Od pewnego czasu mamy do czynienia z sytuacją, przynajmniej na rynku europejskim, że japońska wielka czwórka na poważnie zaczęła liczyć się z ofensywą chińskiej konkurencji.
Z punktu widzenia użytkowników, to oczywiście bardzo dobrze, bo tendencję spadku cen w niższej i średniej klasie pojemnościowej u Japończyków widać bardzo wyraźnie. Ze sporym zaskoczeniem czytałem ostatnio test porównawczy skuterów chłodzonych powietrzem klasy 125 cm³. W zestawieniu najtańsza okazała się… japońska Yamaha, a najdroższe tajwańskie Kymco – świat się kończy!
Ale co mieli robić biedni Japończycy, gdy kolesie zza Wielkiego Muru coraz bardziej intensywnie, a przy tym skutecznie, zaczęli kąsać ich po łydkach? Akurat w tej kategorii pojemnościowej możliwości manewru są dosyć ograniczone, bo przy mizernych 15 KM mocy dokładanie kontroli trakcji, pół aktywnych zawiasów, czy zmiennych map zapłonów po prostu nie ma sensu. Kuszenie więc elektronicznymi wodotryskami mogłoby okazać się mało skuteczne, zwłaszcza, że i w tym zakresie chińskie koncerny radzą sobie coraz śmielej i jakby co, też potrafią zainstalować na pokładzie to i owo. Pozostało więc stara wypróbowana taktyka, bo jak wiadomo – cena czyni cuda. Częściowo ten efekt uzyskano poprzez montowanie tańszych (np. bębny hamulcowe) podzespołów, ale podejrzewam, że głównie obniżając nieco stopy zysku.
I właśnie w tym momencie z hukiem rozleciało mi się w drzazgi własne pojęcie ekonomii. Przez pierwsze pół wieku mojego świadomego życia, byłem przekonany, że rzeczy kosztują tyle, ile muszą kosztować. Tymczasem wygląda na to, że kosztują tyle ile mogą. Czyli tyle, ile ludzie skłonni są za nie zapłacić. I żadne koszty materiałowe, robocizna, czynsze, energia, podatki i inne tego typu pierdoły nie mają z tym wiele wspólnego. Znaczy – oczywiście, że mają, tylko nie w takim stopniu, jakby mogło się wydawać na pierwszy rzut oka. A dowodzi tego właśnie strategia cenowa japońskich producentów jednośladów, póki co tylko tych mniejszych i średnich pojemności. Do niedawna nie były wyjątkowo tanie, ale gdy tylko producenci z kraju Kwitnącej Wiśni poczuli ciepły oddech na plecach chińskiej konkurencji, w postaci rosnących gwałtownie słupków sprzedaży, po prostu obniżyli ceny. Myśląc zapewne przy tym: fajnie było ale się skończyło. Póki dało się golić sprzęty ze sporym zyskiem, było eldorado. No to teraz zyski będą mniejsze i co? I nic! Po prostu będą nieco mniejsze, trudno. Z mniejszymi też jakoś da się żyć, świat się przez to nie zawali. I jakoś mam przekonanie, graniczące z pewnością, że po tych, w końcu wymuszonych obniżkach cen, nie będziemy świadkami spektakularnego bankructwa żadnego producenta motocykli spod znaku wielkiej japońskiej czwórki.
Tu przypominają mi się zajęcia z ekonomii na Politechnice Warszawskiej. W latach 80 (ubiegłego wieku) wykładowca tłumaczył nam, że kapitalizm jest niesprawiedliwy, bo podział zysków jest nierówny, a właściciele środków wytwórczych czerpią nadmierne, społecznie nieusprawiedliwione (oczywiście poza pazernością) korzyści. Jako młodzi studenci, byliśmy oczywiście bardzo sceptycznie nastawieni do takich tez, bo w konfrontacji z upadającą właśnie socjalistyczną ideą gospodarki, wydawały się co najmniej mocno naciągane. Patrząc jednak z perspektywy lat, dochodzę do wniosku, że filozofia biznesu pt.: „golić frajerów, skoro tego chcą”, po prostu przestała mi się podobać. Nie to, żebym uwierzył w uzdrowicielską siłę słusznie minionej gospodarki socjalistycznej, ale zrobiło mi się smutno na duszy, że jako motocykliści przez tyle lat dawaliśmy się robić w bambuko i dopiero sprytne chińskie rączki obnażyły bezwstyd tych działań.
Nie mam natomiast najmniejszych wątpliwości, że w momencie gdy pozycja chińskich marek (solidnie dotowanych przez bądź co bądź socjalistyczno-komunistyczne państwo) stanie się na rynku odpowiednio mocna i stabilna, to nie będzie już tak tanio i fajnie. Bo przecież na całym świecie kręcenie biznesu zawsze sprowadza się do jednego – maksymalizacji zysków na tyle, na ile pozwalają klienci, czyli my.