte na cztery spusty. No to ruszamy na poszukiwania. Trwały one jakieś 3 minuty…

Po wjeździe do Mandello od razu zauważyliśmy podwórkową imprezę obwieszoną flagami Moto Guzzi. Okazało się, że to siedziba lokalnego klubu. Cóż za klimat! Muzyczka, kulturka, uśmiechy i… te motocykle! Szkaradne, pokraczne i wspaniałe jednocześnie. Ciężko to opisać. Patrzysz i nie wierzysz, że ktokolwiek może być tego fanem. Maszyny są długie, niskie, z odjechanymi owiewkami, a ich silniki wyglądają jak żywcem wymontowane z motopompy.

Podnosisz wzrok i widzisz tych wszystkich wesołych ludzi, a ulice Mandello rozbrzmiewają dźwiękami klasycznych silników z układem V. Zostaliśmy przyjęci z otwartymi ramionami i po chwili mieliśmy plecaki wypchane puszkami Ichnusa Nonfiltrata.

W czystej postaci

Po leniwym poranku zbieraliśmy się do siedziby Mistral. Dostałem wiadomość, żebyśmy przyjechali o dowolnej godzinie, ale teraz to nie, bo to czas obiadu. Zmiana planu o kilka godzin? We Włoszech to nie problem. Pokręciliśmy się po Mandello i sąsiadującym Lecco. Wzdłuż jeziora prowadzi jedna droga, siłą rzeczy cały czas podróżując w towarzystwie innych Moto Guzzi. Wszystkie są do siebie podobne, a jednocześnie bardzo różne.

Włoska marka pokazuje, jak wiele zastosowań może mieć jedna koncepcja układu napędowego. Samo zdefiniowanie położenia silnika V-2 to niezły cyrk. Otóż możemy go nazwać jednostką ułożoną zarówno wzdłużnie, jak i poprzecznie, za każdym razem mając rację. Wał korbowy jest bowiem ułożony wzdłużnie, ale cylindry już poprzecznie, przez co charakterystycznie wystają po obydwu stronach motocykli.

Najlepsze jest to, że możemy uznać, że pierwszy silnik tego typu został zaprojektowany do… Malucha! To upiększone stwierdzenie odnosi się do faktu, że Moto Guzzi wystartowało do konkursu na silnik do Fiata 500. Ostatecznie do samochodu trafiła jednostka z silnikiem rzędowym, a Guzzi coś musiało ze swoim projektem zrobić. W ten sposób wylądowały one w motocyklach.

Chodząc po Mandello, co chwilę napotykamy na takie historie. To miejsce dosłownie żyje produkcją motocykli od ponad 100 lat. Fabryka służy temu miasteczku, a miasteczko służy marce. Symbioza życia i motoryzacji jest tutaj tak zagęszczona, że próżno szukać podobnego miejsca na ziemi. No, może gdzieś w Chinach, ale tam raczej tak wesoło nie jest i kawę gorszą mają.

Trafiliśmy do Mistral. Jedna hala ze schludną linią produkcyjną, hamownią i strefą biurową. Wszystko jest wytwarzane lokalnie, nawet jeśli wykonanie poszczególnych elementów zlecane jest na zewnątrz. Spawanie? Jeden robot i dwa stanowiska, na których pracuje właściciel firmy i jego syn. To tak, jakbyście mieli wydech spawany osobiście przez Igora Akrapovica.

Wybrałem końcowe tłumiki Conical Short i skusiłem się na lejek do dolotu Velocity Stack. Ładne to i w dodatku wyprodukowane na miejscu. Podobno podnosi moc o 3,5 KM i moment obrotowy o 4 Nm. Podoba mi się walczenie o każdego konia mechanicznego, żeby „może” zbliżyć się do 70 koni mechanicznych. Zupełnie to bez sensu, ale fajna misja. Dla mnie to zabawa z motocyklami w najczystszej postaci.

Wrócę tam

Powrót do domu zaplanowała za nas pogoda. Pocięliśmy na północ przez Szwajcarię i Lichtenstein. Po drodze okazało się, że moje Guzzi jest teraz w stanie ganiać się po górach z Alpine A110S. Wieczorem w miejscowości Feldkirch załadowaliśmy motocykle do pociągu i o 7 rano byliśmy już w Wiedniu. Plan odwiedzin firmy Matris i Guareschi nie upadł, a został po prostu przełożony na inny termin. Żeby tego było mało, wyszukałem już kolejną manufakturę o nazwie Discacciati. Produkują układy hamulcowe, a moja przednia tarcza się w Alpach niemal paliła.

Nawet jeśli miałbym się powstrzymać przed dalszymi przeróbkami mojego motocykla, to i tak wrócę na przyszłoroczne Moto Guzzi Open House. Przepiękne miasteczko, w każdym zakamarku wyjątkowe motocykle i to nie tylko „Gutki”. Każdy jest tam mile widziany. Duże sceny muzyczne i małe koncerty w kawiarniach. Uśmiechnięci ludzie, dzieciaki biegają, a młodzież jeździ na zabytkowych motorowerach. Pełna kultura, brak pijaństwa, pyszne jedzenie i miliony fantastycznych historii. Łatwo jest się zakochać w Moto Guzzi, a im dłużej patrzysz, tym piękniejsze się stają.

Zdjęcia: autor, Moto Guzzi

Tekst po raz pierwszy ukazał się w drukowanym wydaniu magazynu „Świat Motocykli” [05/2025]

KOMENTARZE