Powrót z azjatyckiej wyprawy w 2024 roku zaowocował decyzją, że celem na kolejny rok będzie Półwysep Indochiński. Jako że uczestnikom ekspedycji bliska jest dewiza – „najlepszy plan, to brak planu”, przed wyjazdem wiedzieliśmy tylko, że zaczynamy od Wietnamu.
Na skróty:
Każdy z nas chciałby dojechać tam swoim motocyklem i zacząć przygodę zgodnie z filozofią, że nawet najdalsza podróż zaczyna się od pierwszego kilometra. Jednak z braku czasu, postanowiliśmy rozpocząć wyprawę na lotnisku, a pierwszy kilometr przejechać dopiero w Wietnamie. Nasze przedwyjazdowe przygotowania ograniczyły się więc do wyrobienia wietnamskich wiz i zakupu biletów lotniczych na trasie Warszawa-Hanoi (z licznymi przesiadkami).
Pomimo wyboru transportu lotniczego nie zrezygnowaliśmy z koncepcji przemieszczania się własnymi motocyklami. Sposób w jaki to zrobić oparliśmy na azjatyckim podejściu do świata. Kupiliśmy zatem wietnamskie motocykle (jeżeli można tak nazwać nasze zakupy) i bez szukania problemów, bez zmian właściciela w dowodzie rejestracyjnym, bez ubezpieczania i bez stresu, ruszyliśmy w drogę.
Nasza grupa liczyła pięć osób i tyle motocykli udało nam się nabyć. Nie było to proste, ale liczy się efekt. Cztery „półautomaty” o pojemności 110 cm³ i jeden „manual” 130 cm³ o podobnych mocach, zawrotnych 8 KM, zaparkowaliśmy przed hotelem w stolicy Wietnamu. Następnego dnia pierwsze, nieporadne próby zapakowania się na nowe nabytki i ruszamy.
Szukasz inspiracji? Sprawdź inne trasy zagraniczne!

Północny Wietnam zachwyca górskimi pejzażami, szkoda że często zakrytymi przez chmury.

Tu wszystko da się zjeść. Tym razem trafiliśmy na larwy o smaku… larw.

Należy zachować czujność, bo pociąg nie zwalnia jadąc przez uliczkę pełną knajpek. Mija je na centymetry.
Deszczysto-błotnie
Najpierw kierunek północny. Cel, Sa Pa (Sapa), górskie miasteczko usytuowane na wysokości 1600 m n.p.m. To cudowne i malownicze tereny, które powinny zrobić wrażenie na każdym podróżniku. Nawet tym, który widział już wiele. Powinny, ale to nie znaczy, że zrobiły. Niestety dla motocyklisty w podróży, równie ważna jak sprawny motocykl jest pogoda. My nie mieliśmy szczęścia. Było jak z katarem. Dla jednych deszcz trwał tydzień, dla pozostałych 7 dni. Góry zasłonięte chmurami, śliskie drogi, off-road pełen błota po pachy nie nastrajały pozytywnie. Okolice nie przestawały być bajkowe, ale radość z ich oglądania znacznie malała.
Mimo tych niedogodności, mając na uwadze bliskość Chin, ruszyliśmy na północ, w kierunku granicznego miasteczka Lao Cai. Niestety nie udało nam się dowiedzieć, czy będziemy w Chinach mile widziani, ponieważ służby graniczne skutecznie zniechęciły nas do zadawania pytań. Jako że plan wizyty w Państwie Środka urodził się w ciągu pół godziny i nikt nie zdążył się do niego przyzwyczaić, odpuściliśmy pomysł ułańskiego ataku na Chiny i ustawiliśmy celownik na Ha Giang. Tak nazywa się zarówno miasto, jak i region w północnym Wietnamie.
Nas interesowała jednak trzecia opcja użycia tej nazwy. Nosi ją również pętla biegnąca przez typowe dla tych okolic pola ryżowe, góry porośnięte niemal w całości bujną roślinnością lasów deszczowych i podobno bardzo „motocyklowe” serpentyny. Podobno, ponieważ pogoda uparła się, żeby wybić nam z głowy wizytę w Ha Giang, więc po kolejnych przemyśleniach i analizach prognoz meteo zapadła decyzja: pętlę i północ Wietnamu zostawiamy na przyszłość, a kierujemy się na wschód.
Dystans do przejechania nie wydaje się zbyt duży. Było to raptem 700 km. Jednak skróty przez wietnamskie góry, szutrowo-błotne drogi, drobne kontuzje, ale także kolejne atrakcje, których nie da się ominąć bez poczucia straty sprawiły, że Morze Południowochińskie zobaczyliśmy dopiero po pięciu dniach. W międzyczasie obejrzeliśmy udostępnioną dla turystów jaskinię o polsko brzmiącej nazwie Hua Ma, załataliśmy 3 dętki i zmieniliśmy zniszczoną oponę.
Znaleźliśmy też czas na świętowanie urodzin naszego towarzysza podróży Łukasza. Zmęczeni i uśmiechnięci dotarliśmy nad zatokę Ha Long. To pierwszy na naszej trasie obiekt wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Jest to zespół ok. 1900 wysp i wysepek w cieszącej oko konfiguracji. Zatokę tę można zwiedzać z pokładu statku, dzięki czemu motocykle miały dzień odpoczynku, my natomiast dzień pełen nie motocyklowych, ale równie fascynujących wrażeń. Rejs trwał kilka godzin, w ciągu których dobiliśmy do kilku wysepek, dzięki czemu mieliśmy przyjemność popływać łódką wiosłową, zwiedzić groty i jaskinie oraz wspiąć się na szczyt jednego ze wzniesień.

