fbpx
A password will be e-mailed to you.

Marcin Prokop kocha motocykle od dawna, a jeździ nimi od niedawna, za to intensywnie. Dzięki temu ma ciekawy punkt widzenia. Jako człowiek sukcesu niewątpliwie bardzo dużo może, ale z jednym wciąż ma problem, wielki jak on sam. Nie może wejść do sklepu motocyklowego i tak po prostu kupić ciuchów…

Andrzej Drzymulski: Miło Cię widzieć, widziałem Cię już kilka razy w życiu.

Marcin Prokop: Ja Ciebie też. To wygląda, jakbyśmy byli na randce z Tindera. Może pogadajmy o czymś innym. O motocyklach?

Porozmawiajmy o motocyklach.

Doskonały plan.

Od kiedy pierwszy raz w Twoim życiu pojawił się motocykl, nie musiałeś od razu na nim jechać.

Motocykl pojawił się w legendach rodzinnych, które opowiadał mój ojciec. Motocykl jawił się w tych legendach, jako najgorsze zło, którego należy się wystrzegać, unikać jak diabeł święconej wody. Głównie dlatego, że tatko miał parę kolizji motocyklowych w swej młodości, no i zawsze wychowywany byłem w przekonaniu, że jak ja wsiądę na motocykl, to on od razu położy się do trumny i z żalu pęknie mu serce.

Przez to, przez wiele lat, rzeczywiście motocykli unikałem. W którymś momencie stwierdziłem jednak, że jestem dorosłym człowiekiem, tatko musi się jakoś pogodzić z tym, że robię rzeczy, które on niekoniecznie on by zrobił na moim miejscu. Tak się powoli zacząłem do tych jednośladów skradać, najpierw do małych skuterków, do „pięćdziesiątek”, potem do „stodwudziestekpiątek”, potem pojawił się jakiś motorek 125.

Co było pierwsze?

Najpierw była „pięćdziesiątka”, oczywiście skuter a nie alkohol, bo tego my, kierowcy się wystrzegamy. Potwierdź proszę.

Rano…

Tak. Zdecydowanie, przed jazdą nie pijemy. To była Honda Shadow, którą kupiłem spontanicznie od mojego kolegi DJ-a. Kupiłem ją dlatego, że był podobnego wzrostu, i kupiłem ją w ciemno. Skoro typ twierdzi, że się na tym mieści, no to ja też się zmieszczę. Po tym, jak już zobaczyłem ten motorek, to pożałowałem tej decyzji, bo kiedy na niego usiadłem, to wyglądałem, jakbym jechał na jamniku. I to takim chorym. 

Shadow to był taki chopperek, to musiała być jakaś podobna nazwa.

Nie, Shadow to był taki jak Aprilia Habana, coś takiego, ten klimat. Retro skuter, który był dwusuwem, jeszcze zapalał z kopniaka. Nie miał normalnie elektrycznego rozrusznika. Wyzwaniem było też uruchomienie go, bo miał różne swoje kaprysy i czasami, jechałem gdzieś na spotkanie, musiałem przerzucić się na inne, a okazywało się, że spędzam pół godziny na próbie odpalenia sprzętu. 

Ile lat temu to było?

Z sześć.

Czyli niedawno, jak miałeś 40 lat.

No… Mniej.

Taki żarcik.

Wesoły. Bardzo dobry. 

Staram się.

Jak będę szukał kolejnego partnera do Mam Talent, to zadzwonię do Ciebie.

To jeszcze idzie?

Idzie, idzie, tylko zmieniają się ludzie u mego boku, bo jeden na prezydenta, drugi na premiera, trzeci nie wiadomo co mu przyjdzie do głowy. Będziesz następny.

Ludzie czasami piszą „Andrzej na prezydenta”, niestety jest jeden, który spalił mi karierę.

Myślę, że nie chciałbyś wejść w jego buty. 

Nie.

Bo to jest trudna praca. On o tym ostatnio mówił w filmie na YouTube, że to jest praca odpowiedzialna, że człowiek nie może się wyluzować, że tam się tyle rzeczy dzieje, że człowiek nie wie, w co ręce włożyć.

Ale to jest mniej więcej jak ten kierowca skutera Ubera. Niełatwo jeździ się po mieście skuterem „pięćdziesiątką”, a kierowca ma mniej więcej takie samo ciśnienie w pracy, jak…

Ja szanuję skuterzystów, którzy rozwożą jedzenie, bo ci goście jeżdżą w takich warunkach, w których ja nawet nie pomyślałbym o wyciągnięciu samochodu z garażu, a co dopiero jednośladu. Ostatnio widziałem takiego typa, który w gigantycznej, warszawskiej śnieżycy, stojąc po pas w śniegu, próbował przez śnieg ten skuter pchać, bo nie był w stanie jechać. 

I wiemy, że ci ludzie często pochodzą z krajów, w których śnieg w ogóle nie pada.

