fbpx

Nie obawiajcie się – ta trasa nawet na chwilę nie zbliży się do Zakopanego czy Morskiego Oka, nie zasugeruję wam również wielogodzinnego oczekiwania w kolejce do zdobycia Rysów, bo wbrew wielu mylnym przekonaniom Beskid Żywiecki to nie Podhale.

Tym razem nasza weekendowa wycieczka bardziej przypadnie do gustu fanom latania po winklach niż turystom-zwiedzaczom. Do wyruszenia w okolice Zawoi, Żywca, Szczyrku i Wisły skłonił mnie zlot klasycznych Triumphów, którego po prostu nie mogłem odpuścić. Z Warszawy do Beskidu jest kawałek drogi, w dodatku nie będzie to szybki przejazd, bowiem „szosa krakowska” nie została jeszcze całkowicie przebudowana do standardu drogi ekspresowej.

Gdy pogoda sprzyja, warto ruszyć w trasę skoro świt

Jadąc trasą S7 już za Jędrzejowem napotkamy obniżające nam średnią prędkość roboty drogowe. Jednak prawdziwy dramat przeżyjemy forsując Kraków. W piątkowe popołudnie najchętniej ominąłbym go szerokim łukiem, ale nie bardzo się da. Próbowałem to zrobić, ale pogubiłem się i w konsekwencji spędziłem półtorej godziny w bardzo ciasnych korkach. Prz okazji – składam podziękowania anonimowemu motocykliście na Hondzie, który w odruchu dobrego serca sprawnie przeprowadził mnie przez ten kocioł.

W Zawoi nawet nowoczesne budynki kryte są tradycyjnym drewnianym gontem

Za Krakowem będzie niewiele lepiej, bowiem przez chwilę (ok. 30 km) musimy jechać słynną „Zakopianką”, czyli drogą krajową nr 7. W sezonie w piątkowe popołudnie można odnieść wrażenie, że cała zmotoryzowana Polska wybrała sobie właśnie tę trasę na weekendowe peregrynacje. Mniej więcej dwa kilometry za Pcimiem lekko się cofniemy na nawrotce i przez Tokarnię, Wieprzec, Fitkówkę, Białkę i Skawicę dotrzemy do Zawoi, która będzie naszą bazą wypadową do polatania po drogach Beskidu Żywieckiego. Nie spieszymy się więc i podziwiamy piękne górskie krajobrazy. 

Pod słowacką granicą

W rzeczywistości nie ma znaczenia w którą stronę ruszymy z Zawoi – wszędzie będzie fajnie, bo lokalne, biegnące po pagórkach drogi są kręte i malownicze, chociaż nie zawsze najlepszej jakości. Właściciele maszyn o lepszych właściwościach terenowych znajdą tu naprawdę godne szutrówki, ale motocykle szosowe niech lepiej trzymają się asfaltu. Naszym dzisiejszym celem będzie góra Żar, którą upodobali sobie paralotniarze i rowerowi downhillowcy, ale także turyści piesi – pod sam szczyt można dojechać kolejką szynową przeniesioną tu z Gubałówki.

My startujemy w Zawoi i przez Stryszawę, Koszarawę i Przyborów dojedziemy do Jeleśni, gdzie wbijemy się w nieco szerszą drogę nr 945 w kierunku Żywca. Nie wjedziemy jednak do polskiej stolicy piwa, tylko w miejscowości Pewel Mała skręcimy w prawo na Rychwałd. Po paru kilometrach, jadąc drogą nr 946, po lewej stronie dostrzeżemy malownicze Jezioro Żywieckie. Kto ma ochotę może się zatrzymać i zrobić pamiątkową fotkę, bo widoki są ładne. W Międzybrodziu Żywieckim skręcimy w prawo w kierunku góry Żar. Nie da się nie zauważyć tego zjazdu, bo drogowskazy są bardzo wyraźne. Krętą drogą pniemy się do góry, aż napotkamy potężny parking z tłumem turystów, autokarami oraz budami z watą cukrową.

