fbpx

– Pawełku, przyjacielu, otworzyłeś już browara na biwaku? Bo sprawa jest… paliwa potrzebuję…
– Mówisz, że w motocyklu z 26 litrowym bakiem, którym wjeżdżasz głęboko w Saharę, i z niej wracasz, zabrakło ci paliwa w jednym z najlepiej rozwiniętych krajów świata, gdzie stacja jest na każdym rogu?
– Na tym, gdzie stoję to akurat jej nie ma.
– Będę za pół godziny. Już miałem puszkę w ręku.

Wszyscy trochę rywalizujemy w wyprawach motocyklowych. Z innymi albo z samym sobą. Najdalej, najdłużej, najtrudniej, najbardziej. To świetne uczucie – pokonywać własne ograniczenia, które są częściej w głowie niż gdziekolwiek indziej. Z czasem dostrzegasz, że przygoda wcale nie musi być daleko, żeby się doskonale bawić. Może to nostalgia a może mądrość i poszerzona skala porównawcza, które przychodzą wraz z upływającym czasem. Wtedy zaczynasz doceniać to, co masz pod samym nosem. Nasz kraj wiosną jest oszałamiająco piękny – soczyste odcienie zieleni, ogłuszający świergot ptaków nad ranem i gładka jak lód tafla wody w jeziorze, nad którym biwakujesz. Nie musisz wozić zapasu wody czy jedzenia, nie musisz skrupulatnie liczyć zasięgu motocykla, a gdy potrzebujesz części zamiennych – po prostu kupujesz je z dostawą do paczkomatu na trasie i montujesz na obozowisku kolejnego dnia. Czujesz się bezpiecznie i wiesz, że jak coś pójdzie nie tak, to ratownicy pojawią się w kwadrans nawet w głębi lasu. To częściowo tłumaczy, dlaczego spalanie w moim motocyklu było wyraźnie wyższe a paliwa zabrakło na trasie… 3 razy.

Błogosławieństwo Netu

Jak w tak beztroskiej rzeczywistości wyznaczyć sobie jakiś cel, by po kilku dniach wciąż mieć siłę do jazdy? Zorganizować off-roadowy rajd dookoła kraju z odcinkami po 300 km, by w 9 dni zrobić niemal pełne koło? Bo króliczka gonić trzeba, a nadanie wyjazdowi konkretnego celu daje motywację do pokonywania zmęczenia. A ono niechybnie pojawi się już po kilku dniach. Koło, tak z grubsza, zatoczymy dookoła Jury Krakowsko Częstochowskiej – a więc pojawiła się szumna nazwa projektu – Jurassic Detour.

W Internecie, przy obecnych narzędziach, można wynaleźć nieutwardzone drogi gminne lub drogi leśne udostępnione do ruchu publicznego. Pomiędzy zielonymi połaciami nie brakuje dróg polnych a wszystko skleja się w odcinki o bardzo wysokim stężeniu offa. 280-320 km dziennie wydaje się wykonalne, o ile nie walczysz z jakimś bagnem lub zapomnianą drogą, która istnieje już tylko na mapie.

Zwołanie ekipy na wyjazd w Internecie nie zajęło długo. Każdy z uczestników otrzymuje ślad gpx, którym się porusza – w ten sposób naturalnie, z kilkunastoosobowej grupy, wydzielają się małe zespoły o podobnym tempie jazdy. Mijamy się na trasie, widujemy na kawie czy posiłku za dnia. Spotykamy na biwakach (koniecznie nad wodą) pod wieczór, najlepiej zupełnie dzikich. Kolacja na ogniu, toaleta w lesie, higiena w jeziorze lub rzece.

Najważniejsze, żeby zostawić miasta w tle. Okolice Zamościa zachwycają żółtą barwą rzepaku

Wyprawy „Adventure” to najdroższy sposób życia w stylu bezdomnym.

Brzmi jak żart? Trudno powiedzieć… Wisiała poniżej oficjalnego znaku drogowego.

Poza asfaltową wstęgą

Maj nie rozpieszcza pogodą, temperatury są sporo niższe od spodziewanych. W ostatniej chwili z sakwy wyrzucam letni śpiwór, w jego miejsce trafia cieplejszy. Na pierwszy biwak w Świętokrzyskiem dojeżdżam z dziurawą dętką. Załata się jutro, zwłaszcza że nad ranem przechodzi pogodowy front i zmoczy nam trasę. Zacznijmy z niskiego C.

