fbpx
A password will be e-mailed to you.

Pomysł zimowego wyjazdu na motocyklu od dawna chodził mi po głowie. To zupełnie inna perspektywa jeżdżenia motocyklem: totalnie bezsensowna, ryzykowna i, jak się później dowiedziałem z internetu, wręcz idiotyczna.

To całkiem rozpaliło moją wyobraźnię. Nigdy nie byłem zwolennikiem sensu, nie byłem zachowawczy, a tym bardziej mądry. Jednym słowem – taki wyjazd był idealny dla mnie. Można to postrzegać jako chęć zwrócenia na siebie uwagi, ale generalnie po kilku latach jeżdżenia w najróżniejszych warunkach, w różnych częściach świata, nie bardzo imponują mi takie wyskoki, więc to chyba odpada. Chęć sprawdzenia się? Jak wyżej. Po prostu zawsze lubiłem jeździć motocyklem, a to, czy padało, czy było zimno, nigdy nie miało dla mnie znaczenia.

Zbędne ryzyko? Może i tak, ale nie myślę o tym. W zasadzie częściej leżę na glebie w słoneczne, niedzielne popołudnie na torze enduro niż podczas tego typu wyjazdów, więc gdzie to ryzyko? Cały ten wyjazd i jeżdżenie zimą ma dla mnie więcej wspólnego z chodzeniem po górach niż odpoczynkiem, przypominającym niedzielną przejażdżkę z żoną.Łażenie po górach zimą też jest w zasadzie bezsensowne. Jest zimno, a w grę również wchodzi ryzyko kontuzji. Oczywiście nie uważam, że taka forma odpoczynku jest głupotą i sam często ją praktykuję. Kwintesencją tego wszystkiego jest zmęczenie, które powoduje wejście na zupełnie inny poziom odpoczynku: taki błogi, do trzewi. Dość! Bez sensu się tłumaczę! Jeśli to rozumiecie, to super, jeśli nie – zawsze możecie przejść do kolejnego artykułu.

Cel – Borne Sulinowo

Na wszelki wypadek wybrałem motocykl lekki i tani. Ryzyko jest zawsze, dlatego lubię minimalizować obciążenia finansowe. To dosyć istotna kwestia dla ludzi podróżujących nie tylko po świecie, ale i po Polsce. Moim celem było Borne Sulinowo. Po pierwsze – dlatego, że jest to niezwykle egzotyczne miejsce na mapie Polski, po drugie – miałem tam nocleg i możliwość regeneracji, gdyby coś poszło nie tak. To niezwykle istotne!Na odpowiednie warunki czekałem prawie tydzień. Każdego dnia prognozy przewidywały sowite opady, jednak gdy rano wstawałem i patrzyłem przez okno, na mojej twarzy malowało się rozczarowanie. Znowu nic – za oknem „czarno”. Na szczęście pogoda w końcu się zmieniła. Spadł śnieg. Mogłem ruszać!Zapakowałem motocykl, podłączyłem nawigację i wybrałem trasę ekscytującą. TomTomowi nie zajęło dużo czasu wywleczenie mnie poza główne arterie i zanim się zorientowałem, byłem na drodze gruntowej! Dobrze. Będę jechać wolniej, będę się więcej ruszał. Jednym słowem – będzie bezpieczniej i cieplej.