Tak, dla nich to podwójne wyzwanie, opanować nowy żywioł, a do tego poruszać się na sprzęcie, który ledwo jedzie, ma łyse opony, ani nie został stworzony do tego celu. Jeśli ja miałbym uczyć się sztuki jazdy po mieście, to na pewno nie od jakiegoś drogowego instruktora zagranicznego, pachnącego drogą wodą kolońską, tylko właśnie od takiego typa z Indii czy Pakistanu, który ogarnia miasto, jak nikt inny.

Ty też mógłbyś go czegoś nauczyć, np. żeby zapinał kask.

Albo żeby ewentualnie miał buty za kostkę. Ciebie w sumie też mógłbym nauczyć tej sztuczki.

Ja się uczę całe życie.

Jak to Andrzej.

Motorek pierwszy, 125. To pewnie było wtedy, gdy weszło to prawo, że na prawo jazdy kat. B można jeździć „stodwudziestkąpiątką”. Wtedy Tobie otworzyły się wrota…

Tak, stwierdziłem, że skuter to fajna rzecz, ale to nie jest motocykl, a zmienianie biegów ma swój urok. Kupiłem więc motocykl po researchu w internecie, która 125-tka jest na tyle duża, że jest w stanie ogarnąć dwumetrowego kolesia.

Honda Varadero 125?

Nie, Varadero była brana pod uwagę teoretycznie, ale jak zobaczyłem ten sprzęt na żywo, to stwierdziłem, że wolę chodzić, niż jeździć czymś takim. Stanęło na Yamasze WR, 125-tce, która wydawało mi się, będzie świetnym sprzętem do miasta, bo jest wąska i się wszędzie wcisnę. 

Wąskie to ona ma siedzenie.

Niestety okazało się, że jeżdżenie tym po asfalcie, w ogóle jeżdżenie tym inne, niż wyczynowe, enduro, po miękkim, to się nie udaje. Wydawało mi się, że te wszystkie motocykle tak jeżdżą, że się średnio składają w zakręty. Jakby, gdzie tu jest frajda? Dopiero pandemia spowodowała, że miałem czas, żeby zrobić prawo jazdy na motocykl. Oczywiście nie powinienem się do tego przyznawać, ale parokrotnie siadałem na różnych sprzętach bez prawa jazdy, jeżdżąc tylko i wyłącznie po zamkniętych, bocznych drogach…

Niech pierwszy rzuci kamień…

Potem w komentarzach mędrcy będą pisać, że celebryta się przyznaje do grzechu. Więc się nie przyznaję. Nigdy tak nie było.

Ja też się nigdy nie przyznawałem.

To tylko było pod Tesco na zamkniętym parkingu. W każdym razie, dopiero kiedy wsiadłem na motocykl kursowy, kiedy wreszcie miałem czas to prawo jazdy zrobić, okazało się, że to może być fajne. Nawet, jeśli to jest mała 700-tka – Yamaha MT07 – to jest zupełnie inna frajda z obcowania z maszyną jednośladową, niż kiedykolwiek wcześniej poczułem. I dopiero wtedy tak naprawdę poczułem tego bakcyla. Ta 700-tka miała tyle charakteru, już nie chcę innego motocykla do końca życia, odkupię ten, konkretny, jak skończę prawko, to facet musi mi go sprzedać, bo to jest zajebisty motocykl. Mimo że oczywiście kolana miałem mniej więcej na wysokości kierownicy. Znacznie wyprzedzały bak paliwa, co wydaje się nie być najbardziej ergonomiczną pozycją.

Do motocykli z ergonomiczną pozycją dojdziemy, ale nie wiem, czy starczy nam dnia. Zacznijmy od tego, że staram się, żeby każdy wywiad miał jakiś motyw przewodni. Zapomniałem, że mieliśmy kręcić, jak chodzisz nago w kasku chińskim i protestujesz przeciwko…

Apartheidowi odzieżowemu. Nie można na mnie kupić niczego, normalnie. Trzeba się bardzo postarać. Te spodnie, które mam na sobie, są wyjątkiem, bo są wystarczająco długie. Jak zacząłem uprawiać motocyklizm, tak to nazwijmy, to pierwsza rzecz, która mnie najbardziej sfrustrowała, to to, że nie mogę kupić żadnych ciuchów. Wszystkie kurtki motocyklowe kończyły mi się na wysokości pępka. Musiałem kombinować. Ostatecznie okazało się, że jest jedna lub dwie marki, które robią wystarczająco duże rzeczy, ale to nie był taki prosty przypadek.

To nie była przyjemność. Bo normalnie motocykle to zwykle jest celebracja. Umówmy się, na dobre ciuchy motocyklowe wydajesz tyle, za ile kupiłbyś motocykl.

Masz wybór.

Cieszysz się, bo to jest kolorowe, masz różne systemy, możesz przebierać. A Ty nie, bo bierzesz to, co jest.

