Dwudziestoletnia dziewczyna prowadzi sama warsztat motocyklowy, w którym nie tylko customizuje motocykle, ale wykonuje też wszelkie prace serwisowe. Choć ma jeszcze stosunkowo niewielkie doświadczenie, jej prace zyskują coraz większe zainteresowanie.

 Harley Davidson Sportster Custom

Monika Harwas-Drzymulska: To dość niezwykłe, że młoda dziewczyna postanawia „babrać się” w motocyklach. Jak do tego doszło?

– To po prostu wyszło z serca, ze środka. Odkąd pamiętam, szukałam swojej pasji, pomysłu na życie. Próbowałam naprawdę różnych rzeczy: od sportu, przez sztuki walki, rysowanie, naukę języków aż po muzykę. Wszystko po jakimś czasie nudziło mnie. Przez cały ten czas rozwijała się moja miłość do motocykli.

Nikt nigdy we mnie niczego nie zaszczepiał. Zawsze chciałam mieć jednoślad, który nie jest napędzany siłą własnych mięśni. W wieku 14 lat dostałam swój pierwszy motorower. Pewnego razu, gdy siedziałam w galerii handlowej przy stoliku, podszedł do mnie nieznajomy facet, położył kask obok mojego i jakby nigdy nic zapytał: „Dzień dobry, czy to parking dla kasków?”. Niedługo potem potrzebowałam pomocy przy moim „wehikule czasu” i traf chciał, że odezwał się właśnie ten nieznajomy. Pojechałam do niego i od tego wszystko się zaczęło.

Piwnica pełna części, kilka rozpoczętych projektów – cafe racer na bazie „Wueski”, bobber na bazie Jawy i mnóstwo innych klamotów, które wydawały mi się niesamowicie interesujące. To były moje pierwsze podrygi z motocyklami typu custom. Przedtem nawet nie miałam pojęcia, że istnieje coś takiego jak bobber, scrambler i tym podobne, a motocykle dzieliły się na kilka prostych kategorii.

Zaczęła mnie interesować mechanika, „odkręcanie śrubek”… Chciałam wiedzieć co, gdzie, jak i dlaczego. Mój kolega – Motomaciey (bo taką ma ksywę) – pozwalał mi przyjeżdżać do piwnicy i majsterkować razem z nim. Cierpliwie tłumaczył, uczył i opowiadał różne ciekawostki. Im więcej wiedziałam, tym bardziej zatracałam się w tym wszystkim. W drugiej klasie liceum dotarło do mnie, że nie widzę siebie nigdzie indziej niż przy motocyklach. Nieustannie słyszałam zdania typu: „Jak Ty siebie widzisz w wieku 50 lat przy motocyklu”? „Fajnie mieć pasję, ale znajdź sobie normalną pracę”. A ja nigdy nie chciałam zostać prawnikiem, lekarzem ani modelką, tak jak namawiała mnie do tego mama. Przecież jestem szczupła, mam idealny wzrost i mogłabym zarabiać ogromne pieniądze. Ale ja chciałam łączyć pracę z pasją i nie być nieszczęśliwa, jak większość dorosłych.

Wiedziałam, że nie dam za wygraną, że pokażę wszystkim, że się mylą. Ku niezadowoleniu rodziców ostatnią klasę liceum skończyłam w szkole dla dorosłych, żeby więcej czasu móc poświęcać motocyklom w garażu. Budowałam wtedy swój pierwszy projekt – Yamahę XS 400 Cafe Racer. Jak przypominam sobie te wszystkie wojny, które stoczyłam o swoją przyszłość z najbliższymi, to utwierdzam się w przekonaniu, że odnalazłam swoje miejsce na tym świecie. I daje mi to niesamowitą satysfakcję.

Twój związek s motocyklami to bardziej wyraz buntu czy wyzwolenia?

