fbpx
A password will be e-mailed to you.

Południowo-wschodnia Polska kojarzona jest wśród motocyklistów przede wszystkim z Bieszczadami. Tymczasem równie – jeśli nie bardziej – wciągający i ciekawy jest region leżący u ich stóp. Jadąc wzdłuż Sanu pokonamy pełną zachwytów trasę, na której nie zabraknie atrakcji każdego rodzaju: krętych dróg, zabytków architektury i cudów wyrzeźbionych przez naturę.  

Ilu motocyklistów, tyle koncepcji na trasę wyjazdu. Jedni lubią jechać przed siebie bez celu, inni preferują szczegółowe planowanie. Ja zaliczam się raczej do drugiej grupy, w podróży lubię mieć jakiś motyw przewodni, choć nie muszę sztywno trzymać się założeń. W turystyce motocyklowej cenię nie tylko intensywne winklowanie, ale też możliwość zatrzymania się w urokliwych i często ciekawych historycznie miejscach.Jakiś czas temu odkryłem, że doskonałymi „przewodnikami” takich wypadów są rzeki, i to niekoniecznie te największe, najdłuższe i najbardziej znane. W miarę konsekwentne trzymanie się ich biegu często prowadzi mnie w miejsca, których najczęściej w inny sposób bym nie odwiedził, a zdecydowanie są tego warte. 

W stronę korzeni

Pomysł wycieczki wzdłuż niemal całego biegu Sanu zrodził się dwutorowo. Po pierwsze, mój syn Maciek bardzo chciał jeszcze przed rozpoczęciem szkoły pojechać na motocyklu w góry, a nie licząc Świętokrzyskich, w Bieszczady mamy najbliżej. Po drugie, była to dla nas okazja, by odwiedzić rodzinne strony mojego dziadka na Rzeszowszczyźnie, skąd wiedziony uczuciem typu romantycznego przyjechał na wschodnie Mazowsze i dał początek biegowi wypadków, którego skutkami jesteśmy m.in. ja i wspomniany Maciek. 

Ujście Sanu do Wisły. Aby tu dojechać, BMW RT musiało na chwilę wejść w buty GS-a

Jak wzdłuż Sanu, to wzdłuż Sanu – podróż umownie zaczynamy od miejsca, w którym wpada on do Wisły. Ujście znajduje się tuż obok miejscowości Dąbrówka Pniowska, położonej blisko granicy województw lubelskiego i podkarpackiego. Od głównej szosy do wału wiślanego biegnie wyasfaltowana dróżka, ale dalej ku brzegom obu rzek trzeba pojechać całkiem konkretnym offroadem.

Jest to gwarancja świetnej zabawy, ale lekkim enduro na kostkach, a nie 300-kilowym BMW R 1250 RT z kuframi i pasażerem… Cóż, przez ostatnie kilkaset metrów mój niepocieszony syn wędruje obok motocykla, a ja wśród błotnych pułapek szlifuję styl jazdy „na listonosza”. U zbiegu Sanu i Wisły urządzono punkt widokowy oraz zbudowano instalację będącą prawdopodobnie ołtarzem polowym. Przyjemne miejsce na szybki biwak.

Odrosną!

Jadąc dalej trzymamy się prawego, czyli na tym odcinku północnego brzegu Sanu. Jedziemy drogami wojewódzkimi nr 856, 855, 858 i 877 oraz łączącymi je drogami lokalnymi, cały czas jak najbliżej brzegu rzeki, którą przekraczamy dopiero kierując się na Leżajsk. To całkiem ładne miasto znane jest z obiektów zaspokajających potrzeby i ciała, i ducha. Z jednej strony mamy tu znany browar, z drugiej – piękny klasztor Bernardynów oraz słynny żydowski cmentarz z grobowcem (ohelem) cadyka Elimelecha, do którego nieustannie pielgrzymują chasydzi z całego świata. 

Kirkut w Leżajsku

Większości z nas zdarza się na chwilę porzucić swoje ideały, zwłaszcza w kwestii odżywiania i uciech doczesnych. My też na chwilę oddalamy się od Sanu i jedziemy w odwiedziny do naszej rodziny w okolicach Łańcuta, gdzie spędzamy noc. Z samego rana wyruszamy w dalszą drogę, zaczynając od rzeczonego Łańcuta, który najbardziej znany jest z przepięknego XVII-wiecznego zamku i otaczających go ogrodów i parku, a także mieszczącego się obok muzeum z bogatą kolekcją karet i powozów.

