W tej historii nie znajdziecie opisów miejsc, dróg czy knajp godnych odwiedzenia. To jedna z tych podróży, w których czas i miejsce nie są istotne. Liczy się za to dobry humor, czerpanie przyjemności z jazdy motocyklem i najważniejsze: spotkanie z kumplami

Każdy z nas ma w swoim garażu przynajmniej kilka nowoczesnych motocykli, które jeżdżą, trąbią i ładnie wyglądają. Każdy z nas pokonuje na nich kilka, jeśli nie kilkanaście, albo wręcz – „dziesiąt” tysięcy kilometrów rocznie. Jednak raz w roku spotykamy się i jeździmy Wueskami, to specjalna okazja, to dla nas święto!

Obejrzyj ten film zanim zaczniesz czytać dalej!

Cel podróży: Pannonica Folk Festival

Nasze motocykle nigdy nie są przygotowywane do wyjazdu, no chyba, że uznamy sowicie zakrapiane próby odpalenia sprzętów na wieczór przed wyjazdem. Tak to właśnie ma być. Jeżeli chcielibyśmy dojechać do celu, to wskoczylibyśmy na nowoczesne motocykle i z punktu „A” przemieścilibyśmy się do punktu „B”.

WSK Summer Trip – w poszukiwaniu przerwy na platynie!

Po zakończonym dniu pracy w redakcji wsiadłem do pociągu Pendolino, który z prędkością niespotykaną dla kolei dostarczył mnie do Bielska-Białej, tam spotkałem się z niejakim Piotrem Ganczarskim. W jego garażu stacjonowały nasze Wueski.
Wtorek w zasadzie chylił się już ku końcowi, w środę rano mieliśmy wyjechać, czekało na nas prawie 160 kilometrów jazdy – dla naszych Wuesek to jakieś trzy dni jazdy – jazdy pełnej przygód!

Do remontu przystąp!

Pamiętałem, że nasza ostatnia wspólna wyprawa zakończyła się uszkodzeniem napinacza łańcucha. Wiedziałem, że muszę to zrobić zanim wyjedziemy. Otworzyłem drzwi od Piotrka garażu – tam już trwała walka, jego Wueska nie miała iskry na świecy. W zasadzie naprawa miała trwać raptem kilka minut – przecież uzyskanie iskry w takich sprzętach to sprawa banalnie łatwa. Z banalnymi przypadkami bywa tak, że szybko przeradzają się w czeski film, a rozwiązania zagadki nie widać przez kolejnych kilka długich odcinków. Nie inaczej było tym razem.

Przez kolejne 12 godzin próbowaliśmy znaleźć iskrę. To dobrze, bo bardzo szybko się okazało, że w mojej „dwuramówce” zaginęło ciśnienie na cylindrze, a pierścienie dzwonią jak oszalałe. Nazajutrz wyskoczyliśmy na zakupy. Platynki, kondensatory, świece (tylko ISKRA!) Mixol, tłok i pierścienie. Prace remontowe trwały cały dzień. W końcu, tuż po zachodzie słońca byliśmy padnięci, ale gotowi do podróży. Sprzęty działały, kopciły i mogliśmy wreszcie wyjechać. Nie! Nie tak szybko! Olej w skrzyni – musimy sprawdzić poziom oleju! Sprawdziliśmy, w Kobuzie 175 nie było nawet kropli, szybkie uzupełnienie i mogliśmy wreszcie wyruszyć w nieznane!

Jedziemy!

Tak naprawdę czekała nas 30-kilometrowa przeprawa do Andrychowa, gdzie czekała na nas reszta ekipy. W międzyczasie zrobiliśmy kilka remontów: Zablokował się tylny hamulec, wyleciał filtr powietrza z dwuramówki i kilka razy podwiesił się pływak. W zasadzie wszystko szło zgodnie z planem. Jechaliśmy trasą 52 w stronę Krakowa. To niezwykle zatłoczona trasa, dzięki nam była zakorkowana jeszcze bardziej, a kierowcy jadący za nami musieli używać przeciwmgielnych – mixolu nie szczędzimy!