– Chyba jednego i drugiego zarazem. Lubię czasem pobyć sama w moim małym świecie. Zamknąć się na wszystko, co działa na mnie negatywnie. Wsiąść na motocykl, pojechać przed siebie z muzyką w uszach i pooglądać przyrodę. Prosto, w lewo, w prawo, w tył, w las i w pole. Nikt mnie nie goni, ja nie muszę nikogo gonić, pytać o zdanie, oglądać się za siebie. Jadę tam, gdzie mam ochotę. Momentami uśmiecham się pod kaskiem sam do siebie. Zwiedzam pobliskie wioski, przyglądając się zwierzętom i cieszę się drobnostkami. Siadam gdzieś nad wodą, prosto na pokrzywy, ale to nic, przecież jest pięknie. Tęsknię za tym wszystkim w mroźne dni. Na szczęście wtedy mam chociaż namiastkę tych radosnych chwil, pracując w warsztacie. Wsiadając na motocykl, czuję, że żyję… I że właśnie po to żyję. Nic mnie tak nie uspokaja, nie cieszy i nie odpręża jednocześnie. Lek na całe zło.

Przy jednym ze swoich projektów, Suzuki GS 550 Brat Style, podkreślałaś, ile nowych rzeczy musiałaś się nauczyć. Jak sobie radzisz w zderzeniu z nowymi problemami?

– Człowiek uczy się całe życie. Każdy motocykl jest inny, co innego mu dolega. Mechanika to dla mnie temat rzeka. Pewnie umrę, nie poznając jej w stu procentach i zawsze będzie mnie zaskakiwać. Pamiętam, jak bardzo byłam przerażona wyciąganiem silnika z ramy Suzuki. Podchodziłam do tego jak pies do jeża. Nie miałam wtedy jeszcze żadnego żurawia czy innych specjalistycznych narzędzi. Koniec końców wyjęłam go zupełnie sama, bez żadnych uszczerbków czy uszkodzeń i tak samo było z wkładaniem go do świeżo polakierowanej ramy.

Nie ma rzeczy niemożliwych. Czasem trzeba po prostu znaleźć sposób. Każdy kolejny projekt rodzi nowe wyzwania, ale przecież o to chodzi. Nie chcę, żeby kiedykolwiek zjadła mnie rutyna w tym, co robię. Suzuki GS 550 E, który przebudowałam dwa lata temu, jest prosty, ale z jajem. To trzeci z kolei motocykl, który poszedł pod mój nóż, ale nigdy się go nie powstydzę. Tym bardziej, kiedy przypominam sobie uśmiech i zadowolenie właściciela, gdy przyjechał go odebrać. Takie chwile dają niesamowitego kopa. Cudownie jest móc spełnić czyjeś marzenia.

Sportster 1200 custom

Nie ma rzeczy niemożliwych. Czasem trzeba po prostu znaleźć sposób. Każdy kolejny projekt rodzi nowe wyzwania, ale przecież o to chodzi. Nie chcę, żeby kiedykolwiek zjadła mnie rutyna w tym, co robię.

Z którego ze swoich projektów jesteś szczególnie dumna?

– Od dawna choruję na Harleya Davidsona. Nie umniejszając w żaden sposób „japończykom”, są to dla mnie motocykle z dużo wyższej półki. Do niedawna przebudowa Harleya wydawała się poza moim zasięgiem, bo przecież nikt nie powierzy takiej maszyny jakiejś przypadkowej małolacie. Dlatego wzięłam sprawy w swoje ręce i postanowiłam zbudować projekt, z którym nie będę wstydziła się wyjść na świat. Miał to być bobber w oldschoolowym, japońskim stylu na bazie Sportstera 1200 C z 2004 roku. Wizja całości pojawiła się w środku tygodnia, a w poniedziałek o piątej nad ranem Harry stał już u mnie w garażu. Czułam, że warto zrobić 650 kilometrów w jedną stronę po tę bazę i wcale się nie pomyliłam.

Przebudowę rozpoczęłam w lutym tego roku, a skończyłam w lipcu. Przed rozpoczęciem pracy stworzyłam własny, prosty projekt. Potem zmieniałam kilkukrotnie zdanie, jak na kobietę przystało. Cały motocykl został rozebrany do ostatniej śrubki poza silnikiem, bo „serducho” było zdrowe. Rama, wahacz, przednie zawieszenie i kilka drobnych elementów zostały wypiaskowane i polakierowane proszkowo. Przednie koło 21” Invader w stylu chopperów z lat 70., bez przedniego hamulca, z oponą Avon Speedmaster jest jednym z kluczowych elementów całego motocykla. Tak samo jednoosobowe, pikowane siedzenie obszyte przez tapicera na ręcznie wykonanej przeze mnie podstawie.