Łańcut dołączył do naszego prywatnego rankingu najpiękniejszych polskich miast. Niestety nie stać nas na zakup atrakcyjnej nieruchomości ze zdjęcia

Z powodu dużej liczby turystów i odległych dostępnych godzin wejść do obiektów zamkowych decydujemy się tylko na krótki spacer po wspaniale utrzymanych ogrodach. Na pewno tu wrócimy, mam wrażenie, że to miasto dostosowało się do swojego najsłynniejszego budynku – jest bardzo estetyczne, czyste i pełne zieleni. Łyżką dziegciu okazuje się potężny remont jednej z głównych arterii, przez który gubimy się na naszpikowanych ślepymi uliczkami osiedlach domów jednorodzinnych. Ostatecznie udaje nam się dotrzeć do wylotówki jadąc ścieżką wydeptaną w sadach owocowych. 

Kierujemy się na wschód, a nasz kolejny cel to wieś Markowa, w której znów odwiedzamy miejsca z przeciwnych biegunów doznań. Najważniejszym obiektem jest tu otwarte w 2016 roku Muzeum Polaków Ratujących Żydów. To właśnie w Markowej mieszkała rodzina Ulmów, w czasie wojny ukrywająca w swoim gospodarstwie dwie rodziny żydowskie. W marcu 1944 roku, na skutek donosu polskiego kolaboranta, niemiecka żandarmeria zamordowała Józefa Ulmę, jego ciężarną żonę Wiktorię, szóstkę ich dzieci oraz ośmiu ukrywanych Żydów.

Nowoczesne i pełne symboliki. Muzeum Polaków Ratujących Żydów w Markowej

Budynek muzeum jest bardzo ciekawy, nie tylko ze względu na minimalistyczną formę i elewację wyłożoną kortenem, czyli stalą pokrywającą się patyną w rdzawym kolorze. W środku umieszczono podświetlony sześcian kryjący w sobie naturalnej wielkości makietę chaty Ulmów wraz z jej wyposażeniem – meblami i przedmiotami użytku codziennego.

Robi to duże wrażenie, ale zdecydowanie przeznaczone jest dla starszych odbiorców. Dlatego po krótkiej wizycie w muzeum i powstającym na jego tyłach sadzie pamięci zabieram Maćka do położonego nieopodal skansenu. Można tu zobaczyć, jak jeszcze kilkadziesiąt lat temu wyglądała typowa podkarpacka wieś. Oprócz chat, stodół, wiatraków i spichlerzy zebrano tu liczne dawne narzędzia i maszyny rolnicze, a nawet odtworzono starą remizę strażacką. 

Skansen w Markowej przenosi w czasie. To idealne miejsce na dłuższy postój i odpoczynek

Wracając nad San dojeżdżamy do Przeworska, znanego przede wszystkim miłośnikom kolei, nie tylko ze względu na stojący obok dworca i pełniący już rolę pomnika potężny parowóz Ol49 z lat 50. To duży węzeł kolejowy, a także stacja początkowa wciąż czynnej kolei wąskotorowej do Dynowa. Jej trasa liczy 46 km, a po drodze znajduje się jedyny w Polsce tunel nad tym rodzajem torów. Podróż w obie strony w drewnianych, odsłoniętych wagonikach to bardzo fajna weekendowa atrakcja, zwłaszcza dla dzieci, jeśli akurat macie wolne całe popołudnie. My nie mamy, więc ruszamy dalej. 

Zabytkowy parowóz na stacji w Przeworsku. Ostateczny dowód na wyższość kół odlewanych nad szprychowymi

Kierujemy się na Jarosław,w którym rzucamy okiem na remontowany akurat rynek z charakterystyczną studnią miejską. Pod okalającymi go kamienicami znajduje się udostępniona dla zwiedzających podziemna trasa turystyczna z multimedialnymi wystawami przybliżającymi historię tego słynącego z licznych jarmarków miasta. Z Jarosławia jedziemy do Przemyśla, oczywiście wzdłuż Sanu. Po drodze mijamy Radymno i Bolestraszyce, w którym miłośnicy botaniki z pewnością odwiedzą miejscowe arboretum – efektowne ogrody o łącznej powierzchni 30 hektarów.