WSK Summer Trip – w poszukiwaniu przerwy na platynie!

W końcu dotarliśmy do Andrychowa. Ekipa już na nas czekała, mieliśmy przecież kilkugodzinne opóźnienie. Wiedzieliśmy, że musimy jechać dalej jeżeli chcemy dojechać na festiwal. Dlatego otworzyliśmy butle z gorzałką i rozpaliliśmy ognisko. Jak się człowiek spieszy to się diabeł cieszy! Andrzej nasz gospodarz i kompan podróży ugościł nas po królewsku. Tak bardzo, że kolejnego dnia długo nie mogliśmy nawet myśleć o przekręceniu kraników w naszych sprzętach. Ból głowy, „ojojanie” i stękania rozlegały się raz po raz po podwórzu. Póki co wszystko szło zgodnie z planem…

Do dwóch Wuesek w Andrychowie dołączyła jeszcze Wueska Sport, rusek z koszem i SYM 125 i chociaż normalnie nie zgodzilibyśmy się na udział nowoczesnej 125-tki, to SYM odznaczył się na medal w drodze powrotnej, zaliczył takiego dzwona, że od tamtej pory jest w naszym klubie.

Na trasie donikąd!

Rudy, PGR, Wawel, Kaka Pipcyk i Jadzik w koszu. Mogliśmy jechać. Ruszyliśmy. Jeszcze przed rogatkami Andrychowa zrobiliśmy pierwszy remont tego dnia. Zatkał się kranik w Sporcie. W zasadzie to była szybka naprawa. Na szczęście kiedy już wszyscy byliśmy gotowi do dalszej jazdy, posłuszeństwa odmówiła dwuramówka. Po raz kolejny zawiesił się pływak. To znowu zakończyło się w miarę szybkim serwisem. W końcu opuściliśmy Andrychów i bocznymi drogami sunęliśmy na wschód. Naszym celem były Barcice nieopodal Starego Sącza.

WSK trp

Wszystko zaczęło iść niespodziewanie łatwo i gładko. Coś jednak wisiało w powietrzu – czułem to w kościach! Nie myliłem się. Moja Wieśka porzuciła po raz kolejny tego dnia palenie na wysokości jeziora Świnna Poręba. Zacząłem po raz kolejny grzebać przy chińskim gaźniku (który założyłem kilka miesięcy wcześniej, był to efekt walki o wolne obroty), a w tym czasie okazało się, że Wawel zgubił podczas ostatniego remontu swój telefon. Ahh! Takiej ekipy ze świecą szukać!
Na szczęście dla niego okazało się że ktoś go znalazł w wiosce oddalonej od naszej aktualnej pozycji o 30 kilometrów. W naszym tempie to jakieś cztery godziny jazdy. Po raz pierwszy na tym wyjeździe nieodzowny okazał się rusek, który do tej pory jechał bez awarii i w zasadzie do tej pory był tłem dla tej opowieści. Ekipa ratunkowa przystąpiła do akcji ratowania telefonu, a my mogliśmy w tym czasie grzebać przy naszych sprzętach; czyścić gaźniki, ustawiać platyny i delektować się promieniami słońca niczym… dekarz na dachu.

Początek problemów

Po kilkudziesięciu minutach wrócili. Rusek zgasł w miejscu, w którym czekaliśmy i porzucił palenie, wydawać się mogło, że już na zawsze. Najpierw zniknęła iskra, później zaczęło się gotować paliwo w gaźnikach. Sprawa wydawała się tragiczna, ale mieliśmy ze sobą Andrzeja, który zna swój sprzęt jak mało kto. Tu pogłaskał, tam posmyrał, dał z buta i odpalił. Werdykt mógł być jeden. Rusek musi jechać bo się usmaży. Ruszył więc sam do celu, my próbowaliśmy gonić, ale prędkości przelotowe Wueski są dużo niższe niż prędkości radzieckiego zaprzęgu – to jednak nie koniec udziału ruska w naszej historii – poczekajcie do końca.