Tak samo jest z motocyklami. Jest bardzo ograniczona liczba modeli, na których jestem w stanie się poskładać tak, że jest mi wygodnie. Jeśli chodzi o to, jak wyglądam na motocyklu, to szczerze mówiąc, mam to w d….. To inni zwracają na to uwagę, bo dla nich motocykl jest przedłużeniem stylu bycia. Widać, że celebrują każdy detal swojego stroju i sprzętu. Dla mnie motocykl to przede wszystkim frajda ze specyficznego sposobu przemieszczania się, obcowania z czymś, co za przeproszeniem żyje między twoimi nogami. A do tego jest ostatnim bastionem motoryzacji, który jeszcze nie jest skalany do końca przez księgowych, normy euro, różne inne rzeczy, które kastrują emocje z motoryzacji. Natomiast to, jak na tym wyglądam, naprawdę ma dla mnie drugorzędne znaczenie.

Ile do tej pory, bo nie ukrywam, zazdroszczę ci. Pamiętam swoje pierwsze lata swojego życia jazdy na motocyklach, jaka to była niesamowita przygoda, jakie kolejne sprzęty. Pierwsze emocje związane z jazda na dużym motocyklu. W moim przypadku to było CBR1000F, na której jechałem bez kasku 200 km/h, po wsi, mając lat 14. Kolega powiedział przejedź się, tylko nie dawaj gazu. Ale gaz tam był.

To musiała być bardzo długa wieś, skoro byłeś w stanie rozpędzić się do 200 km/h i wyhamować.

Nie myślałem o hamowaniu. Ale była długa, prosta. Ja pamiętam, to kipiało ze mnie. Wiadomo, byłem gówniarzem. Ale potem, każde eksplorowanie kolejnych motocykli… ten początek zawsze jest najlepszy. To jak ze związkiem. Na początku jest euforia, wiemy co się dzieje, ja nie ukrywam zazdroszczę Tobie. Wydaje się, że Ty czerpiesz z tego garściami, bo iloma motocyklami jeździłeś do tej pory?

Korzystam z tego, że jako osoba kojarzona z telewizora, mam względną łatwość w pozyskiwaniu testówek, tak jak ty jako dziennikarz motoryzacyjny. W ciągu sezonu czy dwóch objeździłem około 50 maszyn. I ciągle mam niedosyt, bo uważam, że z każdym kolejnym motocyklem odkrywam coś nowego, jaram się, jakby to była moja pierwsza. Więc jeszcze ta faza zakochania w motocyklach wciąż się u mnie utrzymuje. Jeszcze te endorfiny buzują. Natomiast boję się, że któregoś dnia dojdę do takiego pułapu jak ty, kiedy zadeklarujesz, że jeździsz skuterem po mieście, i że właściwie się tymi motocyklami najeździłeś i w zasadzie, to już wszystko o nich wiesz.

Nie wiem o nich wszystkiego, to tak nie jest. Te doświadczenia, które zebrałem, już je mam, ale nie martw się, bo mi to zajęło prawie 30 lat, a nadal są rzeczy, które chcę robić. Jak jadę na tor wyścigowy, to marzy mi się, żeby przejechać się danym motocyklem. Tych marzeń w motocyklach ciężko jest zrobić. Marzy mi się też, kiedyś, najlepiej na jakimś chińskim 125 czy Hondzie 125, Cape to Cape, czyli jedziesz z Norwegii do RPA, to niesamowita przygoda. Motocykle to jedno, a to co robisz z motocyklami, to drugie, bo jeszcze np. nie byłeś na torze wyścigowym.

Byłem jako widz, ale to prawda, że jeszcze nie jeździłem. Głównie dlatego, że mi nie uszyli kombinezonu, bo oczywiście chciałbym pojechać na tor wyposażony odpowiednio. Zacząłem rozglądać się za kombinezonem.

 Ciekawe ile kangurów trzeba na Prokopa?

Myślę, że jednego solidnego, jak ubiją, to wystarczy. Chyba że one spadają z drzewa i to z martwych się robi. 

Nie oni je ciężarówkami, tymi takimi roadtrainami…

Biorą na klatę?

Podjeżdżają do firmy, zeskrobują, z tego szyje się kombinezony motocyklowe.

I pod Serockiem też można zjeść stek z kangura. To też zeskrobany z grilla takiego roadtraine’a.

Jeżeli gulasz, to tak.

To jest jakieś ograniczenie. Poza tym, nie ukrywam, że wciąż mam dużą dozę pokory wobec swoich wciąż miernych umiejętności, jako motocyklista. Zdaję sobie sprawę z tego, ile jeszcze nie umiem. I wydaje mi się, że tor na razie, jeśli już, to w formie kursanta, który pobierze pewne nauki. 

Szkolenie, oczywiście. Ja nie mówię o żadnych wyścigach. Mówię o tych możliwościach, które dają ci motocykle. I zaufaj mi, masz przed sobą jeszcze 10 lat tych endorfin i kolejnych rzeczy do zdobywania.

Między innymi chciałbym pojechać motocyklem na wyprawę po Kazachstanie. Mam taki plan, żeby zrobić program telewizyjny albo internetowy, podobny do tego, który zrobiłem w Stanach Zjednoczonych.

YouTube nie jest łatwym chlebem.

Wiem, słyszałem od niejednego, co sobie na nim zęby połamał. Natomiast jeśli nie YouTube, to telewizja to jakaś łyknie.Mój serdeczny kolega Tobiasz Kukieła, on zawsze mówi: na zachód, to nie ma sensu jechać motocyklem, przygoda jest na wschodzie.