Ponidzie obkleja nasze motocykle błotem o wyjątkowej konsystencji. Do tego kałuże wydają się nie mieć dna. Szczęśliwie po przekroczeniu Wisły gleby robią się piaszczyste, a woda na drodze znika. Niespodziewanie trafiam na ślady harvestera zakończone bagnem, w które udaje mi się koncertowo wkleić. Jadę chwilowo sam, zasięgu w telefonie… brak. Trzeba działać. Sakwy zdjęte, motocykl na bok, wyszarpuję tylne koło z cuchnącej mazi, oganiając się od much. Po kwadransie, motocykl wydobyty, trzeba więc szukać objazdu. Pół godziny później silnik gaśnie ni stąd ni zowąd, na szczęście na skraju wsi. Dziwne – z szybkich obliczeń wynika, że powinienem mieć jeszcze 3l paliwa! Chyba za dobrze się bawię. Szczęśliwie ktoś w garażu ma kanister benzyny. To nie jest dobrze przetarty TET, rozpoznanie trasy „prowadzimy bojem” więc niespodzianek nie brakuje. Zgodnie z przewidywaniami niektóre drogi przejmowane są przez naturę, a ich istnienie robi się dyskusyjne. Szkoda energii i czasu na walkę, agenda wyjazdu zakłada omijanie kłopotów by zdążyć przed zmrokiem, i tak jest się zmęczonym pod wieczór.

CIPI CIPI CIAPA CIAPA DUBI DUBI DABA DABA!! zapętlony refren chilijskiej piosenkarki dziecięcej ustawiony na melodię budzika o szóstej rano stawia wszystkich na nogi. Obudzony tą melodią będziesz słyszeć w głowie ją cały dzień. Biwak nad Tanwią ma tak relaksującą atmosferę, że wyjeżdżamy koło godziny 9:00, tematów do rozmów nie brakuje, bo znamy się jeszcze pobieżnie. Szybkie szutry przez sosnowe bory to czysta przyjemność. Niestety wjeżdżamy w obszar, gdzie ostatni tydzień był wyjątkowo deszczowy, a lessowe gleby nasiąkają wodą jak gąbka, zamieniając się w śliską maź. Tempo spada, spadają też ludzie z motocykli. Robi się powoli i męcząco, wciąż nie osiągnęliśmy nawet połowy z zaplanowanego na dzisiaj dystansu, a południe dawno minęło. Czołówka korowodu raportuje że do Zamościa przyczepność jest iluzoryczna.

Znów kapeć z tyłu?! Tym razem dokonuję dokładnej inspekcji opony. Odkrywam, że wysłużona po wyjeździe do Maroka guma zaczęła pękać na oplocie od środka, przyszczypując dętkę. Zakładam nową, zwiększam ciśnienie do asfaltowego i rzucam apel na grupę fejsbukową, bo kolejny kapeć jest kwestią czasu. Doganiam resztę w stolicy Zamojszczyzny, dalej ma być już bardziej sucho. Droga wije się łagodnie między polami pełnymi zbóż i kwitnącego rzepaku. Niepostrzeżenie wjeżdżamy w Polesie i po sekcji szutrówek przecinających park narodowy teren robi się torfowy – chcąc unikać asfaltu, jedziemy po ażurowych płytach z betonu porośniętego trawą. Podstępne podłoże – kończy się złamaną klamką w jednym motocyklu. Biwak rozkładamy w brzozowym gaju nad jeziorem z wodą koloru słabej kawy – w trakcie kąpieli przypomina się scena z bagnem pełnym umarlaków we Władcy Pierścieni.

Sosnowe bory oznaczają piaski – ulga od błota i kolein.

Ten most ewidentnie był używany ale czasem lepiej sprawdzić jego stan pieszo.

Poświęcenie dla tego zdjęcia skończyło się srogą glebą trzy sekundy później. Bez strat, poza ego.

W ekipie mamy 3 dziewczyny. Już po wyjeździe dowiaduję się, że damskie istnienie w zdominowanym przez facetów sporcie spotyka się z seksizmem czy wręcz szowinizmem. Jeszcze wczesną wiosną udaje mi się jednak przekonać Agnieszkę, że wyjazd będzie inkluzywny – niedługo później dołącza jeszcze Asia i Marcelina. Dziewczyny jadą jednym teamem, a ich tempo jest chwilami trudne do utrzymania. To dowodzi, że „baby na motury” to właściwy konstrukt społeczny a podziały często są w głowie. Jednak wklejona w błotnisty rów honda Asi wymaga pomocy. Na pomoc przybywa Dawid o sile Goliata, a wieczorne opowieści rysują obraz tytana podnoszącego trzysetkę jedną ręką, a próbujące mu pomagać damy zostają odrzucone siłą motocykla wyrwanego z błota. Coś jak z kreskówki z marynarzem Papajem i jedzeniem szpinaku.

