Janek to postać nietuzinkowa i od dekad zakorzeniona w motocyklowym świecie – założyciel pierwszego w Polsce klubu H-D oficjalnie zrzeszonego w europejskich strukturach, ale także pierwszego w Polsce sklepu dedykowanego harleyowcom – Liberator. Swoją przygodę z motocyklami zaczynał jeszcze w latach 70. ubiegłego wieku i ciągle nie ma ich dosyć.
Lech Potyński: Tytuł naszej wspólnej książki, nad którą biedziliśmy się przez półtora roku i właśnie wjeżdża do księgarń, brzmi „Pierwszy Harleyowiec Rzeczpospolitej”. Pierwotnie miał on jednak wyglądać nieco inaczej – „Pół wieku w siodle Harleya – historia niemal niekłamana”. Zdradź nam, co trzeba robić, żeby przez 50 lat nie znudzić się motocyklami?
Jan Kwilman: Teraz to już jest dobrze ponad 50 lat… Motocyklami się nie znudziłem, aczkolwiek, bywały momenty zwątpienia, kiedy miałem ich serdecznie dosyć. Ale zawsze do nich wracałem. Od początku życia, a ściślej od połowy podstawówki, czyli początku lat 70. byłem niesamowicie najarany na wszystko co ma dwa koła i silnik. Początkowo był to motorower Żak, potem od razu skoczyłem na głęboką wodę i już w liceum miałem BMW R 75 „Saharę”. Z czasem przesiadłem się na Harleye. I ten motocyklowy ogień pali się we mnie (niekiedy tylko tli) niezmiennie od mijających dekad. Praktycznie całe moje życie prywatne i zawodowe było i jest z nimi związane. Skąd ta fascynacja? Nie potrafię powiedzieć – jedni to mają w sobie inni nie. W zasadzie niezależnie od dziedziny życia. Ludzie pasjonują się różnymi rzeczami, czasami im to mija. U mnie padło na motocykle i póki co nie mija. Będę jeździł dopóki zdrowie pozwoli.
50 lat na Harleyu to sporo, ale ta zabawa nigdy sie nie nudzi. Ale inne pasje też są całkiem fajne i nie ma co z nich rezygnować.
Hola hola – oczywiście stolarz, górnik, księgowy, czy budowlaniec może mieć pasję i każdą wolną chwilę spędzać na motocyklu, jednak u ciebie wygląda to nieco inaczej. Obcujesz z nimi nie tylko w wolne chwile, ale także we wszystkie pozostałe, bo jest to twoja normalna robota. Chcesz nam powiedzieć, że po całym tygodniu tyrania przy motocyklach, non stop od 7 rano do 20, masz jeszcze ochotę patrzeć na nie w weekendy?
Tak, nawet jak nie mam konkretnego celu wsiadam na maszynę i lubię kręcić się po mieście. Dawno temu robiłem to z moją żoną Audrey, teraz z klubowym bratem Rychem. Przez całą działalność „Liberatora”, gdy motocykl wychodził z serwisu, to osobiście objeżdżałem każdą sztukę, aby sprawdzić czy wszystko jest OK i zawsze robiłem to z ogromną przyjemnością. A poza tym bardzo lubię bezpośredni kontakt z ludźmi. Czy to klientami w firmie, czy spotkanymi w trasie innymi motocyklistami. Chyba mam dar bardzo łatwego nawiązywania relacji, a do tego lubię sobie pogadać, pożartować, pośmiać się. No i oczywiście dobrze zabawić w miłym towarzystwie, do czego nie trzeba mnie długo namawiać. Dla mnie to jest genialne, takie połączenie pasji z pracą. Wtedy człowiek ani chwili się w życiu nie nudzi. Cały czas jestem ciekaw innych ludzi, innego życia, poznawania świata. To mi bardzo pomaga zarówno w pracy, jaki i osobistych relacjach – mam naprawdę masę znajomych na całym świecie. Parę dni temu przyjechał do Scootracera na skuterze koleś z Chin, bo ktoś polecił mu nasz serwis. Niesamowity gość – samotnie wykonał trasę Pekin – Paryż (w sumie ponad 20 000 km) i właśnie wracał do domu. Jechał dużym chińskim skuterem (nawet nie wiem dokładnie jakiej marki) i zatrzymał się u nas na wymianę klocków hamulcowych i oleju. Miał namiocik, który rozbijał gdzie popadnie, jadł, co się trafiło, bo budżet na wyprawę miał bardzo skromny. Od razu się zakolegowaliśmy, bo na szczęście mówił po angielsku. Kocham takich ludzi!