Zwłaszcza, że też zaliczyłem parę rozczarowań motocyklowych. Jednym z takich rozczarowań była jazda przez Polskę autostradą. Myślałem sobie, że nie ma nic nudniejszego, niż motocykl na autostradzie. Zastanawiałem się, jak to zrobić, żeby on sobie jechał, a żebym ja mógł poczytać książkę w międzyczasie. 

Nie ma jeszcze utrzymywania linii, ale są już aktywne tempomaty w motocyklach, które działają. I bardzo mi się podoba. Jeżeli nie wiesz czegoś, to się tego boisz i tego nie chcesz. Teraz KTM, Multistrada, BMW oczywiście też, mają te tempomaty aktywne. To rewelacyjna rzecz, żeby nie łamać przepisów. Ustawiasz go i motocykl naprawdę hamuje i przyspiesza. Petarda.

Chociaż chyba nie tego szukam w motocyklach. 

Ale to jest narzędzie do przeżycia autostrady.

Ale trochę mnie martwi to, że do świata motocykli trafia coraz śmielej elektronika. Oczywiście fajnie, jak ona panuje, żebym się nie przewrócił, bo mam za mało umiejętności, żeby poradzić sobie w każdej sytuacji. Ale jeśli zaczyna cię ona w coraz większej ilości pracy kierowcy wyręczać, to zaczyna przypominać to coraz bardziej świat samochodowy, od którego coraz bardziej odchodzę, bo coraz mniej rzeczy we współczesnych samochodach mnie jara. Stąd też zainteresowanie motocyklami, bo tak jak Ty się przesyciłeś motocyklizmem, czy też nasyciłeś, to ja się nasyciłem samochodami przez ostatnich niemalże 30 lat. Jeżdżę autami i w zasadzie w dzisiejszych samochodach nic mnie nie ekscytuje. Nie mam nawet auta, o którym mógłbym marzyć, bo albo już je miałem, albo wiem, że jest ono tak naszpikowane elektroniką, że frajdy z jazdy tam nie uświadczę. Na końcu, ja jako kierowca, jestem tym wiezionym przez samochód mięsem, a nie pradawnym kowbojem, który ujeżdża swojego rumaka chłoszcząc go nahajką.

 

Dlatego mi marzy się już bus, który będzie mnie sam wiózł na tor, na pace będzie motocykl. Pojeździsz i wracasz do domu, pijesz piwo bezalkoholowe, wciąż, jednak on wykonuje za ciebie całą robotę. Dobra, motocykle. Ulubiony typ silnika.

Trudne pytanie, bo próbujesz zamknąć odpowiedź w jakiejś wąskiej kategorii, że jak powiem A to jednocześnie wykluczam B. Ja nie mam do motocykli takiego stosunku, że mam swój ulubiony typ i żaden inny mnie nie interesuje. Jestem, jak już powiedziałem kiedyś, z pewnej reklamy rajstop: „Adrian, który kocha wszystkie kobiety”. Ja kocham wszystkie motocykle i każdy, którym jeździłem, ma w sobie coś fajnego. Ale jakbym miał statystycznie powiedzieć, które motocykle najczęściej wybieram i którymi najczęściej jeżdżę, to albo V-ka dwucylindrowa, jak w Harley’u, który ma dużo dołów i odpowiednie pierdnięcie, i który jest takim bardzo zrelaksowanym rodzajem napędu. Albo czwórka taka, jaką ma w swoim BMW K1300R, która z kolei ma wystarczająco dużo momentu, żeby się przemieszczać po mieście, jeżdżąc w zasadzie na jednym biegu, ale ma też fajną górę, na której możesz ten motocykl przepiłować, jeśli jest gdzie odkręcić. Gdybym miał wybrać jeden typ, to nie potrafiłbym się na żaden zdecydować. Nie jestem też jakimś fanatykiem bokserów, chociaż lubię ich charakterystykę, ale to też nie jest rodzaj silnika, w którym jestem tak zakochany, że żadnego innego na świecie nie widzę. 

Prywatnie masz BMW K1300R, które było świadomym wyborem, zanim zacząłeś jeździć na BMW R18, które po prostu też użytkujesz.

Z tym BMW K1300R jest o tyle ciekawa historia, że dokonałem chyba najmniej korzystnej zamiany w historii na ten motocykl, bo miałem nowego Triumpha Bobbera, którego kupiłem w salonie. To był mój w ogóle pierwszy motocykl kupiony za pieniądze, taki mój świadomy wybór.Kupiłeś go dlatego, że ci się podobał?