Połowy owoców morza to popularne zajęcie. Małe szare kropki na lazurowej wodzie, to setki rybackich łodzi.

Widok z Golden Brige jest równie facynujący, jak droga do niego wiodąca. Warto poświęcić cały dzień, aby tu dotrzeć.

Zwiedzanie Ha Long Bay to nie czas na medytacje – mrowie statków i ludzi, a jednak widok zapadający w pamięć.

Wietnamskie świątynie mają charakterystyczne kształty. Tę zbudowano na wzgórzu Ha Long.
W kierunku wybrzeża
Było miło, było intensywnie, ale w podróży każdy dzień jest na wagę złota. Wietnam na nas czeka, ale wiemy, że nie będzie czekał wiecznie. Ruszamy na południe. Kolejny cel – największe miasto kraju, znajduje się około 1800 km od nas. Teleporty jeszcze nie działają, więc przed nami kilka dni jazdy.
Wybór trasy padł na wybrzeże. Czy był to dobry wybór? Dowiemy się kiedy przy następnej wizycie spróbujemy przemieszczać się drogą równoległa wiodącą przez góry. Zaletą tej opcji były wizyty na plażach, po których można jeździć motocyklami. Było sporo zabawy i warto było nagrać filmy z jazdy „ośmio konnym potworem” w uślizgach.
Niestety podróżowanie na wysokościach oscylujących w okolicach 0 m n.p.m. wiąże się z męczącymi temperaturami. Każda przyjemność okupiona jest jakimiś kosztami. Ta kosztowała nas ilości potu mierzone w litrach. Dodatkowymi atrakcjami były odwiedzone po drodze historyczne i widokowe obiekty Wietnamu. Najpierw była nocna wycieczka łódką i uderzanie w święty dzwon w mieście Ninh Binh.
Kolejny dzień zaowocował wizytą w podziemnych tunelach będących ponurą pozostałością po Drugiej Wojnie Indochińskiej. Następny przystanek to Hue. Cytadela Cesarzy w Hue pochodzi z początku XIX w. i stanowi drugi na trasie obiekt UNESCO. Dalej duże miasto Da Nang, tętniące nocnym życiem. Dla nas stanowiło dobry punkt, pozwalający w krótkim czasie dotrzeć do kolejnej wietnamskiej perełki turystycznej, na którą warto było poświęcić cały dzień.
Ba Na Hills, to przede wszystkim słynny Golden Bridge, most wykorzystujący motyw podtrzymujących go dłoni, ale sposób dotarcia do niego jest równie zapierający dech w piersiach. W ciągu dnia można zwiedzić okoliczne góry korzystając z wielu tras kolejek górskich o łącznej długości ponad czterech kilometrów i wysokości, które robią wrażenie na siedzących w gondolkach pasażerach.
Wszyscy wiemy, że życie to jeden wielki zbieg okoliczności, dlatego zaskakujące sytuacje nie powinny stanowić zaskoczenia, nawet jeżeli prawdopodobieństwo ich wystąpienia jest bliskie zera. Kontakt przez komunikator ze starymi znajomymi i wymiana lokalizacji uświadamia nam, że nasze motocykle są zaparkowane około 1 km od siebie.
Czy można się przypadkowo spotkać tysiące kilometrów od domu bez wstępnego umawiania? Okazało się, że można i to bez większych problemów. Czy to przypadek, karma, kosmici, czy jeszcze inna ingerencja pozostawiam do indywidualnej oceny. Dla nas ważne było, że udało nam się spędzić miły wieczór w rozszerzonym gronie na tarasie domku z widokiem na morze. Szkoda, że nie udało nam się spędzić więcej czasu razem, ale przypadek nie wyznaczył nam jednakowych kierunków i tych samych punktów postoju, choć w ciągu dnia spotkaliśmy się jeszcze dwa razy.

