Czy to w ogóle możliwe, żeby po sezonie absolutnej dominacji ktoś był jeszcze bardziej głodny sukcesu? Ducati świętuje setne urodziny w retro-barwach, ale duch tej prezentacji był zaskakująco bezwzględny. Bo jubileusz jubileuszem, a MotoGP właśnie wchodzi w jeden z najbardziej nerwowych sezonów ostatnich lat – z Marcem Marquezem na szczycie i Pecco Bagnaią w punkcie zwrotnym kariery.
Setna rocznica Ducati została opakowana w matowy kolor Rosso Centenario z podwójnymi białymi pasami, co ma stanowić elegancki ukłon w stronę korzeni marki z Borgo Panigale. Styl może i jest retro, za to przekaz – bardzo współczesny. Zespół Ducati Lenovo jasno komunikuje, że historia nie służy tu do wzruszeń, tylko do podnoszenia poprzeczki. A setne urodziny zdecydowanie zobowiązują.
Twarzą tego podejścia jest oczywiście Marc Marquez. Sezon 2025 był w jego wykonaniu absolutną demonstracją siły: 11 zwycięstw w niedzielnych wyścigach, 14 wygranych sprintów i tytuł mistrza świata przypieczętowany już we wrześniu. Te wyniki mówią same za siebie. To była dominacja totalna. Już na długo przed końcówką sezonu zaczęło pojawiać się pytanie nie „czy”, tylko „kiedy” Hiszpan przypieczętuje mistrzostwo.
Co istotne, ta dominacja osiągnięta była w stylu zupełnie innym od tego, w którym Marquez niemalże „terroryzował” stawkę dekadę temu. Bo „nowy Marc”, to już nie jest zawodnik jadący permanentnie na limicie, który ryzykuje niemalże w każdym zakręcie. Po koszmarnej kontuzji prawej ręki, miesiącach rehabilitacji i kolejnych operacjach, ten gość doskonale zna granice – swoje i motocykla. I właśnie dlatego potrafił zrobić z trudnego Ducati broń masowego rażenia. Desmosedici z 2025 roku nie było maszyną łatwą ani wybaczającą, co boleśnie odczuli Pecco Bagnaia i Fabio di Giannantonio. Jedynym zawodnikiem, który naprawdę wyczuł ten motocykl, był Marquez, który jechał mądrze i niemalże z chirurgiczną precyzją. I nikt nie potrafił temu zapobiec.
Ten sezon mógłby zakończyć się jak jeszcze piękniejsza hollywoodzka laurka, ale rzeczywistość dopisała jeden rozdział tej historii. Zaraz po przypieczętowaniu tytułu, Marc doznał kontuzji barku po kolizji z Marco Bezzecchim w Indonezji. Bardzo zależało mu na udziale w testach w Walencji, jednak lekarze mówili wprost, że w sumie, to może w nich wystartować, jeśli tylko się nie przewróci. Marquez uznał, że to nie byłaby swobodna jazda, a taka z hamulcem ręcznym zaciągniętym w głowie, więc po prostu odpuścił. Dziś jest już po rehabilitacji i wrócił do jazdy, zaczynając od motocykla drogowego. Bez pośpiechu i bez ryzyka.
Co dla rywali powinno być szczególnie niepokojące – Marc wcale nie jest nasycony. Wręcz przeciwnie. Po sezonie 2025, który wyglądał jak filmowy powrót z wyścigowego piekła, Marc mógłby mówić o spokoju, spełnieniu, zamknięciu pewnego rozdziału. On jednak przyznaje wprost, że miniony rok tylko dodatkowo go nakręcił. „Mam ogromną pasję do jazdy na motocyklu, ale nie tylko do jazdy, ale i do rywalizacji. To najlepsze paliwo, jakie mam w sobie. A taki sezon jak 2025 daje mi jeszcze więcej motywacji” – mówi. Rywale powinni mieć się na baczności, bo przecież nie od dziś wiadomo, że zrelaksowany i zdrowy Marc, to najgroźniejszy Marc z możliwych.