Tak, to był totalnie impulsywny, emocjonalny zakup. Pojechałem do salonu z kolegą, przymierzałem się do nowego Scramblera, tego XCS, tego wyższego, na którym nie wyglądałbym tak zupełnie idiotycznie. Ale kiedy usiadłem na Bobbera to od razu wiedziałem, że to jest to. Po prostu mi leży. Aczkolwiek potem, jak zacząłem go użytkować, to okazało się, że on faktycznie jest za mały. Nie tylko dlatego, że jestem nieproporcjonalnie do niego rosły, co po prostu jest mi nim ciężko jeździć w sposób, w jaki bym chciał. Więc zamieniłem prawie nowego Bobbera na prawie dziesięcioletnie BMW K1300, a to dlatego, że mój laryngolog jeździł takim i kiedyś po udanej operacji przegrody nosowej, chcąc uspokoić mój ból, powiedział, że mogę się karnąć jego sprzętem. Kiedy na niego wsiadłem, to od razu stwierdziłem, że to jest to, czego chcę. Bo to sprzęt duży, mocny, który ani nie jest turystykiem, ani nie jest sportem, ani nie jest niczym schowanym w jednym pudełku. I jest to tak nie-BMW, że aż raduje się dusza, że księgowi bawarskiej firmy pozwolili na zbudowanie czegoś, co kompletnie nie ma sensu. R18 jest w tej samej kategorii. Uwielbiam te motocykle za to, że bardzo stateczna, konserwatywna firma, projektująca bardzo kompetentne, aczkolwiek nie zawsze emocjonujące maszyny, zrobiła coś, co nie mieści się w głowie księgowym, ale co jest triumfem inżynierii. Bo przyznasz, że jeden i drugi motocykl ma coś wyjątkowego, ma swoją duszę, która nie do końca do tego ducha BMW, takiego bardzo poprawnego motocykla, pasuje.

To jest niesamowite, za ta łata że BMW to motocykle pozbawione emocji siedzi tak mocno. Ja tak zawsze miałem, dopóki nie pojechałem na prezentacje i poznałem inżynierów, którzy siedzą za tymi motocyklami. Zaufaj mi, z tych wszystkich ludzi Japończycy są stonowani i dziwni na swój sposób zawsze. Ale ci Niemcy są totalnie zakręceni na punkcie tych motocyklów. W życiu byś nie powiedział, ze to są ludzie którzy uczyli się w życiu cały czas ordnungu. I stad właśnie biorą się takie motocykle jak Twoje K1300. To są motocykle, które już nigdy nie zostaną zbudowane.

Tak, ja co prawda trochę szaleństwo mojego egzemplarza osłabiłem. Stwierdziłem że jednak jako naked się średnio sprawdza. Ogólnie, jeśli miałbym być szczery, to nakedy niespecjalnie lubię. Jak cie zdmuchuje z motocykla przy 120 i musisz walczyć z oporem powietrza zamiast czerpać radość z jazdy to ja frajdy w tym wielkiej nie widzę. Dlatego dołożyłem wielką turystyczna szybę plus jeszcze deflektor. Wygląda to dość pociesznie, natomiast robi robotę. Tym motocyklem mogę polecieć w trasę i nie czuć, że est to jakiś kompromis 

Trzeba pamiętać, że motocykle są dla nas, a nie my jesteśmy dla motocykli. Tak samo my jesteśmy dla siebie, a  nie dla ludzi którzy nas obserwują. Dlatego jeżdżę sobie skuterem  i czekam, aż zamontuje sobie centralny kuferek do niego i będę mógł sobie zmieścić do niego więcej rzeczy.

Czytasz mi w myślach, gdyż ja też mam centralnie gdzieś, co o mnie myślą inni. I to ci, którzy oglądają mnie w telewizji, którzy oglądają teraz te rozmowę i ogólnie, którzy śledzą moja publiczną aktywność. Miło jest, kiedy o tobie dobrze mówią. Dobrze jet gdy cie dobrze krytykują. Natomiast uwagi w stylu masz dziwne buty czy jesteś pozerem bo jeździsz na gumie albo masz za krótko prawko albo nie zaliczyłeś szlifa czy nie masz tych plakietek klubu. To mnie wszystko śmieszy, bo to jest taki rodzaj myślenia plemiennego, który zawsze był mi obcy. Nigdy nie zapisałem się do żadnej organizacji, klubu. Nigdy się nie definiowałem przez to ze jestem jakiś, nie wiem, wysoki, z telewizji, jestem motocyklistą, samochodziarzem. To wszystko są jakieś etykietki które nie mają żadnego znaczenia. Więc jeśli ktoś próbuje motocyklizm, używam takiego słowa, chociaż nie wiem, czy ono istnieje, jest przyjemne i wyczerpuje definicję. Jeśli ktoś próbuje motocyklizm pozamykać w wąskich ramach, szufladach, kodeksach, to tylko może mnie to śmieszyć.

Czyli nie jesteś ostentacyjnie motocyklistą? Chciałem Ci zadać takie pytanie czy czujesz się motocyklistą.