Na wzgórzu zamkowym w Przemyślu

W Przemyślu najpierw wjeżdżamy na górę zamkową, skąd podziwiamy rozległą panoramę tego efektownie położonego na wzgórzach miasta, a następnie udajemy się na rynek, by ulżyć cierpieniom od upału za pomocą solidnej porcji lodów. Przemyska starówka, z jej kamieniczkami, wąskimi uliczkami i licznymi kościołami, ma mocno włoski posmak. Jeśli macie więcej czasu, a dodatkowo jesteście fanami militariów, spędzicie tu długie godziny na zwiedzaniu rozsianych wokół miasta fortów Twierdzy Przemyśl. Ten potężny, XIX-wieczny kompleks jest trzecim co do wielkości obiektem tego typu w Europie – po Antwerpii i Verdun. 

Zawsze w dobrym towarzystwie!

W tym miejscu zaczyna się ten etap naszej podróży, w którym skupimy się bardziej na samej jeździe, trasy robią się bowiem kręte i niezwykle przyjemne. Jedziemy fantastyczną drogą wojewódzką nr 884, z której w Dynowie – tak jak nam rzeka wskazuje – skręcamy na południe, w DW 835.

W pobliżu miejscowości Dół zatrzymujemy się, by przespacerować się chybotliwą kładką zawieszoną nad Sanem na stalowych linach. Maciek jest zachwycony, ja nieco mniej, najważniejsze, że są emocje i piękne zdjęcia. W miejscowości Mrzygłód przekraczamy rzekę i kierujemy się na Tyrawę Wołoską, a to może oznaczać tylko jedno – przed nami słynne serpentyny w Górach Słonnych, w ciągu drogi krajowej nr 28. Mina mojego syna po ich przejechaniu jest bezcenna, w końcu odkrył sól motocyklowej pasji…

Wisząca kładka na Sanem. W czasie tęgich wichur miejsce licznych nawróceń

Bieszczadzki finał

Cel ostatniego etapu naszej podróży został już wielokrotnie przemaglowany we wszelkich artykułach podróżniczych, nie będę więc kolejny raz ze szczegółami opisywał obu pętli bieszczadzkich. Pominę też takie oczywistości jak wizyta na zaporze w Solinie. Chociaż nie – chciałbym przestrzec przed odwiedzaniem tego miejsca w słoneczne weekendy, oczywiście jeśli szanujecie swoją równowagę psychiczną. My popełniamy ten błąd, Maciek był tu już rok wcześniej, ale bardzo chciał ponownie… Takich tłumów snujących się wśród najgorszej jarmarcznej tandety nie widziałem chyba nawet w naszych nadmorskich „kurortach”. A ścisk taki, że zaparkowanie nawet niewielkiego motocykla jest wyzwaniem. 

Zapora w Solinie. Patrząc w stronę jeziora można na chwilę zapomnieć o cepelii za plecami

Niespecjalnie zachwyciły nas również tym razem bieszczadzkie trasy, odpuścimy je sobie na ten i prawdopodobnie na przyszły sezon. Jest sporo remontów, a tam gdzie ich nie ma nawierzchnia nie zachęca, oczywiście mowa o jeździe motocyklem typowo szosowym. Nie to jest jednak najgorsze. Mam wrażenie, że w całym regionie od zeszłego roku bardzo przybyło barier linowych, ustawianych na zakrętach lub oddzielających pasy jezdni. Niestety pobudzają one wyobraźnię i odbierają sporo przyjemności z jazdy. 

Nic to, wróćmy do naszego celu, jakim jest dojechanie jak najbliżej źródeł Sanu. W tym celu z drogi nr 896 skręcamy w Stuposianach na Muczne. Pokonując serię fajnych zakrętów dojeżdżamy do prowadzonej przez Lasy Państwowe pokazowej zagrody żubrów. Po krótkim spacerze ruszamy dalej i za Tarnawą Niżną niemal dotykamy Sanu, który płynie tuż obok drogi, a na tym odcinku jest rzeką graniczną z Ukrainą.

Kawałek dalej kończy się asfalt, przez kilka kilometrów walczymy opasłym RT-kiem na szutrach i kamieniach i w końcu jesteśmy. Parking w Bukowcu to prawdopodobnie najbardziej wysunięte na południowy wschód miejsce w Polsce, do którego można legalnie dojechać pojazdem silnikowym. Dalej tylko pieszo… 

Koniec trasy. Chcąc dotrzeć do samych źródeł Sanu, trzeba to zrobić na piechotę

 

 

KOMENTARZE