Jeżeli będziemy mieli szczęście, to dalsza część drogi może być otwarta (normalnie mają tam wjazd jedynie właściciele posesji i ich goście, ale przecież możemy poczuć się gośćmi szukającymi kwatery), a jeszcze wyżej wjazd jest jedynie dla pracowników elektrowni szczytowo-pompowej. Nie chcę namawiać, ale ten ostatni odcinek też da się jakoś pokonać, aż do samego końca asfaltu. Sam szczyt góry to 100% czystej komercji, ale warto się chwilę pomęczyć, bo widoki na góry i jezioro są naprawdę fantastyczne. Niemal zawsze spotkamy tu kilkunastu kamikadze ze swoimi „latającymi spadochronami”. Po zjechaniu z góry przeprawimy się szczytem zapory na drugą stronę Jeziora Żywieckiego i drogą nr 948 podążymy w kierunku Porąbki, ponownie przekraczając Sołę. Stąd przez Raztokę dotrzemy do Targanic, gdzie wbijemy się w drogę nr 781, którą przez Przełęcz Kocierską dojedziemy do Łękawicy. Tu skręcimy w lewo w drogę nr 946, która przez Okrajnik, Las i Kuków doprowadzi nas do zjazdu na Stryszawę, gdzie zamkniemy naszą pętelkę. Trasa nie jest długa, nie przekroczy 150 km, ale biorąc pod uwagę wizytę na górze Żar oraz posiłek w jednej z przydrożnych knajp, których w sezonie napotkamy tu zatrzęsienie, zajmie nam to czas do popołudnia. Po powrocie do Zawoi zrelaksujemy się i nabierzemy sił przed następnym dniem, który będzie bardzo męczący. 

Zamek w Suchej Beskidzkiej zwany jest „Małym Wawelem” i rzeczywiście nieco go przypomina

Z wizytą u Adama Małysza

Trzeci dzień wyjazdu będzie ukłonem dla moto-turystów lubiących się co jakiś czas zatrzymać i zwiedzić to i owo. Startujemy z naszej bazy wypadowej w Zawoi w kierunku Suchej Beskidzkiej. Mamy do wyboru kilka alternatywnych tras, m.in. przez Grzechynię i Maków Podhalański albo przez Stryszawę i dalej drogą nr 946. Obie drogi są bardzo malownicze, a długość żadnej z nich nie przekroczy 20 km. W Suchej Beskidzkiej zwiedzimy renesansowy zamek, zwany zwyczajowo „Małym Wawelem”. Rzeczywiście, z wyglądu przypomina nieco dawną siedzibę królów Polski.

Poczciwa SHl załapała się na wystawę kolejnictwa na zamku w Suchej Beskidzkiej

Spędzimy tu trochę czasu, bowiem ekspozycje muzealne, a szczególnie sale, w których przedstawiono arcyciekawą historię regionu mogą wciągnąć na dłużej. Co ciekawe, zespół zamkowo-parkowy został odkupiony przez gminę od spadkobierców rodu Tarnowskich dopiero w 2016 roku i bardzo solidnie odrestaurowany. Drugim ciekawym obiektem w Suchej jest karczma Rzym. To właśnie w tej zbudowanej na początku XVIII wieku knajpie diabeł przydybał imć Twardowskiego, a całą historię zgrabnie opisał Adam Mickiewicz w balladzie „Pani Twardowska”. Zwiedzać nie będziemy, ale możemy się tu posilić przed dalszą drogą.

Słynna karczma Rzym stoi w tym samym miejscu co jej pierwowzór

Z Suchej Beskidzkiej udamy się drogą nr 946 do Żywca. To ok. 35 km, ale tempo jazdy znowu nie będzie wyjątkowo szybkie. Po drodze zwróćmy uwagę na malownicze Jezioro Żywieckie, które de facto jest zbiornikiem sztucznym, więc powinno nazywać się zalewem. Jeżeli mamy czas, to warto przejechać przez zaporę w Tresnej, która spiętrza wody rzeki Soły. Po chwili dotrzemy do rynku w Żywcu. Ponieważ jedziemy na motocyklach, słynnego żywieckiego piwa pić nie będziemy, ale możemy cyknąć sobie pamiątkową fotkę przy otoczonym fontannami monumencie upamiętniającym Legionistów Ziemi Żywieckiej, którzy w tym miejscu w 1914 roku składali przysięgę i ruszali na fronty I WŚ.