Sunęliśmy. Do Starego Sącza było już coraz bliżej. Do tańca awarii przystąpiła dwuramówka, która dokładnie co pięć kilometrów gasła i nie chciała odpalić. Iskra była, paliwo również. Kombinowaliśmy, błagaliśmy, wznosiliśmy modły, rzucaliśmy przekleństwa. Wszystko na nic. Pięć kilometrów jazdy i koniec. Pchanie, wymiana świecy, zalanie cylindra paliwem prosto z wężyka, bęc w kopkę i chodzi. Rytuał powtarzaliśmy co 15 minut. W końcu co 10, a na koniec co 5. W końcu dwuramówka zgasła i podziękowała za współpracę. Zaczęły się nam kończyć pomysły. Odpięliśmy instalacje, żeby pominąć możliwość błędu. Jakby zrobiło się lepiej, teraz mogliśmy jechać 20 minut bez postojów. W końcu zgasła i powiedziała dosyć. Zdjąłem dekiel iskrownika – krople potu leciały z czoła i wydawać się mogło, że celowały prosto w oczy, te szczypały jak diabeł. Moje poczucie humoru zaczęło powoli się kończyć i zaczęła się nerwówka, której tak bardzo nie chciałem. Słońce zaczęło znikać za górami i robiło się coraz ciemniej. Nie chciałem, żeby reszta ekipy musiała przeze mnie gnić całą noc gdzieś w krzakach przy drodze. No dobra, chciałem – to by było mega zabawne. Zresztą w pierwotnych planach chcieliśmy rozłożyć się gdzieś na polu i koczować przy ognisku.

WSK Summer Trip – w poszukiwaniu przerwy na platynie!Wtedy mnie oświeciło! Platyna! Spojrzałem na nią – nie wiem czemu, pierwszy raz podczas tego wyjazdu. Spojrzałem na przerwę, a ta miała jakieś pół centymetra! Jakim cudem wcześniej odpalała? Pojęcia nie mam. Ustawiłem zapłon, odpaliłem i…? Działa! Pruliśmy do Barcic, gdzie właśnie rozpoczynał się festiwal. Po ustawieniu zapłonu prędkość wzrosła do 60 km/h! Robiło się niebezpiecznie szybko. To dla Wueski wejście w prędkość nad świetlną. Świadomość, że nie masz hamulców przy prędkości 60 km/h bardzo pobudza wyobraźnie, ale zasada przy takich wyprawach jest jedna: „nigdy nie cofam się wstecz”, więc dopóki motor sunie, nie ma co odpuszczać!

Najlepszy festiwal pod słońcem

Dojechaliśmy do bram festiwalu. Czuliśmy się jak pierwsi zdobywcy ośmiotysięcznika zimą bez tlenu! Udało się – wreszcie mogliśmy napić się zimnego piwa i ciepłego bimbru, który jechał z nami w plecaku! Mieliśmy na koncie 13 godzin podróży, dziesiątki remontów i tyleż samo, jeżeli nie więcej skrętu żołądka, oczywiście ze śmiechu. Na miejscu czekał na nas Andrzej, który dojechał w zasadzie chwilę przed nami – miał po drodze jeszcze kilka przygód. Czekał na nas również niejaki Pompek, który przyjechał swoją Jawą TS 350 – należy do naszego klubu gnał do Barcic na jednym cylindrze. To będzie piękna impreza!

Niestety wszystko co dobre szybko się kończy. Nie będę rozpisywać się na temat festiwalu, bo czekała nas jeszcze droga powrotna, która była równie ciekawa jak trasa w pierwszą stronę. Dodam od siebie, że „Pannonica Folk Festival” to najlepszy festiwal muzyczny na jakim byłem. Nie ma tłumów, jest super zabawa, a klimat? Jest niepowtarzalny! Jeżeli będziecie mieli możliwość, jeźdźcie, nie zastanawiajcie się!

