Od ostatniego zwycięstwa Valentino Rossiego w MotoGP minęły ponad dwa lata. Włoch jednak nadal nie rezygnuje z marzenia, jakim jest zdobycie dziesiątego tytułu mistrzowskiego. Co prawda ostatnio ma słabą passę i nie ukończył trzech wyścigów, ale powiedzenie, by „nigdy nie skreślać Rossiego” nadal jest prawdziwe.

Do końca wyścigu w Assen pozostają dwa okrążenia. Przewaga czołowej dwójki nad resztą nie jest duża, ale wystarczająca, by wszystko rozegrało się między nimi. Jeden walczy o pierwsze zwycięstwo od roku, a zarazem dziesiąte w holenderskim Tourist Trophy. Drugi – o pierwszy triumf w karierze. Ostatecznie to Valentino Rossi mija linię mety na pierwszym miejscu, o centymetry pokonując swojego rodaka Danilo Petrucciego.


REKLAMA

Wygrana w Holandii w 2017 roku jest ostatnią, jak dotychczas, w karierze „The Doctora”. Po dwóch latach sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Rossi na tym etapie tegorocznego sezonu ma na koncie zaledwie dwa finisze na podium, ale też dwa nieukończone wyścigi z rzędu. „Petrux” tymczasem niedawno wygrał pierwszy raz w karierze, a do tego plasuje się na trzecim miejscu w mistrzostwach. Ale Włochy nadal mają tylko jednego „motocyklowego boga”. Jest nim Valentino Rossi.

Złe miłego początki

Ta miłość rozwijała się powoli, ale gdy tylko osiągnęła punkt kulminacyjny – w niezmienionej formie trwa do dziś. Wszystko zaczęło się ponad 20 lat temu w sezonie 1996, kiedy urzędujący mistrz świata MotoGP Marc Márquez miał zaledwie trzy latka, Niemcy pokonały Czechy w walce o tytuł piłkarskiego Mistrza Europy, a owca Dolly przyszła na świat. W tym samym roku Rossi zadebiutował w Mistrzostwach Świata klasy 125cc, ale początki nie były łatwe. Włoch często się przewracał, a nauka nowej kategorii zajęła mu trochę czasu. Okazało się też prawdą, że „łatwiej szybkiego zawodnika nauczyć, aby nie upadał, niż wolnego – aby szybko jeździł”.

 

Gdy tylko 16-latek z Tavullii załapał, o co w tym wszystkim chodzi – postępy było widać od razu. W maju podczas Grand Prix w Jerez stracił do podium sekundę. Trzy miesiące później, podczas dziesiątej rundy sezonu rozgrywanej na austriackim torze Zeltweg, w końcu stanął na podium. Zaledwie dwa tygodnie potem, w Brnie najpierw wywalczył pole position, by dzień później wygrać pierwszy wyścig w karierze. „Takich chwil się nie zapomina. To był dla mnie specjalny weekend. Fatalnie wystartowałem z pole position, zawsze tak było w 125-tkach, ale potem odrabiałem straty, a na końcu zostaliśmy tylko ja i Martinez” – wspominał po latach Valentino. A reszta to już historia…

Kto kogo znokautował?

W tamtym wyścigu Rossi ostro walczył o triumf z Jorge Martinezem „Asparem” – 4-krotnym mistrzem świata, który teraz wystawia swoje zespoły chociażby w klasach Moto2 i Moto3. Od tego czasu do listy zaciekłych rywali #46, który nigdy nie zmienił numeru, mógł dopisać wiele innych nazwisk.

valentino-rossi-2019-mugello-italia-1

Noboru Ueda. Japończyk jako jedyny napsuł trochę krwi Włochowi, kiedy ten walczył o pierwsze mistrzostwo w karierze w 1997 roku. „Nobby’ego” i tak jednak wszyscy bardziej zapamiętają z powrotu do ścigania po fatalnej kontuzji ręki, po której to musiał używać specjalnej rękawicy pomagającej w ściskaniu dłoni… oraz z zakładania okularów korekcyjnych pod kask.

Max Biaggi. To z nim Rossi ostro walczył zwłaszcza na początku kariery w klasie królewskiej. To właśnie Biaggi wypchnął go łokciem na wyjściu z zakrętu na Suzuce, tylko po to, by Valentino wyprzedził go chwilę później i pokazał mu środkowy palec. Tajemnicą poliszynela jest też, że pomiędzy tą dwójką doszło do przepychanki podczas wchodzenia na podium toru w Barcelonie w 2001 roku. Po wszystkim Biaggi twierdził, że „ugryzł go komar”.

