fbpx

Rok temu, szwendając się po Himalajach na pograniczu Indii, Pakistanu i Chin wraz z Adrianem Kalinkiewiczem, poznaliśmy grupę afrykańskich motocyklistów. Wtedy właśnie zrodził się w naszych głowach plan odwiedzenia tamtych okolic.

James Christie – mieszkający na stałe w Mozambiku motocyklista tuż przed siedemdziesiątką obiecał wtedy, że zorganizuje i przygotuje całą wyprawę, użyczając nam swoich prywatnych maszyn. Na miejsce dolecieć mieliśmy sami, a tam już miały czekać na nas przygotowane do wyprawy BMW GSy – od najmniejszego, 650, poprzez 800 i klasyku 1100 kończąc.


REKLAMA

Dokładnie po roku James wywiązał się ze swojej części zadania (fantastycznie przygotował motocykle do dalekiej podróży) – my ze swojej. Dzięki wsparciu BMW Motorrad Polska i osobistemu zaangażowaniu Roberta Domańskiego udało się nam dotrzeć na czas do wyznaczonego miejsca.

Międzynarodowe lotnisko w Tete było startem naszej Afrykańskiej przygody. Mozambik, Zambia, Namibia i Angola – w sumie ponad 8 000 km w 19 dni. Taki był plan pierwotny. Jednak Afryka jest na tyle nieprzewidywalna, że po niemal dwóch tygodniach tułaczki finalnie wylądowaliśmy w Malawi i z lekko podkulonymi ogonami wracaliśmy do Tete, porzuciwszy gdzieś po drodze GSa 1100.

Po niemal 27 godzinach lotu udało nam się wczoraj dotrzeć do Warszawy.

Na razie tylko tyle o wyprawie. Obejrzyjcie fotografie, a bardziej szczegółową relację przygotuję do Świata Motocykli, jak tylko opadną emocje.

KOMENTARZE


REKLAMA