fbpx
uFuph5scACA

W końcu znalazłem sposób, żeby Andrzej pokochał enduro! W sumie to on go znalazł, ale najważniejsze, że w końcu się udało!

Do tej pory mieliśmy kilka podejść do wspólnego jeżdżenia w terenie lekkimi motocyklami i przeważnie wychodziło różnie. Najlepiej udało się chyba upalanie motorowerów od Junaka, późną jesienią nad Wisłą w okolicach Warszawy. Topienie motorków w podmokłych terenach i przedzieranie się przez śnieżne zaspy sprawiło, że banany nie znikały z naszych twarzy przez cały dzień. Jednak ataki na prawdziwe enduro, zazwyczaj podczas prasowych testów, kończyły się podobnie jak ostatni wspólny wyjazd na festiwal GasGas United Tour, na Słowację. Czyli na początku było super, ale kiedy fizyczny aspekt enduro zaczynał wychodzić na pierwszy plan – nogi traciły siły, a tyłek coraz częściej lądował na kanapie – na twarzy Andrzeja zaczynało pojawiać się zobojętnienie i padało dobitne: „nie podoba mi się”.

Dlatego tym bardziej zdziwiłem się, kiedy to on wyszedł z inicjatywą, żebyśmy wystartowali na Enduro Vintage Trophy w Piekoszowie – czterodniowych Mistrzostwach Świata motocykli wyprodukowanych przed 1991 rokiem. Olek Motocykle zaryzykował i dał zielone światło na pożyczenie nam maszyn z prywatnej kolekcji. Andrzej wybrał dla mnie KTM GS 125 z 1981 roku, co okazało się strzałem w dziesiątkę. Motocykl miał bębnowe hamulce, ale na szczęście również na tyle mało mocy, że nie był w stanie mocno się napędzać. Chociaż w trasie zdarzało się zagotować przedni bęben, to w połączeniu z hamowaniem silnikiem udawało się dosyć skutecznie zwalniać.

Nowe doświadczenia – inna technika jazdy

Pierwszy raz jechałem też małym dwusuwem bez zaworu wydechowego i membrany w silniku, który w miarę odczuwalną moc generował tylko na pełnych obrotach. Wymagało to dostosowania się do nowego dla mnie stylu jazdy i nieustannej zmiany biegów. Dojeżdżając do zakrętu, musiałem zbić dwa biegi, nawinąć pełen gaz na wciśniętym sprzęgle i strzelić z klamki, jeszcze zanim zacząłem składać motocykl. Dopiero wtedy efektywnie mogłem próbować trafić w wybraną linię przejazdu. Mimo że tylne amortyzatory były zmienione na tuningowe, to jazda po dziurach przypominała rodeo i pozwoliła docenić nowoczesne zawieszenia nawet w pitbike’ach. To mi jednak zupełnie nie przeszkadzało. Trzeba było po prostu dużo stać, żeby amortyzować wyboje nogami i próbować zawczasu wypatrywać zagrożeń, które co jakiś czas powodowały kopnięcia skutkujące łapaniem kanapy łydkami.

Dzięki imponującej wadze na poziomie 103 kg zatankowany do pełna KTM prowadził się z taką gracją, że każdy ze wszystkich 310 kilometrów przejechanych w Piekoszowie był frajdą w najczystszej postaci.

W Piekoszowie nie tylko przygotowano próby, ale również zbudowano tor motocrossowy i wybetonowano maszynę startową specjalnie na te zawody!

Ściganie się starymi motocyklami to sprawdzian również umiejętności mechanicznych zawodnika.

Jaki motocykl Andrzej wybrał dla siebie? Żaden! Kiedy zaczęły się zbliżać zawody i trzeba było wziąć się za ogarnianie licencji FIM, robienie testów antydopingowych i załatwianie pozwoleń, Andrzej zastosował angielskie wyjście i ostatecznie wypisał się nawet z funkcji „krasnala” pomagającego na trasie. Na szczęście tą funkcję przejęła moja dziewczyna Bella, która nie tylko ostatecznie namówiła mnie do startu, rezygnując ze swoich zawodów i przekonując, że miesiąc na zupkach chińskich też można jakoś przeżyć.

Jak więc było możliwe, że Andrzej pokochał enduro? Może właśnie dlatego, że nie musiał się męczyć, a mógł obserwować z boku moją walkę z motocyklem, trasą i czasem. Zdecydowanie był najszczęśliwszym i najgłośniejszym kibicem. Fakt, że ktoś zauważył i równie mocno jak ja przeżywał małe momenty, które nawet udało się uwiecznić na nagraniach, sprawił że duma mnie rozpierała.

