To była najdziwniejsza prezentacja nowych modeli, w jakiej brałem udział. Pomimo tego, że o poszczególnych motocyklach zebrałem szczątkowe informacje, mogę śmiało stwierdzić, że było to najbardziej pouczające wydarzenie ostatniego półrocza. Niby wiem, po co jeździ się na motocyklach, ale potrzebowałem wyraźnego przypomnienia.

Zazwyczaj piszemy testy, unikając subiektywnych osądów i wrażeń. To Wam, czytelnikom, zostawiamy do oceny motocykle, przedstawiając ich silne i słabe strony. Teraz będzie równocześnie podobnie, ale i inaczej, ponieważ pozwolę sobie na odrobinę osobistego „wstrzyku”.


REKLAMA

Wystarczyły trzy dni, żeby zjednoczyć grupę ludzi, którzy wcześniej byli sobie całkowicie obcy personalnie i kulturowo. Rozdałem równie dużo zaprosz

Chodźmy pojeździć

Jak zauważyliście, ŚM przeszedł solidne zmiany. Były one okupione ogromnym wysiłkiem całego zespołu. Zadanie dla mnie samego było o tyle trudne, że praktycznie połowę każdego miesiąca spędzałem w podróży, testując kolejne nowości. Praca – bajka, jednak po połowie roku życia na najwyższych obrotach organizm po prostu zaczyna odmawiać posłuszeństwa. Domyślam się, że każdy, kto czyta ten tekst, ma za sobą lub przed sobą podobne doświadczenia bez względu na to, jaki zawód wykonuje. Kiedy już myślałem, że sytuacja się unormuje, dostałem zaproszenie od marki Harley-Davidson, które totalnie rozmontowało mój grafik. Pięć dni poza biurem, z czego trzy dni jazdy na motocyklach, które ani nie leżą bezpośrednio w moim kręgu zainteresowań, ani nie pasując do mojego stylu jazdy. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że ten pozornie bezsensowny wyjazd okaże się dla mnie zbawienny.

Oficjalne prezentacje zawsze zaczynają się od nudnej pogadanki na temat siły marki i cudowności jej konstrukcji. Tym razem było nieco inaczej. Najpierw uświadomiono nam, że H-D wchodzi w branżę modową i rozwija asortyment odzieży nie tylko motocyklowej, ale i codziennej. Gdy już nasłuchaliśmy się, że w tym roku obchodzimy 90-lecie pierwszej, motocyklowej kurtki skórzanej, czekaliśmy na wykład o zmianach i atutach odświeżonych modeli. I co? Ano nico.

H-D Street Glide, Iron 1200, Forty Eight, Flat Trac Dlaczego jeździmy na motocyklach?

Szef PR, Nik Ellwood, powiedział, że nie zaprosił nas, żeby przynudzać, tylko chce, żebyśmy pojeździli na ich motocyklach. Jak to? Zero podprogowego programowania, w trakcie którego zazwyczaj myślę o zabawie z mopsem? Harley-Davidson po prostu dał nam czystą kartkę do oceny swoich motocykli. Mało tego, pierwszy dzień jazdy miał się odbyć na turystycznych modelach z roku 2017, a były nimi H-D Street Glide i H-D Road Glide z silnikami 107 cali sześciennych (czyli nie tymi najmocniejszymi). Najważniejsza wskazówka, którą dostaliśmy, była taka, że nie musimy się przejmować parowaniem telefonów z systemem Bluetooth, bo w gniazdo USB zostały wpięte pendrive’y z listą paruset kawałków muzycznych. Część oficjalna zakończyła się hasłem „Have fun!” i tyle.

