fbpx

Wszystko wskazuje na to, że w 2026 roku Andrea Iannone nie pojawi się na liście startowej World Superbike. Człowiek, który jeszcze dekadę temu był uosobieniem włoskiego szaleństwa – szybkiego, nieobliczalnego i nieco toksycznego – właśnie boleśnie zderza się z rzeczywistością. Rzeczywistością, w której talent nie zawsze wystarcza, a własny zespół okazuje się trudniejszy do zbudowania niż kolejna, coraz mniej przekonująca opowieść o „powrocie Maniaka”.

Przeczytaj też – Andrea Iannone. Historia upadku zawodnika MotoGP

Plan był piękny. Andrea Iannone chciał stworzyć swój projekt i pozostać w WSBK na własnych warunkach, być jednocześnie twarzą, liderem i głównym aktorem spektaklu pod tytułem „odkupienie”. W końcu nie mówimy o debiutancie – w 2024 roku wrócił do mistrzostw, wygrał nawet wyścig i na moment przypomniał dawnego „Maniaka”. Sezon 2025 był jednak wyraźnie słabszy, a Iannone częściej wrzucał zdjęcia na Instagrama, niż miał punktów w tabeli.

Problem w tym, że w motorsporcie rachunki płaci się pieniędzmi, nie charyzmą. Iannone zgłosił się do sezonu 2026 z własnym zespołem o nazwie Cainam – anagramem od „Maniac”. Plan był prosty na papierze: starty na Ducati, autorski projekt zbudowany wokół jego nazwiska i doświadczenia z dwóch sezonów w WSBK. Tyle że w momencie ogłaszania prowizorycznej listy zgłoszeń okazało się, że ten projekt istnieje głównie w wyobraźni i na renderach. Nie było motocykla, nie było składu, nie było struktur technicznych – była za to imponująca kolekcja chęci i obietnic. Organizator nie doczekał się realnych gwarancji finansowych, więc nazwisko Włocha po prostu nie znajdzie się na liście startowej.

 

 
 
 
 
 
Wyświetl ten post na Instagramie
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

 

Post udostępniony przez Andrea Iannone (@andreaiannone)

I tak kończy się kolejny rozdział kariery człowieka, którego CV wygląda jak scenariusz włoskiej opery mydlanej. Przypomnijmy: czteroletnia dyskwalifikacja za doping, absurdalne tłumaczenia o „zatrutym steku”, długie batalie prawne, powrót do ścigania z łatką wiecznego podejrzanego. W MotoGP drzwi zamknięto mu na amen, choć na otarcie łez wystartował jeszcze w GP Malezji w 2024 roku jako zastępca Fabio di Giannantonio. Z kolei w WSBK dostał drugą szansę – i znów coś nie zagrało. Tym razem pokonała go proza życia: budżet, umowy, organizacja.

Najciekawsze – a może najbardziej przewrotne – jest to, że Andrea wciąż desperacko próbuje być częścią paddocku mistrzostw świata. Za wszelką cenę. I tu dochodzimy do wątku, który jeszcze kilka lat temu wydawałby się nie do pomyślenia w europejskim paddocku: baggerów. Od 2026 roku przy wybranych rundach MotoGP mają odbywać się wyścigi ciężkich krążowników Harleya-Davidsona – show bardziej amerykańskie niż europejskie, ale kto wie, czy się nie przyjmie. W paddocku coraz głośniej mówi się, że Iannone może być jedną z gwiazd tej serii i realnie szykuje się do startów na takim sprzęcie. I nagle okazuje się, że były gwiazdor MotoGP, zwycięzca wyścigu klasy królewskiej, facet który wyprzedzał Marca Marqueza, może rozważać rolę „dziadersa na baggerze”.

Andrea Iannone nie znajdzie się na liście startowej WSBK na sezon 2026. Nie ma go już w zakładce „zawodnicy” na oficjalnej stronie serii.

Wyobraźmy to sobie: Iannone, dawniej symbol włoskiego blichtru, chłopak jak z obrazka, co prawda coraz bardziej poprawianego przez chirurgów, startujący na motocyklu ważącym tyle, co krowa i walczący nie o tytuł, lecz o utrzymanie nazwiska w obiegu. Ten sam Andrea, który kiedyś odpuścił testy, bo po operacji szczęki nie był w stanie wcisnąć głowy w kask, będzie rywalizował na 28-kilogramowym Harleyu. Czy to upadek zawodnika? A może desperacko racjonalna strategia człowieka, który wie, że poza paddockiem czeka go tylko los instagramowego celebryty wspominającego dawne czasy?

WSBK poradzi sobie bez niego, ale dla samego Andrei brak miejsca w stawce to symboliczny koniec marzeń o jeszcze jednej szansie na walkę o mistrzostwo świata. Zostaje mu już tylko rola wędrownego aktora, który łapie się każdego angażu – nawet jeśli zamiast superbike’a dostanie baggera z owiewką wielkości drzwi od stodoły.

Może właśnie taki będzie finał historii „Maniaka”: nie w blasku reflektorów, lecz w hałasie V-twina, gdzieś pomiędzy wyścigiem MotoGP a strefą gastronomiczną? A my? My oczywiście to obejrzymy. Bo w motorsporcie nie ma nic bardziej fascynującego niż powolne godzenie się dawnej gwiazdy z własną zwyczajnością. Szkoda tylko, że z „Maniaka” zostało dziś więcej wspomnień niż wyników. Ale w tym sporcie nawet krowa na kołach potrafi dać drugie życie – byle była w paddocku mistrzostw świata.

 

Zdjęcia: VR46 Racing, GoEleven

KOMENTARZE