Kilka miesięcy temu na łamach naszego miesięcznika prezentowaliśmy absolutnie ekstrawagancką wyprawę trzech młodych ludzi – Dawid, Patryk i Miłosz na zupełnie do tego nieprzystosowanych dwóch motocyklach, wyruszyli z północnego na południowy kraniec Afryki. Wytrawni podróżnicy zapewne załamują ręce, że „tak nie można”, ale bohaterowie tej opowieści tego nie wiedzieli – po prostu wsiedli na maszyny i pojechali…
Na skróty:
Panowie z różnymi przygodami dotarli aż do Gambii, gdzie ze względu na nadchodzącą porę deszczową musieli czasowo przerwać wyprawę. Jednak już wtedy odgrażali się, że jak tylko warunki pogodowe się poprawią, wrócą i pojadą dalej. To nie były tylko czcze przechwałki – jak powiedzieli, tak zrobili.
Przeczytaj pierwszą część artykułu: Gambia. Afryka na spontanie – kliknij tutaj.
Koniec pory deszczowej
Wróciliśmy po pięciomiesięcznej przerwie do Gambii. Po wyjściu z samolotu przywitało nas gorące afrykańskie powietrze, przy którym europejskie skwary to mały pikuś. Na szczęście zastaliśmy nasze motocykle tam, gdzie je zostawiliśmy, tyle tylko, że w zaśniedziałym i okropnie brudnym stanie. W międzyczasie nastała tam pora deszczowa, a w związku z tym panowała ekstremalnie wysoka wilgotność powietrza. Taka sytuacja nie wpłynęła dobrze na stan naszych maszyn.
Aby w ogóle ruszyć w dalszą trasę, zrobiliśmy szybki przegląd motocykli polegający na wymianie olejów, czyszczeniu filtrów powietrza, ładowaniu akumulatorów, pompowaniu kół i tym podobnym czynnościach. Niestety dłuższy postój w takich warunkach pogodowych nie wyszedł maszynom na dobre. Hayabusa nie chciała odpalić, okazało się, że posłuszeństwa odmówiła pompa paliwa.
Nie mogliśmy znaleźć oryginalnej części zamiennej i trzeba było sobie jakoś radzić. Najpierw kupiliśmy jakąś samochodową pompkę chińskiej produkcji, którą udało nam się jakoś zainstalować w fabrycznym module pompy paliwa (co wcale nie było łatwym zadaniem), ale wytwarzała ona zbyt duże ciśnienie i motocykl działał kiepsko. Przy drugim podejściu z nieco słabszą pompką zastosowaliśmy patentowy bajpas w celu lepszego przepływu oraz dodatkowy filtra paliwa, żeby brudy ze zbiornika nie dostawały się do wtrysków, i jakoś poszło. Ten prowizoryczny patent działał do końca naszego wyjazdu. Po paru dniach spędzonych w Gambii wyruszyliśmy w kierunku Senegalu. Tam na szczęście udało mi się znaleźć jakiś w miarę markowy olej silnikowy, który postanowiłem wymienić. Pomocne chłopaki z lokalnego przydrożnego „serwisu” wymienili olej w mojej Deerzecie na chodniku. W tym czasie załatwiliśmy w konsulacie bezproblemowo potrzebne nam wizy do Gwinei Bissau. To też była dla nas dobra nauczka –przed startem do wyprawy wystąpiliśmy o wizy przez internet i trwało to tak długo, że pojawiły się już po naszym wyruszeniu w trasę. Teraz już wiemy – wizy do kolejnych państw, do których mamy zamiar wjechać, będziemy zawsze załatwiali na miejscu, a nie przez internet.
Oddział gwinejskich wojsk pomógł nam wygrzebać motocykle z błota.
Łódki robiące za promy standardowo są dziurawe, czego doświadczyliśmy na własnej skórze. Niekiedy się też przewracają, ale tego udało nam się uniknąć.
A mostu brak!
Od Gwinei Bissau zaczęły się trudniejsze warunki na drodze, z licznymi dziurami, które były niekiedy wypełnione wodą i trudno było określić na oko ich głębokość. Na wszelki wypadek lepiej było je omijać. Przejazd przez granicę między Gwineą Bissau a Gwineą okazał się mordęgą, ponieważ musieliśmy przejechać przez kładkę na rzece, a brakowało jej sporego fragmentu. Od razu mieliśmy podejrzenia, że została ona rozebrana przez mieszkańców specjalnie na czas naszego przejazdu, o czym mieliśmy okazję przekonać się już za kilka chwil.
Próbowałem przejechać przez bród tuż obok, ale w rezultacie ugrzązłem w wodzie głębokiej ponad kolana dosłownie tuż przed samym brzegiem. Mieszkańcy pobliskiej wioski nie chcieli nam pomóc za darmo. Żądali za tę przysługę aż 50 euro od motocykla, więc zaczęły się poważne negocjacje. Po długich targach udało nam się zbić cenę do 40 euro i podrabianego złotego łańcuszka za przetransportowanie obu motocykli. Wyboru jednak nie było, bo zdawaliśmy sobie sprawę, że jak oni nam nie pomogą, to pozostaniemy w tej wodzie na wieki. Dopiero po dobiciu targu lokalesi wyciągnęli moją podtopioną DRZ z wody, a kilku z nich biegło potem przede mną, wskazując dalszą drogę. Natomiast Hayabusę musieli pchać całkiem spory dystans przez błotnistą drogę w kilka osób. Widać było, że manewr z rozebraną kładką jest ich stałym sposobem zarobku na takich podróżnikach jak my.