Lakierowanie zbiornika powierzyłam Patrycjuszowi z Lepian Custom Painting, wybierając jedynie kolory i podsyłając kilka przykładów, które trafiają w mój gust. Do ostatniej chwili nie wiedziałam, jak będzie wyglądał ten zbiornik, ale spełnił moje oczekiwania w stu procentach. Klasyczne metalflejki zrobiły tutaj nieziemską robotę.

Tylna, pełna felga 16” polakierowana na czarno z miętowym paskiem pięknie łączy się z pinstripingiem, który Patrycjusz wykonał na górnej części zbiornika. Przelotowe tłumiki typu fishtail nie tylko współtworzą niesamowity wygląd, ale też mają porywające brzmienie. Gang Harleya jest zdecydowanie jednym z najpiękniejszych dźwięków na świecie. Kierownica w stylu rabbit ear również została wykonana na zamówienie według moich wskazówek. Oczywiście nie mogło się obyć bez brokatowych manetek, które pięknie komponują się ze zbiornikiem. To wszystko w telegraficznym skrócie. Włożyłam w ten projekt przede wszystkim mnóstwo serca, pracy i czasu. Mam nadzieję, że jego przyszły właściciel będzie z niego chociaż w małym stopniu tak samo dumny, jak ja.

Co najbardziej pociąga Cię w customizacji motocykli?

– Zdecydowanie jest to indywidualizm, nieskończone pomysły oraz możliwości. Perspektywa stworzenia czegoś jedynego w swoim rodzaju, nietuzinkowego i niepowtarzalnego daje nieziemską satysfakcję. W całej tej pracy najbardziej uwielbiam projektowanie, kombinowanie, szukanie części, przypasowywanie. Czasem mam wrażenie, że sprawia mi to większą frajdę, aniżeli samo jeżdżenie. Jestem indywidualistką, lubię się wyróżniać i te cechy przenoszę na swoją pracę. Mam głowę pełną świeżych pomysłów.

Gdzie szukasz inspiracji?

– W dobie internetu można naprawdę wiele zobaczyć. Mój Facebook, Instagram, Pinterest i tym podobne źródła są przepełnione różnej maści motocyklami. Codziennie znajduję coś nowego. Czytam, słucham, oglądam. Tutaj podoba mi się wydech, tam kierownica, gdzieś indziej lakierowanie. To wszystko inspiruje mnie do tworzenia nowych rzeczy, do łączenia różnych patentów. To się samo dzieje w mojej głowie. Gdy widzę motocykl, który jest dobrą bazą na określony typ customu, automatycznie w głowie pojawia się plan: tu przytnę, to wywalę, tu coś przyspawam. Tak mniej więcej to wygląda.

Jakie masz plany na przyszłość?

– Nie mam jakichś wygórowanych marzeń czy celów. Staram się obierać sobie takie, które jestem w stanie spełnić. Chciałabym, żeby to wszystko rozwijało się tak, jak się rozwija i naprawdę będzie dobrze. Chciałabym, żeby każdy dzień był dla mnie kolejną, cenną lekcją. Docelowo marzę o mieszkaniu w USA i posiadaniu swojego własnego, customowego warsztatu, połączonego z warsztatem samochodowym, w którym będą restaurowane amerykańskie wozy. Chciałabym mieć u boku zgraną ekipę zdolnych ludzi, którzy będą chcieli razem ze mną wkładać całe serce w pracę. Chciałabym po prostu móc godnie żyć, utrzymując się z tego, co kocham. Reszta sama przyjdzie.

Tu muszę bardzo podziękować starszym kolegom po fachu i pewnej bliskiej osobie. Bez tych ludzi nie byłabym tu, gdzie jestem. Każdy z nich pomaga mi, jak tylko może i jestem im za to bardzo wdzięczna.

Gratulujemy Ci konsekwencji, z jaką zmierzasz własną drogą. Trzymamy kciuki, by prowadziła Cię tam, dokąd chcesz. Dzięki za rozmowę.

Autorką zdjęć jest Aneta Zamielska.

KOMENTARZE

REKLAMA