Walka z legendami

Sete Gibernau. Rywalizacja o wszystko z Hiszpanem rozpoczęła się tak naprawdę w 2004 roku, kiedy to podczas rundy w Katarze ekipa Gibernau oprotestowała Rossiego (za czyszczenie pola startowego z piasku), w konsekwencji czego Włocha wyrzucono na sam koniec pól startowych. Po wygranej Sete i nieukończonym wyścigu Valentino, ten drugi stwierdził, że Hiszpan już nigdy nie wygra wyścigu. I tak się stało. Kilka miesięcy później w Jerez, już w sezonie 2005 doszło do najbardziej pamiętnego pojedynku tej dwójki. W ostatnim zakręcie wyścigu Rossi przypuścił atak od wewnętrznej, zderzając się z Sete i wygrywając wyścig. Hiszpan oskarżył Włocha o agresywną jazdę, a hiszpańscy kibice wygwizdali triumfatora.

Nicky Hayden. To z Amerykaninem Rossi przegrał walkę o mistrzowski tytuł w 2006 roku. Obaj mieli w tamtym sezonie swoje problemy z motocyklami, ale ich rywalizacja zawsze była czysta.

Casey Stoner. Pojedynek z Australijczykiem podczas rundy na torze Laguna Seca w 2008 roku przeszedł już do historii jako jeden z najlepszych wyścigów w historii. W tamtym okresie Stoner jeździł wyśmienicie, a Rossi nie miał do niego podejścia na wolniejszej Yamasze. Przed wyścigiem w USA Valentino wiedział, że aby wygrać, musi tuż po starcie wybić z rytmu swojego rywala. Para walczyła na łokcie od samego początku, jednak Casey przewrócił się kilka okrążeń przed metą, pozbawiając wszystkich finiszu na krawędzi siedzenia. Kiedy w 2011 roku Rossi na Ducati podczas wyścigu w Jerez zaatakował Stonera i upadł, przewracając przy okazji Casey’a, usłyszał od Australijczyka słynne zdanie, że „jego ambicja przerosła jego talent”.

Wojna bratobójcza

Jorge Lorenzo. Kiedy walczysz o tytuł z gościem, który ma taki sam motocykl, a na domiar złego jeździ w tej samej ekipie, kontrowersje są kwestią czasu. Włoch ścierał się z Hiszpanem na torze nie raz, jednak najbardziej pamiętny pojedynek to ten w Barcelonie w 2009 roku. Rossi niespodziewanie zaatakował w ostatnim zakręcie wyścigu i pokonał „Por Fuerę” przed jego własnymi kibicami o ułamki sekund. Kilka miesięcy po tym pojedynku sięgnął po swoje ostatnie mistrzostwo w MotoGP. Tymczasem relacje między tym duetem były tak napięte, że przez pewien czas ich boksy dzieliła ściana.

Marc Márquez. Najnowszy z rywali i jeden z pierwszych, który nie dał się wciągnąć Rossiemu w jego gierki psychologiczne. Po wygranej Rossiego w Argentynie w 2015 roku, kiedy to Marquez się przewrócił, kilka miesięcy później w Malezji ich relacje upadły na zawsze. Po stwierdzeniu przez Valentino, że Hiszpan pomaga swojemu rodakowi Jorge w wywalczeniu tytułu (w walce liczyli się już tylko Rossi i Lorenzo), Márquez wdał się w zacięty pojedynek z Rossim właśnie na torze Sepang. W pewnym momencie Rossi wszedł po wewnętrznej i… tu zdania są podzielone. Jedni twierdzą, że kopnął Marka, inni – że noga spadła mu z podnóżka. Sędziowie jednak ukarali Valentino, który do finału sezonu ruszał z końca stawki i przegrał tym samym tytuł z Lorenzo o 5 punktów. W sezonie 2018 znów doszło do kolizji Márqueza z Rossim, znów w Argentynie… Kolejny pojedynek wydaje się być tylko kwestią czasu.

Żółta Armia

Jeśli tylko Rossi znów wygra, we Włoszech znów wybuchnie euforia. Za „The Doctorem” po całym świecie jeździ prawdziwa armia kibiców, która podczas włoskich rund w zasadzie zalewa trybuny. Wszędzie jest żółto. Wspierają swojego idola bez względu na wyniki i bez względu na odległości, jakie muszą pokonać, by dotrzeć na tor. Są jednak wśród nich totalni fanatycy, którzy co prawda nie biją się z „przeciwnym obozem” jak kibole, ale… przygotowywanie „grobu” Márquezowi na torze Mugello, to zdecydowana przesada.

Kiedy w 2010 roku Rossi podczas treningu przed Grand Prix Włoch złamał nogę i opuścił pierwszy wyścig w karierze, w Italii zapanowała niemalże żałoba narodowa. A na torze zabrakło gadżetów z numerem #46! Siedem lat później sytuacja powtórzyła się, gdy zaraz przed rozpoczęciem Grand Prix San Marino Valentino złamał nogę podczas treningu na motocyklu enduro.