Droga powrotna rozpoczęła się z samego rana. Po ostatnich remontach Wueski jakby zaczęły jechać sprawniej. Nie psuły się, nie gasły. Po prostu, odpalały i jechały – dziwne sprawy, to u nas się nie zdarza zbyt często, ale w tamtym czasie nie narzekaliśmy – znad gór nadciągała burza. Wiedzieliśmy, że w końcu nas złapie. Nawet dwuramówka jechała – co prawda musiałem lewą ręką bez przerwy trzymać gaźnik, bo ten od wibracji co chwile wylatywał i spadał na asfalt. Na szczęście, jak to gaźnik – trzymał się na lince gazu. Po nastej próbie osadzenia go w króćcu, wsadzałem go jeszcze w trakcie jazdy, tak że udawało mu się zassać paliwo do korby i w ten sposób naprawiałem sprzęt w trakcie jazdy. Rozpoczęły się strome podjazdy – byliśmy niedaleko Tatr. Wueski dostawały łomot. Na dwójce brakowało im mocy, na jedyne rzęziły do granic możliwości. Wspinaliśmy się i zjeżdżaliśmy, nie zapominając o przygazówkach dla lepszego smarowania.

SYMpatyczna historyjka

Jechałem pierwszy, w końcu odwróciłem się i patrzę, że za mną nikogo nie ma. W końcu nadjechał PGR i oznajmił, że Kaka (jechał SYMem) próbował wejść w zakręt w stylu Marca Marqueza i mu nie poszło. Wywinął orła aż miło. Na drodze awantura, auta stoją, my nie wiemy co się dzieje. Gonienie pod górę Wueską po raz kolejny było zbędnym ryzykiem. W końcu jedzie. Morda uśmiechnięta, Sym nieco pokrzywiony. Tak, to był dobry moment na przerwę i obiad.

Po dłuższych oględzinach okazało się, że ani kierowcy, ani motocyklowi nic się nie stało. Sym to twardy sprzęt, Kaka zresztą też. Skończyło się na porysowanej dumie i podartej skórze z lumpeksu, ale za to wszystko z klasą! Ruszyliśmy przed siebie.

Darliśmy w najlepsze – pokonaliśmy tego dnia już prawie 100 kilometrów! Do Andrychowa pozostało jakieś 30. W końcu dwuramówka zgasła i porzuciła palenie na dobre. Zginęła iskra, pojawiła się, odpaliła na chwilę i zgasła. Burza była już blisko – podjęliśmy męską decyzję. Wyjmujemy sznurek – pierwszy raz od początku naszych wyjazdów, wracaliśmy na lince.
30. kilometrów na holu było bardzo ciekawym przeżyciem. Na szczęście rusek uratował sytuacje. Do Andrychowa dotarliśmy po 40 minutach holowania. Uszkodzoną Wueskę zostawiliśmy w Andrychowie. Pożegnaliśmy się z ekipą – chłopaki dalej polecieli autem do Wrocławia. Ja wskoczyłem na SYMa, PGR na swojego Kobuza 175 i polecieliśmy w stronę Bielska. Wreszcie dorwała nas burza. Cali przemoczeni dotarliśmy do domu!

Dział malkontenta

Oczywiście! Mogliśmy przygotować nasze sprzęty do podróży i po prostu pojechać i dojechać, ale w tych wyjazdach chodzi właśnie o to, żeby się bawić i przeżywać jeszcze raz to co przeżywaliśmy w wieku 10-13 lat. Dawno nie mieliśmy w głowach takiej fabryki endorfin jak podczas tego wyjazdu. Spróbujcie sami! Dobra ekipa to podstawa!

KOMENTARZE

REKLAMA