Na północy Ściany Wschodniej

Polesie szybko przechodzi w Podlasie. Drogi robią się szutrowo–piachowe, a domki w mijanych wsiach małe i drewniane-jak z bajki. Do tego często otoczone malwami, a w głębi gospodarstwa można zobaczyć studnię z żurawiem. W większych miejscowościach dominują wieże wysokich cerkwii. Charakterystyczny akcent języka doprawiony dużą życzliwością jego użytkowników. Po drodze zakładam nową oponę, otrzymaną w prezencie. Siła Internetu. Nocleg wypada nam nad Narwią w sąsiedztwie podmokłej łąki. Spodziewamy się komarów, jednak wpadają jedynie na kilka minut i odpuszczają temat. Wciąż jest za zimno.

BŁEBŁEBŁEBŁEBŁEBŁE! W ekipie mamy motocykl portugalskiej marki AJP, który zapewne też czuje to, co wykonawcy muzyki fado… BŁEBŁEBŁEBŁEBŁEBŁE! Khhhhh… Tęsknota do odległego domu rodzinnego, kraju wina i oliwek odbiera mu chęć do życia. Zorientowany w elektryce Marek stawia po kwadransie diagnozę. Przekaźnik rozrusznika. Swoimi sposobami problem udaje się „zategować” a chłopaki ruszają do Białegostoku najkrótszą drogą kupić przekaźnik z… kosiarki.

Dzisiaj Marcela jedzie ze mną! – wykonawczym tonem Dawid zarządza rozpad trzyosobowego damskiego zespołu. Rodzącą się sympatia nabiera kolorów. W trakcie przerwy, zagryzając kawę sękaczem, dowiadujemy się, że motylki w brzuchu nie pozwoliły zakręcić korka oleju po dolewce. Dawid szuka więc tokarza w okolicy, licząc na dorobienie nowego, stary oddalił się w kierunku bliżej nieznanym. Tymczasowo rolę korka spełnia patyk wetknięty we wlew.

Dzień dobry, porucznik Jan Kowalski, musimy skontrolować państwa dokumenty. Chyba wasi koledzy jechali już tędy!
– Tak, i za nami też jeszcze jest kilka.
– Widzieliście może jakieś wany na niepodlaskich rejestracjach w ciągu ostatnich godzin?

Nieodłączną częścią wyprawy były biwaki. W tym przypadku nawet po trzeciej kawie, widok się nie nudził.

Przekaźnik rozrusznika w sąsiedztwie filtra paliwa w AJP budził słuszne wątpliwości.

Raj dla fotografa-motocyklisty. Niskie światło, soczyste kolory i fotogeniczny kurz to recepta na epicki kadr.

Nasza trasa przechodzi Puszczą Augustowską, tuż przy samej granicy białoruskiej. Przepiękne sosnowe lasy są areną dramatycznych wydarzeń a rząd rzuca w te okolice zarówno straż graniczną, jak i WOT oraz regularne wojsko, z pojazdami, które budzą respekt już samym swoim wyglądem. Dowiadujemy się, że ostatniej nocy „było grubo”, a wzdłuż drogi co mniej więcej 100 metrów można dostrzec człowieka w mundurze. O ile się poruszy.

Suwalszczyzna, zalana niskim popołudniowym słońcem, zachwyca wszystkich. Rozkoszne pagórki są porośnięte falującym zbożem, inne pełne melancholijnych krów, kolory od soczyście zielonego po złoty. Między nimi niewielkie stawy, każdy z bocianem na posterunku. Szutrów nie trzeba szukać, w tej okolicy asfalt wciąż nie jest konieczny ludziom. Ma się wrażenie, że byłby wręcz niestosowny. Biwak znów rozbijamy na piasku nad jeziorem w lesie – plaża to efekt opadającego lustra wody przez postępującą suszę w kraju.

W krainie tysiąca jezior

Dalej Mazury! Ikona wakacji pada naszym łupem bardzo szybko. Mikołajki są senne i puste, bo sezon jeszcze się nie zaczął. Niestety również prom przez jezioro Bełdany jest nieczynny, to już drugi na naszej trasie działający tylko w sezonie turystycznym. Obserwujemy zupełnie inna architekturę – przeważnie poniemieckie domy zbudowane są najczęściej z materiału, który był pod ręką – głazów przywleczonych niegdyś przez lądolód ze Skandynawii. Biwak koło Ostródy w sosnowym zagajniku, na gminnym terenie, jedyny „zorganizowany” z zadaszeniami ratuje wieczór, bo nadchodzi ulewa. Druga nadciąga rano i… uziemia jeden motocykl. Długie poszukiwania przyczyny awarii nie dają rezultatu, konieczna jest niestety laweta do domu, bo właściciel i tak miał wracać właśnie tego poranka.