Cokolwiek by się nie działo, kibice są z nim. Czy zdobywał mistrzostwa, czy ledwo łapał się do czołowej dziesiątki jeżdżąc na Ducati. Każdy dobry wynik Rossi świętuje ze swoją armią, ale ostatnimi czasy nie ma już takich sytuacji, jak jeszcze kilka lat temu.

Ucieczka do kibelka czy mandat za przekroczenie prędkości?

Ostatnie triumfy Valentino celebrował bowiem raczej w tradycyjny sposób, bez zbędnych fajerwerków. Przez lata, gdy odnosił największe sukcesy, ekipa jego fanklubu prześcigała się w pomysłach na nietypowe „cieszynki” rodem z piłki nożnej. Ucieczka do toi-toia po wyścigu? Proszę bardzo. Przebranie się za więźnia, Królewnę Śnieżkę (tak, było też siedmiu krasnoludków – gdy zdobywał 7. mistrzostwo) albo Robin Hooda? Bez problemu. Partyjka kręgli, trzymanie mandatu za zbyt szybką jazdę, a nawet zabranie na motocykl gumowej lalki – to wszystko (i jeszcze więcej) mogli przez lata oglądać kibice.

Domowy azyl

Uciekając niejako od sławy, po przebojach z „mieszkaniem” w Wielkiej Brytanii i problemach z włoskim fiskusem, Rossi od lat na dobre zadomowił się w rodzinnej Tavullii. Miasteczko położone niedaleko toru Misano World Circuit Marco Simoncelli rokrocznie odwiedzają tysiące kibiców. „Sława jest jak więzienie” – przyznawał swego czasu, ale właśnie tam znalazł swój azyl. Wybudował Ranczo, na którym regularnie trenuje ze znajomymi, ma własną Pizzerię Da Rossi, a także ogromną firmę VR46 produkującą gadżety nie tylko dla niego, ale także dla wielu innych zawodników.

Na Ranczu trenuje ze swoją Akademią VR46. Podwaliny pod „szkołę mistrza” położono przypadkiem wiele lat temu, gdy Rossi zaczął pomagać w treningach Marco Simoncelliemu. Teraz wszystko jest o wiele lepiej rozwinięte, a w akademii znajduje się aż jedenastu włoskich zawodników. Dwóch z nich – Franco Morbidelli i Francesco Bagnaia – wywalczyło dwa ostatnie mistrzostwa w Moto2 i rywalizuje obecnie w MotoGP u boku swojego mistrza Rossiego. W Moto3 i Moto2 Valentino ma zresztą swoje zespoły i wydaje się więcej, niż prawdopodobne, że po zakończeniu kariery awansuje ze swoim składem także do klasy MotoGP.

„Nie jeżdżę dla rekordów”

Jak sam jednak wielokrotnie przyznaje – nie jeździ dla rekordów. Po prostu kocha ściganie się i na razie – choć ma już 40-tkę na karku – nie wyobraża sobie innego życia. Po cichu jednak z pewnością chciałby pobić rekord wszechczasów Giacomo Agostiniego, który wygrał 122 wyścigi w Grand Prix. Valentino ma na koncie 115 triumfów, jednak licznik zatrzymał się dwa lata temu. Przyznaje, że „ściga się po to, by wygrywać”, ale jednocześnie dodaje też, że nie rywalizuje po to, by bić rekordy. „Jeśli motywowałoby cię tylko to, nie byłoby to wystarczające do kontynuowania kariery. Musisz kochać to, co robisz i cieszyć się tym” – mówił.

Po Grand Prix Katalonii 2019, Włoch ma na swoim koncie dokładnie 389 startów w Motocyklowych Mistrzostw Świata i wygrane w blisko 1/3 z nich. Jeśli dotrwa do końca kontraktu z Yamahą, będzie miał już prawie 42 lata, a na koncie 25 sezonów rywalizacji na najwyższym poziomie i przeszło czterysta wyścigów, w których wziął udział! Do tego wszystkiego doliczyć trzeba w sumie 234 finisze na podium i 65 startów z pole position, chociaż od lat Włoch uchodzi za „niedzielnego kierowcę”, u którego kwalifikacje nie są po prostu najmocniejszą stroną.

Czy spełni marzenie?

Czy jednak uda mu się spełnić marzenie i wywalczyć dziesiąty tytuł mistrzowski? W tym roku mija dziesięć lat od tego, gdy Rossi ostatni raz zakończył sezon na pierwszym miejscu w klasyfikacji generalnej. Na razie jego Yamaha M1 nie pozwala mu na regularną walkę w czołówce, ale przykład Ducati idealnie pokazuje, że ciężką pracą można rozwiązać problemy i wrócić na szczyt.

Wielokrotnie już przekonywaliśmy się, że Rossiego nigdy nie należy skreślać. I nie odważymy się zrobić tego tym razem. Dopóki piłka w grze, a koła w ruchu…

KOMENTARZE

REKLAMA