Nie, ja się czuję człowiekiem, który czerpie przyjemność z motocykli. Który ma frajdę z jazdy i który lubi obcować z tymi maszynami. Nastoma, jakbyś mnie zapytał kim jestem to przed chwila zanim tu przyjechałem byłem ojcem który próbował dobudzi córkę. Potem byłem kucharzem, który próbował zrobić jajecznicę w domu, bo wiedziałem, że na sesji mnie nie nakarmisz. Aczkolwiek się myliłem, bo był pasztecik z grzybami, co prawda o 6 rano, ale był. I oranżada też była. Biedni mentalni są ludzie, którzy próbują się wpisać w jakąś ciasną szufladę i się samo ograniczyć. Dlatego nie wyobrażam sobie przynależności do żadnego motocyklowego klubu, gdzie panują jakieś masońskie reguły, że masz tak i tak wyglądać, tak i tak się nosić, że Twoja kobieta nie może dotknąć Twojej kamizelki. Jeśli to komuś służy to super. Ja się zupełnie w tym nie odnajduje i w tym sensie jestem easyriderem. Człowiekiem który se po prostu jeździ i nie rości sobie z tego tytułu żadnych pretensji.Zawsze mówiłem, że jeżdżę po prostu na motorku.

Tak, ale wiesz. Jakbyś powiedział to wśród prawdziwych, rasowych hardcorowych motocyklistów, nie takich udawanych w czerwonych trampkach, że jeździsz sobie na motorku, to by cie natychmiast poprawili. Motocykl! Motor to ma kosiarka! Co też zresztą się spodziewałem, to fakt, że jak moja działalność motocyklowa stalą się publiczna, ktoś o mnie napisał, o to się spytał, to jak sobie poczytałem komentarze tak dla hecy, żeby zobaczy c o tym ludzie myślą to zobaczyłem zgodnie z przewidywaniami litanie hejtu pt „tak, zobaczymy czy w przyszłym sezonie będzie jeździł. Pewnie mu dali ten motocykl.” Albo „płacą mu za to”. Mnóstwo takich pretensji „on jest obcy nie jest z naszego stada, musimy mu się uważnie przyglądać, bo próbuje się przebierać w nasze szatki. A przecież my twardzi, prawdziwi motocykliści nie chcemy mieć z nim nic wspólnego.

My apelujemy dosyć dużo o tolerancję ze Smokiem, moim kolegą z redakcji, po to, żeby… Motocykliści ogólnie, trudno jest znaleźć drugą taką strukturę. Nie wiem, czy wędkarze pozdrawiają się wędkami, jak się zobaczą. Jak masz jakąś awarię z motocyklem, to w końcu jakiś motocyklista się zatrzyma i zapyta, czy ci pomóc.

A widzisz, wczoraj miałem awarię i nikt się nie zatrzymał.

I do tego dążę, czy to się trochę nie zatraca. To jest bardzo trudny moment. To jest jednak urocze, ta społeczność, radykalizm nie jest dobry w żadnej formie, o czymkolwiek byśmy nie mówili. Mój kolega zwrócił na to uwagę, że ta solidarność się trochę zatraca, że jak komuś coś się popsuło, to ja mu pomogę. Ja tak samo się nie czuję przywiązany do żadnych klubów, nigdy nie byłem w żadnym klubie stuntowym czy jakimkolwiek. Zrobiliśmy raz klub, nazywał się… było Wheelieholics, my byliśmy Stoppieholics i robiliśmy wszystko odwrotnie, niż tamta prężna ekipa. Polegliśmy, jak chcieliśmy zamontować z przodu samochodu hak, żeby pchać przyczepkę z motocyklami, bo oni ciągnęli motocykle. W tym momencie się rozpadliśmy, a może jesteśmy? Zgubiłem wątek…

Dążę do tego, że fajnie, że ta społeczność ma swoją tożsamość, tyle że, użyję teraz wielu trudnych słów, ale życzyłbym sobie, żeby taka społeczność była inkluzywna, nie ekskluzywna, żeby obejmowała ramionami nowoprzybyłych, mówiła, że jest dla ciebie miejsce, fajnie nauczysz się czegoś, my ci pomożemy, a nie stawiała na wejściu taką barierę pt. nie, nie masz takiej kamizelki jak my, to wypad. To mnie tylko śmieszy. 

Skąd czerpiesz wiedzę?

Czytam gazety, czytam też zagraniczne pisma na ten temat, oglądam sporo rzeczy w internecie, oczywiście biorąc poprawkę na to, że internet może się mylić. Jednak gazeta to jest coś, co ma jakiś taki oldschoolowy filtr weryfikujący rzeczywistość, przynajmniej tak to sobie wyobrażam. A w internecie każdy może sobie powiedzieć wszystko i stąd potem mamy inwazję głupoty, która wierzy w rzeczy, które są zupełnie niebywałe, typu wiesz, że ziemia jest płaska itd. Nie będę w to brnął, bo zaraz ktoś krzyknie „jaka kurwa jest, no płaska przecież jest! Widziałem w internecie, szwagier pokazał film gdzie było napisane w tym filmie, że jest płaska. I że Bill Gates i 5G i reptilianie”. Wiesz o co chodzi. Sporo też pytam mądrzejszych od siebie, jeśli się trafia taka okazja, to zadaję pytania. To jest ten warsztat dziennikarski, który pomaga, żeby usystematyzować czyjąś wiedzę w swojej głowie. Czyli siadasz, grzebiesz komuś we łbie, wyjmując to, co cię na ten temat interesuje. Kultura słowa pisane, która została mi wpojona w różnych redakcjach, w których pracowałem, powoduje, że za słowo pisane po pierwsze bierzesz większą odpowiedzialność, bo nie da się go potem już wyedytować, jak to wydrukujesz. Po drugie, jesteś w stanie bardziej uczesać swojej myśli, zastanawiając się nad nimi, niż uprawiając swój słowotok, który czasami kończy się tym, że mówisz, zanim jeszcze twój język połączył się do mózgu. I z tego wynikają ciekawe rzeczy. Trochę jest z tym, jak z jazdą na motocyklu, tak zręcznie nawiązując. Nie masz za często szansy, żeby poprawić nieudany zakręt.

