fbpx

Czy opuszczając wirtualne granice polski zabytkowym motocyklem, bez stosownej zgody, będę przestępcą czy nie? – zastanawia się Lech Potyński.

Hura, hura, hura! Jesteśmy wreszcie w upragnionej i długo wyczekiwanej strefie Schengen. Ten okrzyk radości wznoszę symbolicznie, w imieniu wszystkich posiadaczy motocykli zabytkowych, a przy okazji także zabytkowych samochodów, starych zegarków, pasków od spodni oraz mocno zużytych skarpetek, które noszą wyraźne cechy zabytkowości. Nikt bowiem nie będzie już szarpał nas na granicach o pozwolenia wydane przez konserwatora zabytków na wywóz naszych prywatnych „materialnych dóbr kultury narodowej”. Ale czy rzeczywista rzeczywistość (taka parafraza) kształtuje się w aż tak różowych barwach? Niekoniecznie.

Kilka lat temu opisywałem swoje perypetie związane z przekraczaniem granicy polsko-niemieckiej na mniej więcej zabytkowym motocyklu. Przyznałem się wtedy publicznie do popełnienia przestępstwa (mam nadzieję, że uległo ono już przedawnieniu) wywozu bez stosownego pozwolenia poza polski obszar celny substancji zabytkowej. Jednak substancję ową po 3 tygodniach wwiozłem z powrotem do kraju, mam nadzieję w sposób legalny. Wtedy właśnie nabrałem odpowiedniego doświadczenia, które zaowocowało w następnych latach kolejnymi przestępstwami tego samego rodzaju. Przekonałem się bowiem, że nic tak służb granicznych nie rozsierdza, jak widok motocykla na lawecie. Od razu z miłych i kulturalnych ludzi przeistaczają się w podejrzliwych i agresywnych szeryfów. Ledwo udało się nam wtedy ubłagać mundurowych, żeby nie wsadzali nas do pierdla, żeby nie konfiskowali maszyn i pozwolili zawrócić do kraju. Wystarczyło jednak zdjąć maszynki z lawety, aby bezproblemowo przekroczyć granicę na sąsiednim przejściu. Próby doświadczalne wykazały, że motocykl poruszający się o własnych siłach, na kołach, zarejestrowany na zwykłych tablicach, a dodatkowo solidnie objuczony bagażami nie budzi niczyich podejrzeń, choćby wyprodukowany został w roku 1820.

Tu niestety muszę zręcznie wpleść niewielką dygresję, która mam nadzieję nie zaburzy klarowności niniejszego tekstu. Często zastanawiałem się, jaka jest powszechna definicja „starego motocykla” i po konsultacjach z pewną znajomą (całkowicie obojętną na motoryzację) teraz już mam pewność: stary motocykl to taki, który jest zardzewiały, poobijany i mocno ubrudzony. I w zasadzie nie jest ważne, w którym roku został wyprodukowany. Tę oczywistą prawdę uświadomiła mi owa znajoma, oglądając jednocześnie w garażu świeżo odrestaurowanego i wylizanego Indiana oraz lekko styranego życiem dwusuwowego KTM. W jej mniemaniu starym był oczywiście KTM, a Indyk to jakiś nowy model Yamahy.

Wróćmy jednak do tematu zasadniczego. Wraz z wejściem w życie rozszerzonego traktatu z Schengen, znikają wszelkie przejścia graniczne, na naszych zachodnich i południowych granicach, więc fizycznie nie będzie miał mnie kto łapać. Jednak w przepisach o wywozie zabytków nic się nie zmieniło, więc teoretycznie przy przekraczaniu wirtualnej granicy powinienem mieć zgodę konserwatora zabytków przy sobie i teoretycznie komuś ją pokazać. I to dokładnie na samej granicy, bo przecież po terenie naszego pięknego kraju mogę swoim, nawet najbardziej zabytkowym motocyklem szwendać się, gdzie oczy poniosą. A po drugiej stronie granicy nikogo już nie interesuje, czy taką zgodę mam, czy nie. Tam liczy się jedynie dowód rejestracyjny z ważnym przeglądem i ubezpieczeniem. I nie wiem, czy lotne brygady naszych służb granicznych mogą mnie ścigać „po tamtej stronie”.

Z natury nie jestem człowiekiem ani zbyt dociekliwym, ani tym bardziej nadgorliwym, ale zdecydowanie staram się być pragmatycznym. I ta cecha właśnie wywołała we mnie chęć zbadania zagadnienia: czy opuszczając wirtualne granice polski zabytkowym motocyklem, bez stosownej zgody, będę przestępcą czy nie? Wyznam szczerze, że nie mam żadnej ochoty nabijać kabzy rzeczoznawcom za postawienie podpisu i przybicie pieczątki na dokumencie stwierdzającym zabytkowość, ani też płacić daniny państwu, za wyrażenie łaskawej zgody na jazdę moim własnym, prywatnym motocyklem.

Mam jednak odpartą ochotę zwiedzania różnych zakątków Europy zabytkową maszyną. Zwróciłem się z tym pytaniem do kilku osób, które w mojej opinii mogłyby udzielić w miarę kompetentnej odpowiedzi, podpierając się przy tym wykładnią prawną, a nie „widzimisiem”. Ku mojemu zaskoczeniu okazało się, że w zasadzie na moje pytanie nie ma jednoznacznej odpowiedzi. To znaczy jest odpowiedź: pod względem prawnym nic się nie zmieniło. Jednak przy kolejnym moim pytaniu następowało u interlokutora lekkie zasępienie i seria zdań wymijających. Pytanie brzmiało: jeżeli muszę mieć zgodę konserwatora, to komu i kiedy mam ją przedstawiać? Przecież na terenie Polski, nie jest mi potrzebna, a za granicą tym bardziej nikogo nie interesuje. Może więc należałoby się zwrócić z jakimś oficjalnym zapytaniem do szefa służb granicznych albo do Ministerstwa Kultury i Sztuki o wydanie wiążącej decyzji? Skoro ktoś wprowadził swego czasu odpowiedni przepis, to może należałoby w nowych warunkach jakoś ten przepis zaktualizować. Albo zwyczajnie i po ludzku przeprosić, przyznać się do pomyłki i cofnąć ten idiotyzm.

Wydawać by się mogło, że moje dywagacje są czysto akademickie i dotyczą jedynie kilku postrzeleńców, którzy swoimi fanaberiami zawracają niepotrzebnie głowę urzędnikom. Nic bardziej mylnego! Przecież przepis dotyczy wszystkich rzeczy wyprodukowanych co najmniej 25 lat temu. Obejmuje więc zarówno Indiana z roku 1928, jak i MZETZ z roku 1982! Jeżeli więc mieszkaniec Zgorzel ca ma ochotę wy brać się na disco po drugiej stronie rzeki i poszpanować swoim dwusuwowym rumakiem, to w świetle obowiązujących przepisów także łamie prawo. Nie tracę nadziei, że wśród urzędników odpowiedniego ministerstwa znajdzie się chociaż jeden motocyklista, który przeczyta moje dywagacje, zorganizuje naradę albo przynajmniej zleci wykonanie ekspertyzy prawnej, która w sposób jednoznaczny wyjaśni wątpliwości. Wybieram się bowiem w tym roku na kolejną zagraniczną wyprawę i chciałbym wiedzieć, czy po raz kolejny stanę się przestępcą czy nie.

KOMENTARZE