Jeśli myślicie, że w świecie wielkiej, sportowej rywalizacji nie ma miejsca na wzajemne wspieranie się i życzliwość, pozwólcie, że przedstawimy Wam niezwykłą historię trzech dziewczyn.

Przypadek sprawił, że dokładnie taka sama kontuzja zniweczyła ich sportowe plany na jeden sezon. Zamiast szaleńczo gonić za zwycięstwem, dziewczyny postanowiły się zjednoczyć…


REKLAMA
Advertisement

Kosztowny, mały błąd

Rok 2012, włoskie Arco di Trento. Podium jednej z rund mistrzostw świata w motocrossie. Joanna Miller, jedyna Polka w międzynarodowej stawce, z dumą ściska puchar za zajęcie trzeciego miejsca. To największe jak do tej pory osiągnięcie polskiego zawodnika w tej dziedzinie. „Kiedy dojechałam do mety i organizatorzy powiedzieli, że zajęłam trzecie miejsce, popłakałam się ze szczęścia” – wspomina dziś Asia.

Zawodniczki z numerem 19 nie trzeba w świecie off-roadu nikomu przedstawiać. Trzykrotne mistrzostwo Polski w klasie kobiet, liczne udane starty w klasie MX2, wreszcie świetne, 5. miejsce w mistrzostwach Europy w 2017 roku – to wszystko złożyło się na jej niezachwianą pozycję w motocyklowym kręgu.

Jednak droga do sukcesu tej młodej zawodniczki nie była usłana różami. Historia Asi to zwycięstwa przeplatane kontuzjami, gdzie główną rolę grają jej niezłomny charakter i determinacja. Okazuje się również, że w hermetycznym, nastawionym na wygraną środowisku zawodniczek jest wciąż miejsce na wzajemne wsparcie i serdeczność. Ale zacznijmy od zimy 2018…

Stres to za mało żeby ją powalić na ziemię! 

„Rok 2018 rozpoczął się dla mnie bardzo obiecująco. Dzięki ogromnemu wsparciu przez Orlen Akademię spędziłam całą zimę w Hiszpanii, trenując pod okiem Justina Morrisa. Wszystko po to, aby być w jak najlepszej formie na pierwszą rundę mistrzostw świata” – wspomina Asia. Udane treningi dawały nadzieję na dobry wynik. Wszystko szło zgodnie z planem. W pierwszy weekend kwietnia Joanna stawiła się w dobrze sobie znanym Arco di Trento.

Jak to zawsze bywa na pierwszych zawodach w sezonie, stres dawał o sobie znać. Konkurencja była ogromna, ale wiedziałam, że stać mnie na dobry wynik. Nadeszła sobota i pierwsze treningi. W kwalifikacjach wykręciłam 16. czas, mając zaledwie 1,5 sekundy do pierwszej dziesiątki” – mówi zawodniczka.

Zwyczajowo pierwszy wyścig kobiet odbywa się w sobotę, a drugi w niedzielę. W pierwszym starcie Miller jechała według założeń, na bardzo dobrej, 12. pozycji. Niestety, ostatnie okrążenie przyniosło niemiłą niespodziankę. „Popełniłam mały błąd, który kosztował mnie bardzo dużo. Upadając, zerwałam więzadło krzyżowe przednie (ACL) w kolanie”.

Od razu wiedziała, co się stało – to samo więzadło zerwała już dwa razy w drugiej nodze. Po powrocie do kampera miała jednak jeszcze nadzieję na start drugiego dnia. Niestety, noc przyniosła odpowiedź: kolano puchło, ból nasilał się. Zapadła trudna decyzja: czas wracać do domu. Sezon 2018 dla Joanny skończył się, zanim na dobre się zaczął.

Nie ona jedna

Okazało się jednak, że nie tylko Asię na włoskim torze spotkał pech. Podczas pierwszego wyścigu dwie koleżanki ze stawki spotkał dokładnie ten sam los, co polską zawodniczkę – zerwane więzadło w kolanie, w dodatku to samo, co u Asi i w tym samym kolanie. Wydaje się to nieprawdopodobne, a jednak: Nicky van Wordragen (Holandia) upadła na pierwszym okrążeniu, Sandra Karlsson (Szwecja) miała wypadek w środku rozgrywki.