Tak.

Głębokie to było, ja to zapiszę i będę używał tez w innych sytuacjach.

Możesz napisać też książkę, wszyscy ją oplują, o motocyklach.

Że jestem pozerem.

Że jesteś pozerem. My ją zrecenzujemy, że tak, ale dzięki temu ludzie będą chcieli wiesz dokopać ci jeszcze bardziej i kupią tę książkę po prostu.

Ma to sens. Powiedziałbym, że jest to taki marketing à rebours. Zróbmy coś, co się nie spodoba, ale będzie ich tak drażnić, że będą musieli po to sięgnąć.

Tak… jakie masz plany na ten rok, motocyklowe. Nie mówię o życiu, bo życie to jest proste jednak.

Motocyklowe… Chciałbym objeździć kolejną garstkę…

Ty nie umiesz skakać?

Na nartach, czy na czym?

Na czymkolwiek.

Próbowałem skakać na GS-ie, na BMW1250 i nie skończyło się to dobrze. Potem musiałem zbierać fragmenty.

Z motocykla GS1250 zostało 1200.

To był jeden z tych momentów, który pokazał mi, że mój entuzjazm jest jeszcze nieproporcjonalny do umiejętności. Że przed tą maszyną trzeba mieć pewien respekt, nawet jeśli wydaje ci się, że na tym się łatwo jeździ, że ona sobie płynie, że w ogóle to ogarniasz. To nie jest tak do końca. Zresztą bardzo fajną rzecz powiedział mi mój kolega, z którym byliśmy na wyprawie motocyklowej w Hiszpanii, jeździliśmy tam sobie w okolicach Alicante przez kilka dni, po momentami bardzo wymagających winklach. A że byliśmy na ciężkich sprzętach, w których podnóżki znajdują się 2 cm od podłoża. 

Harleye!

Tak.

Idealny sprzęt na hiszpańskie serpentyny.

Właśnie nie było to łatwe, żeby tam się poskładać w niektórych zakrętach. I on obserwując, jako doświadczony motocyklista, obserwując moją jazdę, ja też zresztą jeździłem tak, żeby mu się przypodobać. Żeby zobaczył, że tu nie ma miękkiej gry, że tu jest prawdziwy kozak z Polski a nie pozer. Wziął mnie któregoś dnia na bok i powiedział mi: „Wiesz, niepokoję się o ciebie, bo są trzy rzeczy, które u ciebie zauważyłem. Po pierwsze duży entuzjazm, po drugie niezła technika, po trzecie bardzo małe doświadczenie. Te trzy rzeczy sprzężone razem sprawiło, że wielu moich kolegów skończyło na drzewach albo w rowach albo w trumnach. Więc jakbym mógł ci coś doradzić, to nabierz doświadczenia, zanim zaczniesz wykorzystywać te dwie pozostałe rzeczy”. I coś w tym jest. Od tamtej pory rzeczywiście jeżdżę dużo ostrożniej, albo z większą świadomością tego, że ten motocykl może zrobić coś, czego ja się kompletnie nie spodziewam. Typu, nie wiem, gmol może uderzyć w wystający kawałek asfaltu i to nie będzie już przytarcie podnóżkiem, tylko on cię przerzuci na drugą stronę. Tak naprawdę może to być cokolwiek. Takie rzeczy pojawiają się wraz z doświadczeniem, bo nie wszystkie te rzeczy jesteś w stanie sobie wyobrazić i je przewidzieć. Jestem tak zwanym motocyklistą pokornym, który ma świadomość tego, ile jeszcze się musi nauczyć, by czuć się na motocyklu w stu procentach pewnie.

To już wiesz, dlaczego jeżdżę na skuterze. Bo entuzjazm ciągle mam, doświadczenie jakieś jest, jakaś technika jest. Wiem jak to połączyć i niestety każdy motocykl mnie korci, żeby to wykorzystać.

No, ty masz myślę syndrom muzycznego wirtuoza, który mimo że zna technikę i zna nuty, to ma inklinację do tego, żeby improwizować, a nie każda improwizacja na koniec okazuje się udana.

Szczególnie na ulicy.