KTM GS 125 z 1981 roku dzięki 103 kilogramom wagi prowadził się w zakrętach jak marzenie!

Na starcie EVT pełno było niezwykłych motocykli: cztero- i dwusuwowych, a nawet jeden z silnikiem Wankla!

Czas i metryka decydowały o końcowej klasyfikacji. Do czasu na mecie dodawano współczynnik wieku motocykla i zawodnika.

Enduro Vintage Trophy były jednymi z najprzyjemniejszych zawodów, w jakich kiedykolwiek wystartowałem. Mimo że były to pierwsze w moim życiu zawody rangi Mistrzostw Świata, wspominam je jako niezwykłą przygodę. Już sama możliwość zobaczenia ponad 200 maszyn z lat 60., 70. i 80., które pisały historię tego sportu, była niesamowitym doświadczeniem. Do tego słuchanie opowieści z pierwszej ręki od zawodników, którzy dosiadali tych motocykli w latach ich świetności, dodawało klimatu.

Mimo że byłem najmłodszym zawodnikiem na starcie, to przez większość starszych kolegów zostałem serdecznie przyjęty i mogłem liczyć na wskazówki czy rady, nawet od obcych mi rywali, a amerykański zespół zaoferował nawet możliwość korzystania z ich zaplecza na punkcie assistance.

Byli tacy, którzy twierdzili, że są to zawody dedykowane tylko dla weteranów, ale zawodnicy raczej cieszyli się, że miłość do starych motocykli może być przekazywana kolejnym pokoleniom. W końcu sama kara doliczana za wiek moim zdaniem całkiem sprawiedliwie wyrównuje szanse, nawet promując starszych uczestników. Należy się im ogromny szacunek i podziw za ściganie się w wieku 60 czy nawet 70 lat!

Wchodzę w ten temat!

Podczas czterech dni spędzonych w Piekoszowie każda chwila była magiczna. Szczególnie podczas ciekawych testów, gdzie próbowałem urwać sekundy i poznać możliwości motocykla, czy na wymagających i niezwykle długich dojazdówkach, pełnych błota, kurzu, podjazdów, a nawet przepraw przez rzekę, czy przeprowadzania motocykli w tunelu. Klimat dopełniali pozdrawiający nas mieszkańcy podczas przejazdów przez okoliczne wioski.

 

Podczas finałowego motocrossu, wszyscy zawodnicy poszli na całość dając niezwykłe widowisko. Veteran Trophy wygrał zespół Niemiec przed Francją i Polską.

Polska na podium w Vintage Trophy!

Muszę przyznać, że odnalazłem się doskonale na tych zawodach i zaryzykuję nawet stwierdzenie, że imprezy Vintage mogą być (przynajmniej dla mnie) ciekawszą opcją niż wyścigi na współczesnych motocyklach. Przede wszystkim dlatego, że jest wolniej, przez co ciężej zrobić sobie krzywdę, luźniej – przez zróżnicowanie poziomu i wieku zarówno zawodników, jak i motocykli. Momentami można poczuć się, jakbyśmy przenieśli się do czasów, kiedy liczył się tylko zawodnik, maszyna i sprawdzenie granic własnych możliwości.

Co prawda pierwsze trzy dni rywalizacji w terenie okazały się dla mnie zbyt łatwe, bo motocykl spisywał się bez zarzutów. Przed zawodami spędziłem z Adasiem Tomiczkiem długi dzień na wskrzeszaniu motocykla z dwuletniej drzemki, ale na trasie nie zmieniłem nawet świecy… Dopiero finałowy motocross pokonał mojego KTM-a, kiedy po słabym starcie przebiłem się na czwartą pozycję na drugim okrążeniu i nagle maszyna straciła kompresję. Motocykl dopchałem co prawda do mety, ale medal za ukończenie odebrałem zza kierownicy!

Szkoda jedynie, że długo przyjdzie nam czekać na powrót Enduro Vintage Trophy do Polski… O ile w ogóle ktoś jeszcze podejmie się tego, co zrobił KTM Novi Kielce. Czapki z głów – to była świetna impreza!

Za każdym spełnionym zawodnikiem stoją głośni kibice. Andrzej i Kazik byli najszczęśliwsi ze wszystkich!

Zdjęcia: Łukasz Świderek, Soloenduro.it, Bella Rosborg

Tekst po raz pierwszy ukazał się w drukowanym wydaniu magazynu „Świat Motocykli” [05/2025]
KOMENTARZE