Wreszcie dotarliśmy do punktu granicznego w Gwinei, gdzie strażnik nie chciał nas przepuścić i nie mogliśmy się z nim nijak dogadać bez znajomości francuskiego. Ale jak zwykle okazało się, że pieniądze działają w tych okolicach znacznie lepiej niż najlepsze przepustki. Szlaban bez problemu otwiera się za 15 euro. Pogranicznik, jak każdy, musi przecież z czegoś żyć.
Wszystkie drogi są do siebie podobne, sam już nie wiem, gdzie robiliśmy tę fotę.
Szybki pit-stop i wymiana oleju w przydrożnym warsztacie.
Międzynarodowa droga między Gwineą a Gwineą-Bissau.
W cieknącej łódce
Po przekroczeniu granicy droga wiodła przez prawdziwą dżunglę, aż dopadł nas zmrok. Jazda była bardzo utrudniona, widoczność ograniczona, a my naprawdę nieludzko umęczeni. W końcu udało nam się dotrzeć do jakiejś wioski, gdzie zostaliśmy przyjęci gościnnie, dostaliśmy jeść i pić. Staliśmy się nawet lokalną sensacją w wiosce i sporo ciekawskich przychodziło pogapić się na nas i nasze maszyny. Wyglądało na to, że po raz pierwszy w życiu widzieli białych ludzi na motocyklach. Późną nocą do snu ułożyliśmy się na gołej ziemi, co przy afrykańskich temperaturach nie było nawet takie nieprzyjemne. Natomiast pozostałe warunki były mocno niekomfortowe, ponieważ stale było słychać jakieś niepokojące odgłosy – owady latały, bez przerwy kręcili się obok nas jacyś ludzie i zwierzęta, trzeba więc było zachować sporą czujność. Snu nie było więc niemal wcale.
Niewyspani w dalszą trasę ruszyliśmy o poranku i wkrótce dojechaliśmy do całkiem sporej rzeki. Tym razem mostu nie było, więc czekało nas coś w rodzaju przeprawy promowej. Na brzegu do dyspozycji była jedynie niewielka łódka, która najlepsze lata miała już dawno za sobą i wyglądała, jakby miała zaraz zatonąć. Po zapakowaniu motocykla zaczęła ewidentnie nabierać wody, którą podczas przeprawy cały czas trzeba było wylewać. Ale to chyba tam była normalna procedura, bo wszyscy tubylcy też przeprawiali się w taki sposób i nie robiło to na nikim większego wrażenia. Przy okazji usłyszałem historyjkę, że kiedyś na tej rzece wielka ryba (albo inny stwór wodny) uderzyła w łódkę pełną ludzi z taką siłą, że ją wywróciła. Nas na szczęście taka przygoda ominęła i po kolei dotarliśmy wszyscy na drugi brzeg.
Tu droga była już tak fatalna, że w pewnym momencie ugrzęźliśmy w błotnistym terenie. Nie wiadomo, jak by się to dla nas skończyło, ale na szczęście dosyć przypadkowo przejeżdżał tamtędy oddział wojska, który pomógł wyciągnąć maszyny. Chwilę później pogubiliśmy się w terenie i długo błądziliśmy, szukając właściwej trasy. Tu z pomocą przyszli nam jacyś przypadkowo napotkani motorowerzyści.
Pani ładnie zapozowała do zdjęcia, chcąc się ze mną zabrać w dalszą drogę.
W pewnym momencie Hayabusa zagotowała się i zaczęła odmawiać posłuszeństwa. Jednak takich warunków drogowych i klimatycznych chyba nie przewidzieli jej projektanci.
Było tak gorąco, że w pewnym momencie Hayabusa zagotowała się i zaczęła odmawiać posłuszeństwa. Jednak takich warunków drogowych i klimatycznych chyba nie przewidzieli jej projektanci. Stwierdziliśmy więc, że lepiej będzie ją na pace jakiej ciężarówki czy pick-upa przetransportować przez ten trudny teren, ale przez kolejne dwa dni nie spotkaliśmy żadnego auta. Wyboru nie było, ale w końcu jakoś załatwiliśmy transport, zatrzymując busa, który przewoził ludzi oraz kozy w bagażniku. Żeby zmieścić w nim Hayabusę, trzeba było wtaszczyć kozy na dach i wymontować tylny rząd siedzeń. W Europie pewnie taki numer by nie przeszedł, ale w głębokiej Afryce trzeba sobie jakoś radzić i wszystko można.