Mózg w trybie eco

Rano stanęliśmy przed wyborem motocykla. Ponieważ moja pamięć z niezrozumiałych dla mnie powodów nie jest w stanie zarejestrować nazw modeli H-D, powiedziałem, że chcę jechać tym bardziej klasycznym, z jedną okrągłą lampą. Jeśli łapać klimat amerykańskich motocykli, to po całości…

Teraz już będę pamiętał, że nazywa się on Street Glide. Po jednym dniu zorientowałem się, że wolę go od bardziej futurystycznego Roada. Dlaczego? Bo zarówno głośniki jak i wyświetlacz były bliżej mnie, przez co lepiej słyszałem i wybierałem muzykę. Złapanie rockowego klimatu zajęło jakieś 5-10 sekund, czyli tyle, ile trzeba czekać na uruchomienie się systemu multimedialnego po przekręceniu stacyjki. Los chciał, że poprzedni kierowca wyłączył motocykl na początku gitarowej solówki w utworze „Downtown tonight” zespołu Shakedown. Jeśli masz teraz taką możliwość, proponuję go teraz włączyć, bo zaczynamy przejażdżkę!

Relaks i odpoczynek w trasie

Naciskając rozrusznik dociera do nas dźwięk rozbudzanego ogromnego, dwucylindrowego silnika w układzie V. Brzmi to równie subtelnie, jak kaszlący ogr. Po odpaleniu spodziewalibyśmy się złowieszczego ryku, a jest wręcz odwrotnie. Normy Euro4 są restrykcyjne jeżeli chodzi o hałas i ogromny Harley nie obudziłby nawet niemowlaka. Co ciekawe uznaję to za zaletę. Dzięki temu tocząc się przez bulwar nie zakłócaliśmy nikomu wypoczynku i ludzie zamiast nas nienawidzić, podziwiali lśniące krążowniki.

H-D Street Glide, Iron 1200, Forty Eight, Flat Trac Dlaczego jeździmy na motocyklach?

Potrzebowałem całej minuty, żeby włączyć w głowie tryb totalnego relaksu i po minach pozostałych kierowców widziałem, że są w tym samym miejscu, co ja. Tocząc się leniwie na nieważne jakim biegu i z nieważną prędkością mieliśmy na twarzach uśmiechy zachęcające wszystkie owady do zapoznania się z naszym przełykiem. Nikt nie myślał o pracy, zbliżających się porządkach w domu, bądź jakichkolwiek problemach. Każdy był tu i teraz, wbijając kolejne biegi siermiężną skrzynią biegów i od czasu do czasu śmiało odwijając gaz, żeby usłyszeć pracę ogromnych tłoków.

Nie byłbym sobą…

Tego dnia pokonaliśmy ponad 350 kilometrów. Ani przez chwilę nie przejmowałem się czymkolwiek. Ciężkie motocykle wbrew pozorom dają się kontrolować łatwo, ponieważ są świetnie wyważone. Pochylając je w zakręcie nie osiągniemy limitu przyczepności opon, bo wcześniej zaczniemy przycierać o asfalt podestami. Nie będziemy się bali też hamowania, ponieważ wystarczy z całej siły nacisnąć dźwignię nożną i ręczną, a ABS zrobi resztę.

Kilkukrotnie zamienialiśmy się motocyklami i warto zwrócić uwagę, że Street Glide (jedna lampa z przodu) prowadzi się wbrew pozorom lżej od Road Glide’a. Pomimo tego, że owiewka jest przykręcona do kierownicy i jej masę czuć przy manewrowaniu na parkingu to już w trakcie jazdy ten model chętniej zmienia kierunki. Pozytywnie zaskoczyła mnie sytuacja w małej, chorwackiej wiosce. Przepuszczając rozweselone dzieciaki na przejściu dla pieszych zapragnąłem im zaimponować jak rasowy „Harlejowiec”. Nawinąłem więc obroty i strzeliłem z klamki sprzęgła. Ku mojemu zaskoczeniu z tylnej opony wydobyło się wystarczająco dużo dymu, żeby zakryć kolegę za mną, a ja odjechałem w imponującym uślizgu. Dzieciaki były zachwycone, a ja oczywiście otrzymałem natychmiastową reprymendę od opiekuna grupy. Stosunkowo długi dystans nie zmęczył nikogo i po powrocie do bazy „odpaliliśmy” kilka piw wciąż stojąc przy motocyklach. Oczywiście nikt nie dyskutował o prowadzeniu, hamowaniu, czy przyspieszeniu. Każdy z nas za to wspomniał , jak fantastycznie przewietrzył mu się mózg. To był pierwszy dzień, w którym poznałem imiona moich towarzyszy z innych krajów.