Tak, to też jest osobna kwestia, że staram się jednak po mieście jeździć skutecznie, ale rozsądnie. Jeśli też mówimy o prawdziwych motocyklistach, to ich też czasami widuję na ulicach Warszawy. Patrzę na to, jak oni jeżdżą i myślę sobie, że ja bym od nich nie chciał się jednak niektórych rzeczy nauczyć. Jednak narażanie siebie i innych, i robienie po prostu głupot na drodze, to nie jest fajna cecha motocyklistów. To dlatego wielu kierowców ma o nich takie, a nie inne zdanie. To po pierwsze. Po drugie, to nie wiem, co po drugie, bo chciałem coś mądrego powiedzieć, ale mi wypadło z głowy. 

Wiem jak jest.

Ale to nie ma znaczenia, coś sobie dopiszemy zaraz do tego. Ja najbardziej nienawidzę, jak ludzie przygazowują w korku, wierz mi.

O, to miało być po drugie właśnie. Że fajne są oczywiście przelotowe, głośne wydechy, po to żeby takim motocyklem pojechać sobie na tor. I kiedy wszyscy spodziewają się, że będzie huczało, to super. Ale goście, którzy jeżdżą po mieście w ten sposób i jeszcze w nocy i jeszcze celowo odkręcają gaz na niskich biegach, po to, żeby było ich słychać, no to jest… Nie będę używał słów niecenzuralnych. To jest straszna słabizna.

Chyba nie mam do ciebie więcej pytań. Wolałbym z tobą pojeździć na motocyklu.

Zapraszam na wspólne wyprawy.

Do Nieporętu.

Wyprawa.

To były wyprawy na nasze możliwości. Wyprawa Nieporęt. Legionowo.

Do Legionowa nie, bo tam budują drogę i jest straszny korek. Żadna frajda, bo trzeba się przeciskać między autami. Natomiast pod Warszawą przyjemne traski są w okolicach Pomiechówka, w okolicach Serocka, tam w lasach jest kilka takich fajnych, na których można się fajnie pobawić.

 A masz jakieś inne hobby?

Tak.

Rybki?

Muzykę, która jest takim medium, które najbardziej mnie wyraża. Co prawda jestem wybitnym słuchaczem, natomiast beznadziejnym graczem. Próbowałem wiele lat nauczyć się gry na gitarze, ale brakowało mi cierpliwości do procesu, bo już chciałem być na jego końcu. Chciałem być tym gościem, który wali na scenie w struny, a ludzie mówią „wow, znamy każdą nutę”. No ale żeby dojść do tego momentu, to musisz przejść proces pt. potargać trochę sprzętu na plecach, ponosić ten sprzęt do różnych piwnic, zagrać dla trzech osób, pokaleczyć sobie palce o struny… A to już mi się tak bardzo nie podobało. Zostałem więc, jak większość krytyków muzycznych, niespełnionym muzykiem, który ocenia teraz innych.

Będziesz dalej eksplorował motocykle, czy już zostajesz przy swoich? Będziesz brał wszystkie testówki, czy…?

Absolutnie, to na razie sprawia mi duża frajdę. W pewnym wieku, po pewnych doświadczeniach, przy pewnych zasobach jakimi się dysponuje, życie staje się dość łatwe, znaczy na wiele rzeczy możesz sobie pozwolić, wiele rzeczy przeżyłeś, wiele rzeczy już znasz, wiele cię nudzi. Niełatwo więc takiego starego, sytego kocura czymś zaskoczyć i sprawić, że poczuje ten młodzieńczy wiatr za uszami, kiedy wszystko jest nowe, wszystko cię ekscytuje, bo jeszcze wielu rzeczy w życiu nie spróbowałeś. I motorki, jak to mówisz, są jedną z tych rzeczy, które znowu wzbudziły we mnie ten entuzjazm. Że znowu chce mi się być dzieciakiem, który jara się na myśl o tym, że za chwilę wsiądzie na jakiś sprzęt, nawet jeśli trzeba będzie pojechać po niego na drugi koniec polski, żeby go stamtąd zwieźć, żeby sobie na nim polatać. Więc dopóki będę czuł tę radość, to będę próbował. Natomiast wiem już też, mniej więcej, co w tym „sporcie” mi się podoba, co mnie ekscytuje, co nie jest dla mnie. Już wiem, że nakedy nie. Sporty też tak sobie, bo zajęcie dobrej pozycji na takim sprzęcie jest bardzo trudne, nawet Hayabusa, mimo że jest dużym motocyklem, to jest dla mnie wciąż za mała. Tak więc ten mój prywatny K1300, o którym wspomnieliśmy, jest takim optimum, motocyklem pomiędzy światami, który ma wszystko, czego bym chciał. A R18, którą jeżdżę, jest bardzo fajnym bulwarowym tygrysem do turlania się w modnych warunkach.

Jest reprezentatywna.

Natomiast w dalszą trasę pewnie bym go nie zabrał, bo to jest jednak pewien wysiłek jazda tym sprzętem.

Czyli podsumowując, jesteś idealnym przykładem, rosłym, że motocykl na kryzys wieku średniego to jest idealna opcja.

Cieszę się, że tak to podsumowałeś. Właściwie mogliśmy zacząć od tego. Ty dziadu.


zdjęcia: Łukasz Falkowski

KOMENTARZE