W tym momencie musieliśmy się rozdzielić. Ja jechałem za innymi przygodnymi motocyklistami do miejscowości Boke, by znaleźć jakiś hotel, a Miłosz i Patryk nie mieli ze mną kontaktu, bo nie zdążyliśmy kupić nowych kart SIM do naszych telefonów. W sumie przez dwa dni byliśmy odcięci od łączności komórkowej. To był chyba jedyny taki moment, że nie mogliśmy skontaktować się ze światem. Przy okazji – Afryka to nie Unia Europejska, w każdym kraju trzeba kupować nową kartę SIM do telefonu. Na szczęście Boke jest zdecydowanie mniejsze od Paryża czy Warszawy (co nie znaczy, że całkiem małe), więc po jakimś czasie nieco szczęśliwie trafiliśmy na siebie.
W Sierra Leone na lotnisku staliśmy się sensacyjną atrakcją dla lokalnej młodzieży, która bardzo chętnie pstrykała sobie z nami fotki.
Podczas wspólnego posiłku czuliśmy się z lokalesami jak bracia.
Po ugryzieniu pająka musieliśmy przerwać wyprawę i szybko wrócić do Polski. Tym razem motocykle zostawiliśmy w Sierra Leone. Na szczęście choroba okazała się niegroźna
Tu we w miarę cywilizowanych warunkach zrobiliśmy kolejny przegląd motocykli oraz zafundowaliśmy sobie solidny odpoczynek, bo nie da się ukryć, że dżungla nas wykończyła i fizycznie, i psychicznie. Wilgotność powietrza była tak duża, że gdy korzystając z wolnego czasu uprałem sobie jakieś ciuchy w temperaturze 37˚C, to następnego dnia były ciągle mokre.
Dalej już było zdecydowanie łatwiej i jakby z górki. Gdy wjeżdżaliśmy do Sierra Leone, okazało się, że ludzie są mili, otwarci i pozytywnie nastawieni do takich jak my turystów, drogi bardzo dobre, a widoki jeszcze piękniejsze niż w poprzednich krajach.
Cholerny pająk
Na drogach pałętało się sporo jaszczurek, węży i innych gadów, co miało dla nas dalsze konsekwencje. Pewnego dnia podczas odpoczynku ugryzł mnie jakiś obrzydliwy pająk i poczułem się naprawdę okropnie. To był chyba jakiś znak opatrzności, bo poczułem się na tyle marnie, że musieliśmy przerwać wyprawę i szybko wrócić do Polski. Tym razem motocykle zostawiliśmy u księży Salezjanów w sierocińcu Don Bosco w Sierra Leone.
Po przylocie do kraju udałem się do lekarza ogólnego, gdzie dostałem skierowanie do Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego w Poznaniu na oddział chorób tropikalnych i pasożytniczych. Tam specjaliści przeprowadzili wiele badań pod kątem malarii, boreliozy i innych pasożytów. Pobrano mi krew do badań, zrobiono RTG klatki piersiowej, USG brzucha. Wyniki okazały się być na tyle dobre, że choroba nie zagrażała poważnie mojemu zdrowiu. Nie ma jednak tego złego, co by nie wyszło na dobre. Leżąc jakiś czas na tym specyficznym oddziale, poznałem wielu bardzo ciekawych podróżników, którzy mieli podobne problemy co ja. W szpitalu spędziłem sześć dni i muszę przyznać, że był to w sumie miło spędzony czas. Nowe znajomości, ciekawe opowieści, fajni ludzie.
Przejazd przez kładkę. Rzeka robi tu i za łaźnię, i za pralnię.
No i okazało się, że Hayabusa też poradzi sobie na takich drogach.
Z tego etapu podróży wróciliśmy zmęczeni, lecz pełni niezapomnianych wrażeń i nowych doświadczeń. Przebyliśmy malownicze krainy, poznawaliśmy lokalne kultury i mieliśmy okazję do bliskiego kontaktu z naprawdę dziką przyrodą, zupełnie inną niż w Europe. Teraz wszyscy z niecierpliwością oczekujemy trzeciego etapu, który mamy nadzieję okaże się jeszcze bardziej ekscytujący. Na afrykański szlak wrócimy ponownie pewnie już w marcu, aby (mam nadzieję) tym razem dotrzeć do Beninu. Jeżeli tu dostaniemy wizy do Nigerii, to ruszymy dalej do Kamerunu. Chociaż kto wie, czy się to uda, bo Czarny Ląd to kontynent absolutnie nieprzewidywalny i być może los sprawi, że będziemy zmuszeni (oby nie) zatrzymać się na dłużej po drodze. Tak czy owak wiem, że nasz cel – wizyta w Kapsztadzie w okolicach 28 lipca tego roku, czyli moich 30. urodzin – zostanie osiągnięty…
Losy chłopaków można śledzić na profilu na Facebooku: Afrykańskie Wyzwanie
O dalszych przygodach Dawida, Patryka i Miłosza przeczytacie w najnowszym numerze Świata Motocykli [01/2025]. Co jeszcze znajdziecie w pierwszym wydaniu z 2025 roku? Sprawdźcie tutaj!
Tekst po raz pierwszy ukazał się w drukowanym wydaniu magazynu „Świat Motocykli” [02/2024]