Po drugiej stronie garażu obraz był znacznie mniej klarowny. Pecco Bagnaia sezon 2025 zakończył jako cień zawodnika, który jeszcze niedawno rozdawał karty i zgarnął dwa tytuły mistrzowskie MotoGP z rzędu. Owszem, wygrał wyścig w Austin (gdzie upadł Marc), dołożył kilka sprintowych zwycięstw i podium, ale w skali całego sezonu było to zdecydowanie za mało. Rok zakończony poza czołową trójką w klasyfikacji generalnej mówił wszystko. Sam Pecco przyznawał, że na brązowy medal po prostu bardziej zasłużył Bezzecchi, który świetnie odnalazł się na Aprilii.
Nie bez znaczenia jest też to, jak Bagnaia sam opisywał miniony sezon. Nie było szukania wymówek. „Zostawiam za sobą bardzo trudny rok, ale taki, który nauczył mnie więcej niż jakikolwiek inny. Ważne było to, żeby nie odpuścić, przejść przez wszystko do końca i spróbować zrozumieć, gdzie naprawdę leży problem” – mówił podczas prezentacji Ducati. Dodawał przy tym, że 2026 rok traktuje jak „nową szansę”, a nie kontynuację kryzysu. „Chcę znów czuć, że mogę być w czołówce i po prostu dobrze się ścigać” – podkreślał. To tylko pokazuje, jak daleko Włoch znalazł się od punktu, w którym mówiło się o nim jak o naturalnym liderze Ducati.
W padoku coraz częściej pojawiały się opinie, że Marquez zniszczył Pecco psychicznie. Nie jednym manewrem, nie bezpośrednią walką na torze, tylko spokojem i regularnością. GP25 odebrało Bagnaii jego największe atuty: czucie przodu i hamowanie. Ducati zapowiada na 2026 rok istotne poprawki, zwłaszcza w obszarze systemu obniżania zawieszenia, a sam Pecco twierdzi, że to najlepsze Desmosedici, jakie prowadził od 2022 roku. Tyle że obok niego w garażu siedzi zawodnik, który już udowodnił, że nawet kapryśne Ducati potrafi zamienić w perfekcyjnie naostrzony skalpel.
W tle pojawia się jeszcze jeden wątek – karuzeli transferowej. Sezon 2026 jest rokiem kluczowym, bo wielu zawodnikom kończą się – także Bagnaii i Marquezowi. Marc otwarcie mówi, że Ducati jest jego pierwszą opcją, ale za kulisami regularnie wraca temat ewentualnego powrotu do Hondy – marki, z którą wygrał w MotoGP wszystko i gdzie wciąż ma swoją „starą” ekipę, traktowaną jak rodzinę. Na razie to tylko plotki, ale nie od dziś wiadomo, że w każdej plotce jest ziarenko prawdy. W przypadku Pecco sytuacja jest jeszcze bardziej napięta, bo coraz głośniej mówi się o jego możliwych przenosinach do VR46 Racing Team, a na jego miejsce w fabrycznym Ducati miałby wskoczyć Nicolo Bulega. Główny faworyt do tegorocznego mistrzostwa World Superbike już za sobą pierwsze przymiarki do MotoGP, gdy w listopadowych Grand Prix w Portugalii i Walencji zastępował… kontuzjowanego Marqueza.
Ducati wchodzi w swoje drugie stulecie z mistrzem, który po wszystkim, co przeszedł, mógłby już tylko bronić dorobku, a zamiast tego podkręca tempo, oraz z byłym czempionem, który wciąż wierzy, że to był tylko kryzys, a nie początek równi pochyłej. Nowe barwy wyglądają pięknie, ale ta krwista czerwień Ducati ma też głębsze znaczenie – to kolor presji i oczekiwań, bo MotoGP nie chce tylko wyników. MotoGP zawsze chce spektaklu.