Za krótki dzień

Mijały kolejne kilometry, zaczęło się przecierać. Trasa była już tylko delikatnie zaśnieżona i praktycznie mogłem jechać z normalną prędkością. Co prawda raz po raz wjeżdżałem na lód, ale w tych warunkach było go widać z daleka, więc mogłem się dobrze przygotować. Po ponad dwóch godzinach w trasie dojechałem do jeziora Jeziorsko, gdzie urządziłem sobie odpoczynek. Po chwili na rozciąganie mogłem jechać dalej. Zimą dzień jest naprawdę krótki i zanim się zorientowałem, zrobiło się ciemno.Warunki się pogorszyły. Zaczął sypać śnieg. Cóż, byłem na to przygotowany – jechałem w najlepsze. Moja trasa wiodła niedaleko autostrady A1. Jechałem w zasadzie równolegle do niej. Wkrótce dotarłem do okolic Bydgoszczy. Powoli brakowało mi paliwa, więc byłem zmuszony wbić się na krajową „dziesiątkę”. To była zła decyzja, mogłem poszukać stacji wcześniej. Auta stały, gdzieś dalej był wypadek. Asfalt, mimo opadów, nadal był czarny. Tylko gdy stawałem lub zwalniałem poniżej 30 km/h, szyba całkowicie parowała i zamarzała. Musiałem przyspieszyć. Ile mogłem, jechałem środkiem, omijając auta. Korek ciągnął się w nieskończoność. W końcu dotarłem do stacji. Zatankowałem maszynę i uciekłem z głównej trasy.Jechałem praktycznie sam. Buty już dawno mi przemokły i przestawałem czuć palce u stóp. Oj, było zimno! W pewnym momencie zrobiło się tak ślisko, że gdy dostrzegałem auta nadjeżdżające z naprzeciwka bądź z tyłu, zatrzymywałem motocykl i przepuszczałem je. Ja się mogę wywracać, ale odpowiadam na drodze również za innych i jeżeli warunki na to nie pozwalają, to trzeba przejść w tryb awaryjny. Poza tym głupio byłoby wlecieć komuś pod koła i jeszcze narobić mu problemów.Co prawda jakikolwiek ruch napotykałem raz na kilka, może kilkanaście minut, ale jednak. Najlepiej o warunkach na drodze świadczy fakt, że po kolejnym wyhamowaniu i zjeździe na pobocze sprzęt uciekł mi spod nóg i zmuszony byłem go położyć. Ponowny wjazd na asfalt był praktycznie niemożliwy. Jechałem dłuższy kawałek po trawiastym poboczu. Dopiero, gdy warunki się poprawiły, wróciłem na drogę.

Dzięki nawigacji i… workom

Po kilkunastu kilometrach zjechałem po raz kolejny na stację. Musiałem zmienić przemoczone buty. W kufrze miałem tylko obuwie trekkingowe, zdecydowanie za krótkie. Moje położenie dostrzegł sympatyczny Ukrainiec, który wręczył mi worki foliowe. Byłem uratowany i mogłem ruszać dalej. Wkrótce warunki na drodze… pogorszyły się jeszcze bardziej, ale teraz przynajmniej czułem miłe ciepło, rozlewające się od stóp. W ten sposób mogłem jechać nawet 500 kilometrów!Na szczęście nie musiałem sprawdzać, czy dam radę, bo do Bornego Sulinowa zostało mi ich tylko sto. Niby niedużo, ale warunki – lodowisko na drodze, śnieg i mgła przede mną – nie ułatwiły mi zadania. GPS okazał się niezastąpiony. Zanim mogłem zobaczyć zakręt w rzeczywistości, wiedziałem, że się zbliża, odczytując obrazy z nawigacji. Miałem szansę dużo wcześniej przygotować się do hamowania i skręcania.