W Beskidzie Żywieckim zwierzęta trzyma się nie tylko jako atrakcję turystyczną. Z ich mleka ciągle wytwarza się wiele produktów, np. oscypki

Warto też zajrzeć do jednego albo nawet obu zamków. Stary Zamek powstał jeszcze w XV wieku jako budowla gotycka, ale potem był wielokrotnie przebudowywany. Stojący niejako naprzeciwko klasycystyczny Nowy Zamek, który powstał na przełomie XIX i XX wieku był siedzibą rodu Habsburgów, którzy przez wieki władali tymi ziemiami. Rzeczywiście, w Żywcu jest co zwiedzać, zwłaszcza że jest to przedostatnia z polecanych na dzisiejszy dzień atrakcji turystycznych. Dalej, jeżeli się poszczęści z pogodą, będzie już tylko winklowanie. 

Skocznię narciarską w Wiśle można oglądać nawet nie schodząc z motocykla

Z Żywca pojedziemy w kierunku Bielska-Białej, ale nie szybką trasą S1, tylko bardzo lokalną drogą przez Łodygowice, Rybarzowice i Buczkowice do Szczyrku. Niegdyś zimowa stolica Polski obecnie straciła nieco na popularności, ale przejazd przez nią w weekend w sezonie to prawdziwy dramat. Korki ciągną się przez całą miejscowość, a ciasno jest tak, że trudno jest zaparkować nawet motocykl. Generalnie w sezonie nie polecam motocyklistom tej totalnie komercyjnej miejscowości, rodzi się więc pytanie, po co w ogóle tu jesteśmy?

Odpowiedź jest prosta – opuszczając Szczyrk drogą 942 w kierunku Wisły napotkamy niemal 25 kilometrów fantastycznych winkli z górki i pod górkę, na których poczujemy się naprawdę tak jak w Alpach. Pod jednym wszakże warunkiem – nie będziemy tej trasy robić w weekend w sezonie. Natężenie ruchu będzie bowiem tak duże, że zepsuje nam całą radość przejażdżki, zwłaszcza gdy na trasie pojawi się jakiś cyklista. Motocyklom kolarze raczej nie przeszkadzają (o ile nie jadą w peletonie), jednak gdy trafi się na zakrętach zamulający kierowca samochodu, wtedy będzie dramat, bo kolumnę kilku aut jadących z prędkością 8 km/h nie bardzo da się wyprzedzić na ciasnych winklach.

Między Szczyrkiem a Wisłą pojedziemy niemal alpejskimi serpentynami

Ja chyba miałem nieco szczęścia, bowiem przejazd był w miarę szybki, a tak mi się podobało, że tuż przed Wisłą zawróciłem i powtórzyłem ten „oes”. Wjeżdżając do Wisły zatrzymamy się na chwilę, by w Malince zobaczyć słynną skocznię im. Adama Małysza. Nie da się jej przegapić, bo zeskok biegnie specjalnym podestem nad drogą. Jeżeli ktoś czuje się na siłach, może wdrapać się na górę i zobaczyć z czym borykają się skoczkowie. Ja nie mając wystarczającej kondycji zadowoliłem się zwiedzeniem zeskoku i nowoczesnych trybun.  

Kawał drogi do domu

W tym momencie zakończyła się przyjemna część mojego wyjazdu. Całe centrum Wisły jest bowiem rozkopane i obowiązuje ruch wahadłowy. Ale nie taki zwyczajny – podjechawszy na sam początek gigantycznej kolejki oczekiwałem na przejazd jeszcze co najmniej kwadrans. To chyba jedyne znane mi miejsce, w którym zmiana świateł w ruchu wahadłowym następuje co ok. pół godziny.Po przebrnięciu przez Wisłę skierowałem się już w kierunku domu. Najpierw lokalną drogą 941 przez Ustroń do Skoczowa, potem nieco szerszą krajową 81 dobiłem w okolicach Żor do autostrady A1, którą mimo sporych rozkopów dotarłem dosyć sprawnie do Warszawy. Założenie jest ambitne, bo z Wisły to ok. 380 km, ale droga jest szybka, więc spokojnie da się to zrobić. Do domu wróciłem totalnie zmachany, ale uśmiechnięty, a to przecież w motocyklowym wyjeździe jest najważniejsze! 

 

KOMENTARZE