Nicky van Wordragen

„Po zawodach każda z nas wróciła do siebie, ale cały czas byłyśmy w kontakcie. Operacje miałyśmy dosłownie tydzień po tygodniu i tradycją stało się, że każdego dnia wymieniałyśmy informacje na temat kolana, samopoczucia i postępów. Być może zabrzmi to samolubnie, ale dzięki temu, że nie byłam jako jedyna kontuzjowana, było mi zdecydowanie łatwiej. Wiedziałam, że nie tylko mnie świat zawalił się na głowę. Musiałam być cały czas nastawiona pozytywnie do rehabilitacji, bo wiedziałam, że po raz kolejny czeka mnie długa przerwa od motocykla.”

Dziewczyny wspierały się wzajemnie. Zrodziła się też swego rodzaju konkurencja w dochodzeniu do siebie po kontuzji. „Miałyśmy swój własny >>wyścig z kontuzją<<. Goniłyśmy jedna drugą: która pierwsza po operacji wsiądzie na rower, która pierwsza zrobi przysiad i tak każdego dnia. Dla mnie było to ogromne wsparcie i naprawdę wiele im obu zawdzięczam” – wspomina dziś Joanna.

Zmarnowany wysiłek

Pierwsza na motocykl wsiadła Nicky, potem przyszedł czas na Sandrę. Asia czekała do szóstego miesiąca na swój pierwszy, wymarzony trening. Po tak długiej przerwie ponowna jazda na motocyklu jest jak długo wyczekiwany, głęboki oddech.

Asia wsiadła, odpaliła maszynę… Po paru kółkach marzenia o kolejnym sezonie zostały znów brutalnie przerwane. Niby nic – upadek, jakich wiele. Ale więzadło nie wytrzymało obciążenia. „Pech chciał, że właśnie na pierwszym treningu zerwałam naprawione wcześniej więzadło. Oznaczało to, że całe 6 miesięcy ciężkiej rehabilitacji poszło na marne. Czekała mnie kolejna operacja.”

Mroczny czas

Dla polskiej zawodniczki rozpoczął się trudny, mroczny okres. „Pierwszy raz byłam tak załamana, że nawet zrezygnowałam z dalszej jazdy na motocyklu i postanowiłam zakończyć karierę”. Na oficjalnym profilu pojawiło się oświadczenie: Joanna Miller zawiesza dalszą jazdę na motocyklu. Lecz i tym razem zawodniczka mogła liczyć na koleżanki z toru. „Nicky i Sandra miały więcej szczęścia, jednak pozostały dla mnie wsparciem, również podczas kolejnej operacji, za co naprawdę bardzo im dziękuję” – podkreśla.

Mocny charakter wziął w końcu górę i po tygodniu Joanna postanowiła dać sobie jeszcze jedną szansę. Sponsorzy nie zrezygnowali ze współpracy. „Czułam, że dostałam nowe skrzydła i poddałam się operacji tak szybko, jak było to możliwe.”

Zdrowie przede wszystkim!

Aśka jest aktualnie cztery miesiące po ostatniej rekonstrukcji więzadła. Na motocykl planuje wsiąść dopiero w maju. Nic na siłę, chce być dobrze przygotowana. Tym razem do rekonwalescencji podchodzi „na spokojnie”. „Chcę być przygotowana na 120%. Jeżeli wszystko pójdzie zgodnie z planem, to wystartuję w Mistrzostwach Polski Motocross Kobiet 2019.”

Po raz pierwszy to krajowe zawody są dla Miller priorytetem. Do tej pory skupiała się na mistrzostwach świata. Miniony rok pokazał, że zdrowie i spokojna głowa to najlepsze, co może dla siebie zrobić. Ogromną w tym rolę odegrała również bezinteresowna pomoc dziewczyn. Bez tej „życzliwej dłoni” z pewnością powrót byłby trudniejszy.