Sport to stan umysłu

Drugiego dnia mieliśmy się przejechać na Sportsterach. I tutaj uwaga: to są nowości! Do dyspozycji mieliśmy modele Iron 1200 oraz Forty Eight. Co jest w nich nowe? Otóż Iron, na prośby klientów, otrzymał silnik o pojemności zawartej w jego nazwie. Poza tym zaprojektowano szałowe malowania na zbiornikach paliwa. I – ponownie – to były jedyne informacje dostarczone nam podczas prezentacji.

H-D Street Glide, Iron 1200, Forty Eight, Flat Trac Dlaczego jeździmy na motocyklach?

Grafiki mają nawiązywać do przełomu lat 70. i 80., gdy w USA rozpoczynała się era disco. Trudno tego nie zauważyć, w szczególności, gdy Ben na postoju puszcza kawałek Tower of Power „What is Hip”. Czy odpowiada Wam taki klimat, zdecydujecie już sami.

Prostota przede wszystkim

Nazwa Sportster jest dość myląca. Być może taki motocykl mógł być uznany za sportowy jakieś pół wieku temu, ale teraz mamy nieco inne wyobrażenie o sprzętach do jazdy szybkiej. Pragniemy potężnych silników, wyszukanych zawieszeń i systemów elektronicznych, pozwalających na jazdę w kontrolowanych uślizgach. Które z tych cech oferują Sportstery? Możecie sami zgadnąć.

Te motocykle to kilka stalowych rur zespawanych ze sobą w ramę, dzierżącą siermiężny, dwucylindrowy silnik. Do tego mamy koła, proste zawieszenie, hamulce i kilka lampek. Nawet miejsca dla pasażera zabrakło! I nikt nie śmiał pytać o moc maksymalną czy zmienne mapy zapłonu, bo i tak wiedzieliśmy, że dla H-D nie ma to żadnego znaczenia. Czyli teoretycznie sportu w tych Sportsterach brak.

Jazda bez „trzymanki”!

Tak myślałem, dopóki – tocząc się spokojnie po górskiej drodze – nagle nie zostałem wyprzedzony przez radosnego Australijczyka po zewnętrznej. Tyłek zrzucony z siedzenia nad ziemię, iskry z podnóżków i pełen ogień! Długo namawiać mnie nie musiał, zredukowałem i pogoniłem za nim. Uwierzcie mi na słowo, że była to jazda sportowa w stylu komiksów Joe Bar Team. Gaz był zacięty do końca, hamulce gniecione z ogromną siłą, a w zakrętach motocykle gięły się od przeciążeń, tańcząc nam pod tyłkami. Ależ to była jazda! Nie liczyła się prędkość, bo wcale wielka nie była. Chodziło o wrażenia! Czułem się jak przeniesiony do czasu, gdy w jeździe na motocyklu liczył się przede wszystkim kierowca.

H-D Street Glide, Iron 1200, Forty Eight, Flat Trac Dlaczego jeździmy na motocyklach?

Ten zwariowany dzień przeplatany był wieloma przystankami, bo na Sportsterze jeździ się podobno interwałami. Zamienialiśmy się motocyklami wielokrotnie i stwierdziłem, że mnie odpowiada bardziej Forty Eight, który ma koło o mniejszej średnicy, ale większej szerokości. Również jego przednie zawieszenia jest grubsze i lepiej radziło sobie w nierównych zakrętach. Mój  „wyścigowy” towarzysz wolał z kolei Irona, ponieważ jego podnóżki umiejscowione są na wysokości siedzenia, a nie wysunięte do przodu jak w „tradycyjnym” Harleyu.