Komar nabyty w połowie lat 70., nie był pierwszym motocyklem Janka, wcześnej był Żak.

W pewnym wieku należy zacząć dbać o zdrowie. Boks jest wyczerpujący, ale przynosi satysfakcję.
Co tu kłamać, właśnie dopadł Cię wiek emerytalny, mógłbyś przejść na państwowy garnuszek, ale wygląda na to, że nie masz zamiaru powiedzieć pas?
Oczywiście, że nie. Wszystko wskazuje na to, że nie odpuszczę sobie motocykli do momentu, gdy nie będę fizycznie w stanie ich ogarnąć. Do mojego grobu! Jak zauważyłeś, od marca (2025 – przyp. red.) przesiadłem się z Harleya na Indiana i to jeszcze bardziej mnie nakręca, cały czas podnieca i daje energię . Z każdym dniem poznajemy się lepiej i to jest prawdziwa radość z jazdy. Rychu dosiada choppera Harleya, ja Indyka i niemal dzień w dzień gdzieś tam lecimy na motorach. Wszystko jedno gdzie, byleby przed siebie. Wcale nie czuje się skostniałym geriatrycznym dziadem na emeryturze. Coś mi się wydaje, że mentalnie jestem cały czas na tym samym etapie co pół wieku temu i raczej nie jest to objaw starczego zdziecinnienia. Tylko raczej palącego się we mnie ognia.
Skoro już jesteśmy przy Indianie, to muszę o to zapytać. Nie mogę cię podejrzewać, o kryzys wieku średniego, bo powinieneś zgodnie z normą przechodzić go jakieś ćwierć wieku temu. Ale ostatnio sporo się u ciebie zmieniło: jako ikona harleizmu przesiadłeś się na Indiana. Definitywnie (chyba) rozstałeś się z klubem Riders of Poland, a założyłeś barwy „Support 81” , bardzo blisko związanego z Hells Angels MC.
Zawsze byłem zafascynowany HA MC, tyle tylko, że będąc oficjalnym dealerem Harley-Davidson, swoje prywatne zapatrywania musiałem mieć głęboko schowane. Przy salonie korporacyjne procedury dopuszczają jedynie kluby HOG (Harley Owners Group – przyp. red.) i bezwzględnie tego przestrzegają. Ja od pewnego czasu mocno byłem zmęczony tym harleyowym coraz dalej posuniętym korporacjonizmem – moim zdaniem od pewnego czasu za dużo w nim tabel excel i raportów, a za mało ducha motocyklizmu. W sumie nie żałuję, że nasze drogi się rozeszły. Teraz jestem wolny, mam wywalone na wszystko i mogę robić co chcę. To jest moje ujawnienie! Jestem i zawsze byłem Supportem 81!

Z początkiem sezonu 2025 z Harleya przesiadł się na Indiana i twierdzi, że nie żałuje tego radykalnego kroku.

Nad książką pracowali z Lechem przez półtora roku – ukazała się drukiem w połowie października 2025.
Ale przecież to nie wszystko ze zmian w twoim życiu – na stare lata wziąłeś się za treningi bokserskie…
Prawda jest taka, że chyba już nie zostanę znanym fighterem, ale boks jest genialnym sportem, do którego namówili mnie moi motocyklowi kumple. Wiadomo, że w moim wieku siedzenie na dupie przed telewizorem nie prowadzi do niczego dobrego – trzeba się ruszać. Uczę się boksować w klubie Sparta po okiem trenera Marcina Bąka i bardzo mi się to podoba, ale głównie chodzi o ruch. Z treningów wracam spompowany jak koń po Wielkiej Pardubickiej, ale mentalnie czuję się przy tym doskonale. Może to podczas wysiłku wydziela się też u człowieka hormon szczęścia?
Drugi sport, jeżeli oczywiście można to nazwać sportem, który chyba od niedawna ci towarzyszy, to strzelectwo. Też w czymś pomaga?