Przejazd przez mocno rolnicze pojezierze Iławskie rozczarowuje, bo ostatnie polne drogi znikają pod świeżutkim asfaltem. Sytuacja zmienia się za Grudziądzem – ogromne połacie lasów, porastające pofalowany krajobraz ciągną się kilometrami. Niby Kaszuby, ale czujemy się jak w Skandynawii. Szutrowa „stówka” znika pod kołami w półtorej godziny. Przy ognisku, na deser, jemy kaszëbskô malëna – lokalne, bardzo aromatyczne truskawki.

Pogodny poranek daje pewną nadzieję, ale prognozy meteorologiczne na resztę dnia są złe. Niedługo po wyruszeniu wjeżdżamy w obszar, gdzie pada jakby deszcz. O ile się jedzie. Zatrzymujesz się wyjąć przeciwdeszczówkę i stwierdzasz…. że chyba nie warto się zaparzać, bo ledwie siąpi. Ruszasz – pada. Stajesz – jednak nie pada. Dziwaczne zjawisko mżawki tak drobnej, że odczuwalnej w zasadzie tylko podczas ruchu. Po dwóch godzinach linia opadów zostaje za nami. W międzyczasie Longin „ciąga się po lesie z leśnikiem”. Dosłownie. Rozładowany przez włączone na postoju światła akumulator uniemożliwia start. Szczęśliwie pod ręką jest leśniczówka, a właściciel okazuje się też motocyklistą. Pociągnięta Dusterem Tenera odpala bezproblemowo.

Opuszczona piaskownia – tego nie można po prostu minąć.

Most nad Czarną Hańczą, istnym kajakarskim graalem.

Za zimno żeby pełnym piecem iść przez strumień.

Znów zmiana architektury – cegła staje się dominująca, można też zauważyć mur pruski. Widok z biwaku między drzewami jest surrealistyczny. Tafla jeziora jest idealnie gładka, wiernie odbija to, co powyżej. Ostatnie dwa dni dają już się odczuć w morale ekipy. Narastające zmęczenie ułatwia popełnienie błędu, drogi ukryte w trawie i pełne zaokrąglonych kamieni wielkości pięści tylko czyhają na chwile nieuwagi. Kapeć pod wieczór opóźnia dojazd na biwak, pojawiam się więc nad rzeką Bóbr już o zmroku. Śpimy tuż obok ogromnego poligonu i to słychać – armaty walą pełnym ogniem, chwilowo tylko – do komarów. Pomysł na poranną dyskretną wizytę na wojskowych piachach trzeba odpuścić. Armia ćwiczy na całego.

Niedziela! Dzień wyborów prezydenckich to dla nas ostatni dzień rajdu. Zawczasu, na mObywatelu, zaznaczam pobyt w pobliskiej wsi, zaraz za biwakiem. Niezbyt już świeży ani czysty, w skrzypiących butach stawiam się w komisji. Ta jednak, bez śladu konsternacji, odnajduje moje nazwisko w spisie. Obowiązek spełniony. Po chwili dogania mnie Marcela, Dawid i Bartek. Ten ostatni, bo opony solidnie wyłysiały, a wilgoć z porannego deszczu prowadzi do dziwnego zachowania elektroniki w portugalczyku. Również Husqvarna Marceli nie chce odpalić po postoju pod komisją – spray do konektorów działa jednak jak RedBull na dziesięciolatka. Do kompletu akumulator w GasGasie Dawida rozładował się przez włączone na postoju światła. Mikrokomórka polskiej demokracji jest więc świadkiem wielu dramatów i tylu samych sukcesów. Wszystkie perypetie zabierają nam cenny czas, więc ruszamy niezwłocznie po śliskich gruntówkach.

Dolny, Śląsk raczy nas polami pełnymi maków i chabrów. Kończący się wyjazd ale i wiele zrujnowanych poniemieckich budynków buduje poczucie pewnego smutku po tym, co minione. Poranne awarie skradły sporo czasu, dlatego rajd zamykamy w Rawiczu. Dalej, każdy w swoim kierunku wali asfaltem do domu, by dotrzeć przed zmrokiem.

Wyjazd zajął nam 9 dni, 2600 km trasy i sumarycznie, kilkanaście kapci. Warto było!

Zdjęcia: autor

 

Tekst po raz pierwszy ukazał się w drukowanym wydaniu magazynu „Świat Motocykli” [04/2025]

KOMENTARZE