Sandra Karlsson – jej historia

7 kwietnia 2018 na starcie rundy, otwierającej mistrzostwa świata, czułam lekki stres – jak zwykle. W pierwszym wyścigu zaliczyłam kiepski start i w pierwszym zakręcie wylądowałam jako trzydziesta szósta. Musiałam szybko nadrobić stracone pozycje. Kiedy podczas czwartego okrążenia jechałam po siedemnaste miejsce, popełniłam błąd. Pamiętam silny ból w kolanie, sekundy, które dłużyły się jak minuty. Po wizycie w centrum medycznym lekarze stwierdzili, że mogę startować następnego dnia. Ja jednak wiedziałam, że coś jest nie tak: nie mogłam ustać na nodze. Tego dnia podjęłam bardzo trudną decyzję o powrocie do domu. Wiedziałam, że dla mnie sezon się skończył.

W domu musiałam sobie jakoś poradzić, przede wszystkim ze swoją głową. Najważniejsze było ustawienie celu – powrotu do pełnej sprawności. Pracowałam nad wizualizacją: pierwsze miesiące były dla mnie wyjątkowo trudne. Bardzo dużo dał mi codzienny kontakt z dziewczynami: Joanną i Nicky. Relacjonowałyśmy sobie swój progres, czułam, że nie jestem sama. Była to dla mnie ogromna motywacja.

2019 rok to mój powrót do ścigania. W planach mam starty w mistrzostwach Europy i kilku rundach mistrzostw świata. Myślę jednak, że skupię się głównie na mistrzostwach Szwecji. Chcę po prostu jeździć na motocyklu i mieć z tego jak najwięcej frajdy. Rok 2018 dał mi dużo dobrego – wzmocniłam swoją psychikę, jasno ustawiłam cele, wiem dokładnie, czego chcę. Nie mogę się już doczekać kolejnego sezonu.

Nicky van Wordragen

Po kontuzji łokcia w 2017 roku bardzo ciężko pracowałam, by wrócić na tor. Po rekonwalescencji testy i treningi wypadły bardzo dobrze. Byłam nareszcie gotowa do ścigania.

Od 2017 roku startujemy z metalowych „mat”, za którymi nie przepadam. Tego dnia we Włoszech start nie poszedł mi najlepiej, więc musiałam nadrabiać. Nagle wjechałyśmy w siebie z Kiarą Fontanesi i wylądowałam, uderzając o jej tyle koło. Upadłam pod dziwnym kątem, wszystko stało się tak szybko…

Na początku uznałam, że to jedynie uraz mięśniowy i postanowiłam kontynuować wyścig. Jednak ból podczas sekcji niewielkich skoków był tak duży, że krzyczałam podczas jazdy. Poza tym miałam wrażenie, że kolano i noga są jakby „oddzielnymi częściami”, pracowały osobno. Zjechałam z toru.

W jedności siła

Drugiego dnia, po konsultacji z lekarzem, próbowałam jeszcze wystartować, ale podczas kwalifikacji przewróciłam się przy niewielkiej prędkości i już się nie podniosłam. Dla sportowca takie momenty to prawdziwy koszmar. Pracujesz na coś niewyobrażalnie ciężko, wkładasz cały swój wysiłek i inwestujesz pieniądze, a jeden niefortunny moment przesądza o całym sezonie. Do dziś trudno mi to wyrazić słowami.

Po powrocie do domu kontakt z dziewczynami okazał się dla mnie zbawienny. Choć na początku trochę wkurzało mnie, gdy np Joanna mogła już wchodzić po schodach, a ja jeszcze nie… Ale z kolei dzięki temu miałam również większą motywację. Jako pierwsza z naszej trójki wsiadłam z powrotem na motocykl. Później dołączyła do mnie Sandra, a na koniec Joanna. I wtedy ten upadek… Było mi ogromnie przykro, że to przydarzyło się Asi. Każda z nas wierzy, że nie przytrafi się to akurat jej, a kiedy to się dzieje… Znów wspieramy się nawzajem.

KOMENTARZE

REKLAMA

Polecane artykuły
To nieprawdopodobne, że Marc Marquez nawet przeziębiony nie tylko jest…
Chyba żaden z wyprodukowanych motocykl w powojennej Polsce nie stał…