fbpx
xWDtKcaW9-s

Mijając tor motocrossowy w Cieszynie, Adam pokazuje górę. Musiał pod nią podbiegać i zbiegać z niej, żeby nabrać formy. Choć początkowo rodzice starali się odwieść go od motocykli, to gdy już zaczął się na nich ścigać, taryfy ulgowej nie było.

Teoretycznie Adam mógł być przygotowywany do motocyklowej kariery zawodniczej od dnia narodzin. Gdy pojawił się na świecie 7 października 1994 roku, jego Tata – Andrzej Tomiczek – był najbardziej utytułowanym, polskim zawodnikiem enduro. Na koncie miał wicemistrzostwo świata, a wraz z Markiem Dąbrowskim, Maciejem Wróblem, Wiktorem Iwańskim, Wojciechem Renczem i Ryszardem Augustynem sięgnął po zwycięstwo w drużynowych mistrzostwach świata zwanych „Sześciodniówką”.


REKLAMA

Co więcej, rodzinny dom Tomiczków znajduje się dosłownie paręset metrów w linii prostej od toru motocrossowego. Pomimo tego, że Adam pierwsze wspomnienia z dzieciństwa ma z zawodów motocrossowych, w których jeździł Tata, a tłem zabaw na podwórku był dźwięk wykręcanych na torze dwusuwów, motocykle miały nie być mu pisane.

„To ciężki sport…” 

…Tak brzmiała odpowiedź zarówno Kariny Tomiczek jak i jej męża, Andrzeja, na pytanie, dlaczego starali się izolować Adama od motocykli. Mało kto w latach 90. w Polsce tak doskonale znał trudy profesjonalnego ścigania się. W tygodniu praca przemieszana z treningami, a w weekendy zawody w kraju i za granicą. Pomimo tego, że przed Adamem nie stałyby przeszkody w postaci wiz czy zezwoleń na opuszczenie granic PRL, rodzice doskonale wiedzieli, ile wysiłku potrzeba do osiągnięcia odpowiedniego poziomu.

Nie do pominięcia jest też kwestia kontuzji, które prędzej czy później muszą się pojawić. Andrzej doskonale znał ryzyko, Karina wiedziała jaki stres związany był ze startami męża. Dlatego Adam został popchnięty do wyścigów, ale na rowerach MTB. Sukcesy przyszły szybko, ponieważ treningi zawsze były traktowane bardzo poważnie. Gdy wtedy jeszcze mały Adam w drodze na szczyt góry mówił, że chce mu się pić, słyszał: „Myśl o tym, że Ci się nie chce, napijesz się na szczycie”. Kto by wtedy pomyślał, że Adam będzie tak myślał na trasach najtrudniejszych rajdów świata…

Tylko motocykle

Choć puchary zdobyte przez Adama w zawodach MTB szybko się piętrzyły, ciągnęło go do motocykli. Nie mogło być inaczej, ponieważ od pierwszych lat życia największą radość sprawiało mu przesiadywanie na maszynach Taty, bądź tych napotkanych gdziekolwiek. Gdy przyjaciele rodziców pożyczyli mu kiedyś elektryczny motocykl-zabawkę, spał w łóżku, trzymając go za kierownicę. Niestety po kilku dniach musieli go oddać, bo Adaś zaczął jeździć po krawężnikach i motorek długo by nie przetrwał.

Pomimo totalnej fascynacji motocyklami, Adam musiał czekać na pierwszą maszynę do 14. roku życia. I musiał na nią „zapracować”. Niewykluczone, że to niespełnione marzenia o pierwszym crossie wywołały pierwszy bunt nastolatka. Entuzjazm do rowerów osłabł, a wraz z nim wyniki w nauce. Rodzice stwierdzili, że ich dalszy opór przed motocyklami nie ma sensu i Adam dostał najbardziej klasyczne wyzwanie: „Poprawisz oceny, to dostaniesz motocykl.”

Szybko okazało się, że mały Tomiczek potrafi być pilnym uczniem i gdy w dzienniku królowały oceny 5 i 6 pewnego dnia pod garażem zobaczył Kawasaki KX80. Adam podobno poryczał się na jego widok i od tamtej pory nie zsiadał już z motocykla…

Zwiastun życia nielekkiego

Realia motocrossu dość szybko dały o sobie znać. Już w pierwszych miesiącach Adam zaliczył srogą wywrotkę i w efekcie złamał kości przedramienia. Tak przyszły zawodnik nabrał respektu do motocykli. Jak sam powiedział, to wtedy pierwszy raz się przestraszył, a Mama Karina miała cichą nadzieję, że to go zniechęci do treningów. Niestety, w szpitalu pierwsza prośba Adama brzmiała: „Mama, zapytaj doktora, kiedy będę mógł znowu jeździć”. Było oczywiste, że młody Tomiczek swoje życie odda w ramiona motorsportu.