Strzelnica to trochę inny temat. Co prawda nigdy nie latałem po polach z paintballem, ale zawsze miałem ciągoty w kierunku munduru, ciekawiło mnie wojsko. Mój pierwszy poważny motocykl to przecież była niemiecka Saharyna, a zaraz potem całe stado Wuelek – zawsze w militarnym malowaniu. Na strzelnicę trafiłem kilka lat temu i to dosyć ciekawa historia. Mój syn, który jest po łódzkiej filmówce potrzebował nakręcić do filmu scenę z karabinem maszynowym i zapytał czy nie mam kogoś znajomego z takim możliwościami. Przez kolegę kolegi złapałem kontakt z Jackiem „Bruno” Szmitem, ze strzelnicy na warszawskim Bemowie. Robert nakręcił swój materiał, a ja przy okazji zaprzyjaźniłem się z Jackiem i dalej to już poleciało… Początkowo kupiłem broń czarnoprochową, potem zrobiłem pozwolenie. Przy okazji – nie uważam, że Polska to wyjątkowo restrykcyjny pod tym względem kraj. Ja zrobiłem te najtrudniejsze uprawnienia – na broń kolekcjonerską i egzamin prowadzony jest przez policję, czyli najostrzejszy z możliwych. I bardzo dobrze, bo uważam, że jeżeli człowiek ma pozwolenie na broń, to musi wiedzieć jak się z nią obchodzić, rozumieć co wolno, co nie wolno. Więc jak ktoś ma potrzebę posiadania ostrej broni, to niech nie jęczy, że są obostrzenia, tylko po prostu zrobi uprawnienia. Skoro ja dałem radę, to chyba każdy da… chociaż nieco wysiłku w to włożyłem. Zdobycie pozwolenia na broń sportową jest dużo łatwiejsze – trzeba po prostu zapisać się do klubu, nauczyć pewnych nawyków i procedur, ale egzamin zdaje się tylko w klubie, bez udziału służb państwowych. Ale boks, broń i motocykle to nie są przecież moje jedyne zainteresowania. Jak przystało na prawdziwego rokendrolowca, bardzo ważna jest też dobra zabawa – sex, drugs i Rock&Roll! To było hasło mojej młodości i tak mi zostało do dzisiaj. To jest natura, której nie da się wyplenić i wiek nie ma tu nic do rzeczy. Młodsi mówią na to – tak trza żyć!
Trzeba jeździć ile się da, póki zdrowie pozwala – nia ma na co czekać!
Na koniec rozmowy muszę cię zahaczyć na temat książki, która właśnie wylatuje do księgarń. „Pierwszy Harleyowiec Rzeczpospolitej” – brzmi kontrowersyjnie, bo przecież nie byłeś pierwszym w Polsce gościem zafascynowanym tymi motocyklami…
No pewnie , że nie byłem, ale nasz szalony wydawca Wojtek Marzec uznał, że to dobrze wybrzmi. Przede mną, ale i całym moim pokoleniem, byli przecież bracia Echilczukowie i ich HDC Warszawa ‘68, kluby we Wrocławiu, Łodzi i innych miastach, którzy zaczynali znacznie wcześniej. I nigdy nie pozwoliłbym sobie nazywać się najstarszym harleyowcem. W książce oddaję tamtym ludziom należny hołd i poświęcam sporo gadki. Sam zresztą wiesz o tym najlepiej, bo przez ponad rok byłeś moim spowiednikiem… Jednak to Riders of Poland był pierwszym klubem HD oficjalnie zrzeszonym w europejskich strukturach, a „Liberator”, który otworzyliśmy z Audrey był z pewnością pierwszym w Polsce „markowym” sklepem dedykowanym tylko Harleyowi. Również jako pierwsi mieliśmy oficjalne pełne dilerstwo Harleya. Więc to pierwszeństwo traktuję raczej w kategoriach „Primus inter pares”, czyli pierwszy wśród równych. A zresztą – kto przeczyta, ten sam oceni.
Na koniec mam radę dla wszystkich czytelników „Świata Motocykli” – trzeba jeździć ile się da póki zdrowie na to pozwala i nie ma na co czekać, czy się zastanawiać. Życie jest życiem, w pewnym momencie, prędzej czy później się kończy i trzeba na maksa z niego korzystać, ile się da. I jeżeli nie musicie, nie przesadzajcie się do samochodu, nawet do codziennego przemieszczania się po mieście. A że czasami trochę deszcz nas zleje? Trudno – ból fizyczny mija, chwała pozostaje. Iiiiichaaaaaaa!
Zdjęcia: Michał Farbiszewski, autor, archiwum Jana Kwilmana
Sesję zdjęciową zorganizowaliśmy w „Zbrojownia Modlin” – potencjalnie najbardziej motocyklowej strzelnicy w Polsce.
Tekst po raz pierwszy ukazał się w drukowanym wydaniu magazynu „Świat Motocykli” [05/2025]