Po dniu eksperymentowania z różnymi technikami jazdy na H-D okazało się, że da się nimi całkiem szybko „latać” po zakrętach. Obydwa „Sporciaki” zmieniają kierunki zaskakująco chętnie, a ich zawieszenia działają o niebo lepiej niż w ich poprzednikach sprzed 2-3 lat. Dzięki temu, że Harley w końcu zrobił poprawnie działające podwozie, a przyczepnych opon nie da się „zamknąć” ze względu na przycierające podnóżki, to wszelkiego rodzaju wygłupy na tych motocyklach są dalekie od granicy rozdzielającej jazdę dynamiczną od ryzykownej. Był to kolejny, fantastyczny dzień, który do relaksu dodał szczyptę emocji, a w przerwach bliżej poznałem ludzi, z którymi jeździłem.

Kurz, pot i radość

Niespodzianką był dzień ostatni. Hasło całego wydarzenia brzmiało „Ride, Ride, Slide!”, co oznaczało, że ostatniego dnia bardziej będziemy się ślizgać, niż jeździć. W ten oto sposób znaleźliśmy się na minitorze flattrackowym, gdzie czekał na nas zastęp przygotowanych do zabawy Street Rodów.

Flat-Track

Czym jest flat track? To najstarszy sport motocyklowy na świecie. Polega on na jeździe po owalu o luźnej nawierzchni, czyli jest jakby żużlem, tylko bez żużlu i z tym, że w FT można używać praktycznie każdego rodzaju motocykla.

To będzie walka!

Modyfikacje w naszych Harleyach nie były ogromne. W gruncie rzeczy więcej zabrano, niż dodano. Odkręcono wszelkie lampy, błotniki i wywalono ciężki, homologowany wydech. Inne ulepszenia techniczne, jak zmieniony dolot powietrza, pozostały w cieniu najważniejszego elementu, a właściwie jego braku. Mowa oczywiście o przednim hamulcu! Po co się go demontuje? Bo prędkość i tak wytracana ma być uślizgami tylnego koła, a im mniejsza masa nieresorowana (brak tarczy hamulcowej i zacisku), tym łatwiejsze zadanie utrzymania przyczepności opony dla przedniego zawieszenia. Po oględzinach przyszedł czas na jazdę.

Miny wszystkim zrzedły, gdy na lewego buta kazano nam założyć stalowe „łyżwy”, czyli podeszwy, które ułatwiają ślizganie się stopy po ziemi, chroniąc jednocześnie przed uderzeniami skrytych w glebie kamieni. Atmosfera stała się bojowa, bo nie dość, że czuliśmy się jak zapuszczeni (głównie tłuszczem) gladiatorzy, to dowiedzieliśmy się, że przed nami wyścigi w systemie pucharowym!

To przecież takie proste…

Szkolenie nie było zbyt długie. Na prostej gaz, później tylnym hamulcem inicjujemy uślizg koła, pochylamy się do przodu i im bardziej składamy motocykl, tym mniej hamulca, bo robotę za nas wykona efekt hamowania silnikiem. Gdy już zawrócimy to jak najszybciej odprostowujemy i gaz! Proste? Ależ oczywiście! W teorii…

Tak myślałem, dopóki - tocząc się spokojnie po górskiej drodze - nagle nie zostałem wyprzedzony przez radosnego Australijczyka po zewnętrznej. Tyłek zrzucony z siedzenia nad ziemię, iskry z podnóżków i pełen ogień! Długo namawiać mnie nie musiał, zredukowałem i pogoniłem za nim. Uwierzcie mi na słowo, że była to jazda sportowa w stylu komiksów Joe Bar Team. Gaz był zacięty do końca, hamulce gniecione z ogromną siłą, a w zakrętach motocykle gięły się od przeciążeń, tańcząc nam pod tyłkami. Ależ to była jazda! Nie liczyła się prędkość, bo wcale wielka nie była. Chodziło o wrażenia! Czułem się jak przeniesiony do czasu, gdy w jeździe na motocyklu liczył się przede wszystkim kierowca.