Nie wszyscy wyjechali

Do Bornego Sulinowa prowadzą trzy drogi. Ja do miasteczka wjechałem od strony Jastrowia. To jedna z najpiękniejszych dróg, jakimi jeździłem w naszym kraju. Na tę ocenę nie wpływa ani jej położenie, ani ukształtowanie, lecz rozłożone wokół lasy. Całość wygląda baśniowo – szczególnie jesienią!Borne Sulinowo to obecnie niewielka miejscowość, zbudowana w latach 30. przez Niemców (wówczas Gross Born). Od początku miało to być miasteczko garnizonowe, czemu sprzyjało oddalenie od aglomeracji i sąsiedztwo lasów. Niemcy prowadzili tu wojskowe centrum szkoleniowe. W roku 1945 kompleks został zajęty przez Armię Czerwoną. Całość otacza płot, który był w latach prosperity granicą miasta i zarazem bazy wojskowej. W rękach ZSRR i Rosji był do roku 1992. Rosjanie opuścili bazę, zostawiając ją w bardzo dobrym stanie. Kilka miesięcy później ziemie te zamieszkali Polacy. I wtedy rozpoczęła się czarna karta historii tej miejscowości. Została rozszabrowana, czego świadectwem są zdemolowane budynki. Żal zwłaszcza zniszczonego Domu Oficera. Piękny budynek najpierw pełnił rolę kasyna, a w czasach Armii Czerwonej został przemianowany na centrum kulturalno-szkoleniowe dla kadry oficerskiej. Obecnie kompleks jest w stanie ruiny. Uczciwie względem zarządcy obiektu trzeba dodać, że stan budynku pogorszył pożar, który wybuchł podczas remontu.Po zwiedzeniu Domu Oficera udaję się nad jezioro. Latem możemy schłodzić się w jego wodzie, bądź wypożyczyć kajak i popływać. Widoki są przepiękne, a liczba legend, którymi obrosło to miejsce, trudna do ogarnięcia! W mieście spotykam pomniki czołgów, gdzieniegdzie rosyjskie napisy. To miejsce jedyne w swoim rodzaju. Będąc w centrum, zajeżdżam do sklepu „u Saszy”. Kupuję chałwę i pól litra rosyjskiego napitku ze zboża. Zakupy chowam w kufrze i ruszam odwiedzić cmentarz żołnierzy radzieckich – to kolejny punkt „must see”. Na miejscu okazuje się, że jest zamknięty. Nic to – większość widać zza płotu. Po raz kolejny zbieram szczękę z gleby. To za sprawą pomnika „Pepeszy”, który wita odwiedzających. Na grobach czerwone gwiazdy, rosyjskie napisy. Niektóre groby są małe, bardzo małe! Mieszkali tutaj nie tylko żołnierze, ale także ich rodziny. Ci ludzie żyli, jak każdy. Mieli swe triumfy i opłakiwali tragedie. W końcu wyjechali, choć niektórzy zostali na zawsze.

Advertisement

Na spokojnie i aktywnie

Swoistą wizytówką Bornego Sulinowa są opuszczone bloki, które witają przyjezdnych od strony Jastrowia. Można do nich podejść. „Oczodoły” bez okien tylko potęgują wrażenie, że trafiliście do innych czasów i zupełnie innego miejsca na ziemi. Krajobraz iście wojenny. Niedaleko znajduje się poligon oraz lotnisko polowe. To tutaj w lecie (a także – jak się okazuje – w zimie) odbywa się znany zlot pojazdów militarnych. Wtedy to miejsce zmienia się nie do poznania i robi się naprawdę głośno. Poza tymi kilkoma hucznymi dniami miejsce to jest praktycznie wyludnione. Ale nie brak noclegów, zatem doskonale nadaje się do odpoczynku, wyciszenia i naładowania baterii przed kolejnymi wyzwaniami.A jeżeli lubisz wyzwania, to możesz odpocząć w zupełnie inny sposób. Tereny wokół „emerytowanej” bazy wojskowej to raj dla fanów jazdy terenowej, miłośników paintballa i strzelanek ASG. Poza tym Borne leży w bliskim sąsiedztwie jeziora Dołgie i rzeki Piławy, więc latem grzechem byłoby nie skorzystać z oferty firm organizujących spływy kajakowe i nie zwiedzić okolicy z zupełnie innej perspektywy. Borne Sulinowo to przede wszystkim raj dla fanów historii i spokoju. Niedaleko znajdują się jedne z największych w Europie wrzosowisk. Jesienią to miejsce potrafi zachwycić tak samo, jak piękne, rozległe lasy, otaczające miasteczko.Trudno żegnać się z tym miejscem. Im dłużej tam przebywałem, tym odkrywałem więcej ciekawostek, więcej historii i jeszcze więcej miejsc godnych odwiedzenia. Czas jednak wracać do domu. Śnieg zaczął topnieć. Zrobiło się mokro i zdecydowanie cieplej niż kilka dni temu. Nawet silny wiatr nie utrudnił powrotu.

Zdjęcia: autor

Relację video z wyjazdu możecie obejrzeć w oddzielnym artykule.

 

 

KOMENTARZE