Takie pojazdy radzą sobie zaskakująco dzielnie w zatłoczonej Azji i zawsze dowiozą na miejsce.

Uroki Wietnamu, to nie tylko pejzaże i zabytki. Ten kraj pełen jest również miłych, uśmiechniętych i pozytywnie nastawionych ludzi.

Brama do świątyni Ba Mu w Hoi An, ze względu na niepowtarzalną architekturę, została wpisana na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO.
Ale Sajgon!
Po 20 dniach dotarliśmy do Ho Chi Minh, czyli Sajgonu. Polski synonim tego miasta oznaczający chaos, nie wziął się znikąd. W Sajgonie rzeczywiście jest „sajgon”, zarówno w ruchu miejskim, jak i w turystyce pieszej. Nie odbiera mu to jednak uroku. Trzeba się tylko pozytywnie nastawić i już można czerpać żywą energię, którą tętni to miejsce.
Jednak podróż, to nie życie wielkich metropolii. Naładowani energią i zmęczeni zgiełkiem uciekamy w stronę ciszy i spokoju. Kolejny cel Moc Bai. Jest to jedno z wielu przejść granicznych pomiędzy Wietnamem i Kambodżą, ale jedyne przez które można przekroczyć granicę posiadając e-visę. Ostatnie kilometry wietnamskiej przygody rozpoczynamy wcześnie rano. Azjatycka granica, to zazwyczaj loteria. Przekroczenie może potrwać kilka minut, lub kilka godzin. Nas zaskoczyła wymyślona przez celników w ostatniej chwili dodatkowa deklaracja wypełniana online, która zatrzymała nas na dobre 3-4 godziny.
W ciągu trzech tygodni przejechaliśmy około 3000 km. Nie jest to rezultat imponujący w europejskich warunkach, ale biorąc pod uwagę nasze prawie-motocykle, postoje na zwiedzanie, pogodę pierwszych dni podróży oraz wietnamskie warunki drogowe, my uznajemy go za satysfakcjonujący.
Nie możemy tego samego powiedzieć jednak o zwiedzeniu Wietnamu. Do pełni szczęścia w tym względzie potrzeba wiele więcej czasu i wielu kilometrów pozwalających zajrzeć w tutejsze zakamarki. Poznaliśmy wielu wspaniałych ludzi, a Wietnamczycy pokazują się od jak najlepszej strony. Pozostała świadomość, że wielu jeszcze nie poznaliśmy. Z tych powodów Wietnam pozostawia niedosyt i chęć powrotu w przyszłości. Miejmy nadzieję, że najbliższej.
Zdjęcia: autor
Tekst po raz pierwszy ukazał się w drukowanym wydaniu magazynu „Świat Motocykli” [05/2025]