Sesje treningowe obfitowały w paciaki i gleby wszelakiego rodzaju. Na szczęście wszystkie były nieszkodliwe, ponieważ prędkości nie były ogromne, a „przyziemienie” odbywało się w końcowej fazie ślizgania. Było więc sporo śmiechu i dosłownego „gryzienia gleby”, bo w zębach szybko zaczął zgrzytać kurz.

Jak wyścigi to rywalizacja

Owszem, wszyscy założyliśmy, że wyścigi rozgrywamy na pełnym luzie, ale te deklaracje padły równie szybko, jak flaga do startu. Techniki jazdy były dwie: pierwsza bazowała na szanowaniu trakcji i pilnowaniem linii przejazdu, a druga na brawurowym atakowaniu nawrotów. Chodziło o „slide”, więc wybrałem tę drugą!

Emocje były niesamowite, bo dla wyrównania szans osoba prowadząca musiała brać jeden zakręt po szerszym okręgu. Droga była więc dłuższa, ale proporcjonalnie rozciągała się również prosta, co skutkowało większą prędkością i możliwością ponownego wyprzedzenia przeciwnika. Brałem udział w syścigach różnego typu, ale to były najbardziej intensywne i emocjonujące starcia. Nieskromnie się pochwalę, że zdobyłem pierwsze miejsce, ale nawet jakbym był ostatni, to nie bawiłbym się gorzej! Na rozdaniu pucharków już nie ściskaliśmy sobie dłoni, a obejmowaliśmy się, przekazując silną, męską i heteroseksualną (chyba w większości) sympatię. Wieczorem bar był nasz, a z ust nie schodziły wspomnienia minionych dni.

Bo liczy się jazda!

Czego dowiedziałem się po trzech dniach obcowania z różnymi motocyklami Harleya-Davidsona? Tego, że najważniejsi są ludzie. Mało kto umie tak jednać społeczeństwo, jak marka z Milwaukee. Odpuszczając trucie głowy technicznymi nowinkami, przypomnieli nam, zblazowanym jazdą dziennikarzom, po co wsiada się na motocykl. Ładujemy się za kierownicę, żeby odpocząć, pozwiedzać, pobawić się lub zaznać sportowych wrażeń. inii przejazdu, a druga na brawurowym atakowaniu nawrotów. Chodziło o „slide”, więc wybrałem tę drugą!

Zabawne, że to wszystko zaoferowały nam motocykle, które większość społeczeństwa postrzega jako narzędzia do leczenia kryzysu wieku średniego. Przecież nikt by się nie spodziewał, że H-D nada się do „sportowej” jazdy po górach albo do wyścigów w stylu speedway. Okazało się, że całkiem nieźle sprawdziły się jako narzędzia do zaspokajania wewnętrznych potrzeb, a równolegle przypomniały o niesamowitym zjawisku: jednoczą ludzi dzielących tę sama pasję. Nie mam na myśli miłości do jazdy na motocyklach, ale o pasji życia bez ograniczeń.

Wystarczyły trzy dni, żeby zjednoczyć grupę ludzi, którzy wcześniej byli sobie całkowicie obcy personalnie i kulturowo. Rozdałem równie dużo zaproszeń do Polski, co zebrałem ofert gościny w odległych krajach. My, motocykliści, doskonale wiemy, że możemy na siebie liczyć i mam nadzieję, że zjawiskowość naszej grupy społecznej będzie wciągała w tę zabawę nowych ludzi. Może to o Tobie mowa?

 

Zdjęcia: Francesc Montero, Matteo Cavadini, Alessio Barbanti

KOMENTARZE

REKLAMA

Polecane artykuły
Mark Hawwa, organizator The Distinguished Gentleman's Ride, to postać nietuzinkowa.…
Kolejny rajd Dakar przed nami! Już 7 stycznia na starcie…