Treningi były bardzo ciężkie, ponieważ prowadził je jego Ojciec. Gdy decyzja o startach w zawodach została podjęta, nikt nie brał pod uwagę taryfy ulgowej. Doświadczenie Taty i zapał syna musiały przynieść efekty. Zwycięstwa w zawodach motocrossowych i enduro przyszły szybko, a za nimi tytuły mistrza Polski. Obydwaj z Ojcem wiedzieli, że do rozwoju potrzebne są starty za granicą. Wybór padł na enduro.

Według Andrzeja to dyscyplina najlepiej rozwijająca zawodnika. Łączy prędkość, wytrzymałość i przede wszystkim wymaga myślenia. Niestety, niesie też za sobą ogromne ryzyko, gdyż teren, po którym zawodnicy się ścigają, bywa nieprzewidywalny. Przysłowiowe wióry leciały dosłownie z każdej strony. Przy kolejnych kontuzjach serca rodziców pękały, a jednocześnie rosło napięcie na poziomie ojciec – syn. Twardy charakter – to cecha wyróżniająca obydwu Tomiczków. Dorastający Adam zaczął nabierać swoich „racji”, które nie zawsze znajdowały aprobatę Andrzeja. To powodowało konflikty.

Na motocykle i starty trzeba było też zapracować. Rodzinna firma transportowa wymaga stałej uwagi, więc pomiędzy treningami, zawodami a nauką Adam pomagał przy serwisowaniu ciężarówek. Stała współpraca i podobieństwo charakterów eskalowały przez lata napięcie. Dopiero teraz, gdy Adam dostał się do Orlen Teamu i zaczął ścigać się na światowym poziomie, przyznaje, że to Andrzej zawsze ma rację. Do dzisiaj, pomimo całego zespołu i najnowocześniejszego sprzętu, gdy ma jakiś problem, dzwoni do Taty, a rozwiązanie szybko się znajduje.

Hartowania ciąg dalszy

Wspominając trudny charakter Adama, w trakcie wywiadu dostaliśmy ciekawą odpowiedź. Z racji tego, że od parunastu lat prawie nie schodzi z motocykli, relacje z innymi ludźmi poza szkołą wyrabiał sobie na zawodach i treningach. Tam byli to dla niego rywale, których musiał pokonać. W takich warunkach empatię pielęgnuje się wyjątkowo trudno. Pomimo tego, że Adam jest człowiekiem, na którego zawsze można liczyć, co nieraz udowodnił nawet na trasach rajdów, pomagając przeciwnikom, uchodzi za człowieka – delikatnie mówiąc – niedostępnego i nieustępliwego. Prawda jest taka, że takie cechy są niezbędne do osiągnięcia w motorsporcie sukcesu. Adam nieraz dostał łomot od motocykli i wie, że musi koncentrować się na celu.

Lata treningów, startów w zawodach, koczowania w busie czy na kanapach znajomych przyniosły efekt. Miejsce w Orlen Teamie było dla niego spełnieniem marzeń, ale jednocześnie postawiło przed nim ogromne i ryzykowne wyzwania. Jak sam Adam przyznał, do pierwszego Dakaru nie był gotów. Decyzja o jego starcie zapadła w ostatniej chwili i nie miał szans na odpowiednie przygotowanie. Gdy zachorował na trasie, jego charakter kazał mu jechać dalej i prawie to przypłacił życiem. Zapalenie płuc i choroba wysokościowa ścięły go z nóg gdzieś w odludnych Andach. Gdyby nie pomoc Pawła Stasiaczka, mogło być różnie.

Rok później Adam trenował bardzo intensywnie i był coraz szybszy na swoim KTM 450 Rally. Niestety, okazał się zbyt „szybki” i jeden z ostatnich treningów w Maroku przypłacił dramatycznym upadkiem i otwartym złamaniem kości udowej. Takie nauczki sprawiły, że Tomiczek jako zawodnik dojrzewał w trybie przyspieszonym. Dzięki temu poprzedni Dakar jechał z głową i ostatecznie zajął bardzo dobre, 16. miejsce, zaraz za zespołami fabrycznymi.

Za nim bardzo długi, ale owocny sezon 2019. Startował w rajdach długodystansowych, Baja i enduro. W każdej dyscyplinie na koniec sezonu zameldował się na podium. W najbliższym Dakarze ponownie będzie walczył o miejsce w Top 20. To jego cel, ponieważ pierwsza dwudziestka upchana jest zawodnikami na maszynach fabrycznych, a rywalizacja z nimi jest niebywale trudna.

My trzymamy kciuki i zachęcamy do obserwowania poczynań Adama Tomiczka.

 

KOMENTARZE


REKLAMA

Polecane artykuły
Latające motocykle od dekad przewijają się w filmach Sci-Fi, a…
Zastanawialiście się kiedyś, ile najwięcej może kosztować stara seryjna crossówka?…