Cały świat zachodzi w głowę o co chodzi Harleyowi z nowymi modelami, w szczególności Pan Americą. Turystyczne enduro z Millwaukee? Przecież to bluźnierstwo, dlaczego ktoś się na to zgodził? A odpowiedź na to pytanie jest przecież banalnie prosta.

Prestiż i legenda jaką wypracował sobie Harley-Davidson jest dla marki jednocześnie błogosławieństwem, jak i przekleństwem. Co prawda ma rzesze wiernych klientów, a czasem nawet wyznawców, ale jest też druga strona medalu. Są wyczuleni na potencjalną profanacje i zamknęli markę w pułapce jedynego słusznego kanonu.


REKLAMA

Żywym przykładem na to jest V-Rod. Power Cruiser z silnikiem chłodzonym cieczą opracowanym we współpracy z Porsche kompletnie się nie sprzedawał, choć Japońska konkurencja radziła sobie nieźle w tym segmencie. Uznano wtedy, że to zdrada tradycyjnych kanonów konstrukcyjnych i prawdziwy Harley musi być chłodzony powietrzem. H-D z podciętymi skrzydłami stąpał znacznie ostrożniej i delikatnie próbował wprowadzać nowości do swoich motocykli. Chyba się jednak tym znudził, bo w tym roku do sprzedaży trafił elektryczny LiveWire, a pod koniec kolejnego mają dołączyć Bronx i Pan American.

Bandyta z Bronxu

Rok temu Harley przy okazji zapowiedzi nowości, pokazał też dwa projekty z nowym silnikiem Revolution Max – nadal widlastym, ale chłodzonym cieczą. Pierwszy z nich nosił nazwę roboczą Streetfighter, która w tym roku została zmieniona na Bronx. Skojarzenie tych nazw wydaje się oczywiste i trafione w punkt 🙂 Jak nietrudno się domyślić jest to naked i można się spodziewać, że będzie następcą XR1200 uważanego za najlepiej prowadzącego się Harleya. Producent zapewnia bowiem, że poświęcił sporo czasu na dobre zgranie zgranie podwozia z silnikiem i zapewnienie niskiej wagi. Patrząc na gabaryty silnika i całości motocykla, nie spodziewamy się, że będzie to lekki sportowiec konkurujący chociażby z Kataną czy CB1000R. Szczerze powiedziawszy trudno nam na chwilę obecną znaleźć potencjalną konkurencję. Chyba jedynie Ducati Scrambler 1100, choć to i tak nieco naciągana teoria.

Harley przede wszystkim ma być mocniejszy. W zapowiedziach, silnik o pojemności 975 ccm dysponuje mocą 115 KM i 95 Nm. Jeśli chodzi o charakterystykę, to można spodziewać się mocnego dołu, ale na wysokich obrotach ma łapać drugi oddech. Jeśli chodzi o klasyczną cechę Harasów, czyli potężne wibracje, to może być ich mniej. Silnik Revolution Max ma wałek wyrównoważający, więc raczej nie będzie tak dygotał jak jednostki Millwaukee Eight. Hamulce, tak jak w reszcie motocykli marki, będą stworzone przez Brembo na specjalne zamówienie. Chodzi przede wszystkim o stylistykę. Nie wiadomo jednak zbyt wiele o reszcie wyposażenia. W egzemplarzu zaprezentowanym na Eicmie, widać regulowane teleskopy USD i amortyzator centralny Showa. W oczy rzuca się też spora ilość przycisków przy lewej manetce, więc Harley pewnie nie poskąpi systemów elektronicznych, które postanowił wprowadzać do swoich motocykli. Na szczęście zamiast tabletu, postawiono na niewielki, okrągły wyświetlacz. Oczywiście wszystko może ulec zmianie, bo Harley sobie zastrzega takie prawo. Zapewne dotyczy to jednak tylko detali, ewentualnie amortyzatorów. Główna koncepcja, mamy nadzieję, nie ulegnie zmianie. Motocykl wygląda przecież dobrze i nawet jeśli nie trafi do konserwatywnej klienteli, to pewnie przyciągnie do salonów H-D osoby, które wcześniej przechodziły obojętnie obok tych miejsc. Choć producent trochę zaskakuje tym modelem, to jest to raczej pozytywne zaskoczenie i bezpieczny sposób na zerwanie z siebie konserwatywnych łatek. Bardziej obawiamy się o przyjęcie innego motocykla z silnikiem Revolution Max…

Prosto w twarz

Pokazanie konceptu Pan America w Mediolanie w zeszłym roku, był dla wielu ciosem prosto w twarz. Ten model przeczy wszelkim kanonom Harleya. Jest turystycznym enduro, chłodzonym cieczą, prawdopodobnie z pakietem elektroniki, no i ten przód… jak widać nawet Hulk Hogan może być dla kogoś muzą! Kończąc już te „olabogi”, zajmijmy się tym, czego można się spodziewać po Pan Americe. Przede wszystkim mocy! Serio, Harley pochwalił się mocą, chyba po raz trzeci w swojej historii. Zresztą, ma czym. Revolution Max, w tym przypadku będzie miał 1250 ccm co ponoć zaowocuje ponad 145 KM i 122 Nm. Do Multistrady czy S1000XR mu brakuje, ale np. Tiger 1200 wydaje się odpowiednim, potencjalnym konkurentem.

Zwłaszcza, że Pan America ma być dzielna i na asfalcie i w terenie – przynajmniej producent próbuje nas o tym przekonać. Zaprezentowany egzemplarz stoi na bezdętkowych felgach szprychowych obutych w terenowe opony. W wersji produkcyjnej oczywiście należy się raczej spodziewać gum uniwersalnych. W końcu ma to być motocykl wszechstronny. Może to zapewnić pół-aktywne zawieszenie Showa, które można zaobserwować w modelu przedprodukcyjnym. Można narzekać, że to zbędna elektronika itd., ale prawda jest taka, że działa znakomicie i wcale nie sypie się po dwóch sezonach. Na zawiasie, elektronika się nie kończy. Prawdopodobnie Pan America dostanie pełen pakiet ostatnich nowinek Harleya, czyli cornering abs, kontrolę trakcji, kontrolę momentu obrotowego i zmienne tryby jazdy. Nie ma się co oszukiwać, chcąc rywalizować w segmencie suvów klasy wyższej, bez tego się nie obędzie.

Pozostaje czekać

Harley zapowiada, że oba modele wejdą do sprzedaży jesienią 2020 roku, ale zastrzega sobie prawo do zmiany terminu i niektórych elementów motocykla. Jesteśmy bardzo ciekawi jak rynek przyjmie te motocykle.

Nie boimy się aż tak o Bronxa, ale Pan America to posunięcie bardzo ekstrawaganckie i bijemy brawo Harleyowi za odwagę. Kto wie, być może ta stylistyka po jakimś czasie się przyjmie, a Harley zostanie poważnym graczem na rynku ADV? Szczerze życzymy i czekamy z niecierpliwością

 

KOMENTARZE


REKLAMA