fbpx

Nowe barwy, stare nazwiska i bardzo znajome deklaracje. VR46 Racing wchodzi w sezon 2026 z ambicjami, które słyszeliśmy już nie raz – tyle że tym razem margines błędu praktycznie nie istnieje. To nie jest już opowieść o potencjale zespołu Valentino Rossiego, tylko test jego realnej wartości w MotoGP.

Rzymska prezentacja zespołu VR46 Racing była dokładnie taka, jakiej można było się spodziewać: elegancka, dopracowana, pełna słów o zwycięstwach, rozwoju i konieczności zrobienia kroku naprzód. Nikt w MotoGP nie przychodzi na prezentację po to, by zapowiadać przeciętny sezon. Problem w tym, że w przypadku VR46 te deklaracje brzmią dziś mniej jak ambitna wizja, a bardziej jak obowiązek – bo sezon 2025 boleśnie obnażył, że samo nazwisko legendy w nazwie już nie wystarcza.

Zacznijmy od kolorów. Zmiana z żółto-białych na żółto-czarne barwy jest estetyczna, bardziej „dorosła” i wyraźnie mniej akademicka. Ale trudno oprzeć się wrażeniu, że czerń ma też bardzo praktyczny wymiar. Po liczbie kolizji, kontaktów i upadków z udziałem Franco Morbidellego w poprzednim sezonie, mechanicy VR46 mogli po prostu mieć dość czyszczenia białych owiewek z gumy, żwiru i cudzej farby. Czerń przyjmie wszystko. I nie zadaje pytań.

A pytań po 2025 roku było więcej niż odpowiedzi. VR46 było jedynym zespołem Ducati, który nie wygrał ani jednego wyścigu, co brzmi wręcz absurdalnie, gdy spojrzy się na dominację motocykli z Bolonii w całej stawce. Szczególnie boleśnie wyglądało to w zestawieniu z teamem Gresini Racing, który bez fabrycznego wsparcia i z debiutantem w składzie potrafił regularnie walczyć o czołowe pozycje. W takich warunkach „bycie blisko” przestaje być argumentem.

W VR46 skład na 2026 rok pozostaje bez zmian. Fabio Di Giannantonio i Franco Morbidelli dostali kolejną szansę, ale to już nie jest kredyt zaufania z długim terminem spłaty. Di Giannantonio miał w 2025 roku fabryczne wsparcie Ducati i motocykl, o którym większość stawki może tylko pomarzyć. Trzy podia i solidna liczba punktów wyglądają dobrze w tabeli, lecz w rzeczywistości trudno było wskazać moment, który realnie zmieniałby jego pozycję w hierarchii marki. Skończyło się bez zwycięstwa, z zaledwie czterema podiami i zdecydowanie bez przełomu. Szóste miejsce w „generalce” wygląda solidnie, ale strata punktowa do TOP3 była już ogromna.

Franco Morbidelli to z kolei przypadek jeszcze bardziej złożony. Pierwszy mistrz świata Akademii VR46, pierwszy zwycięzca zespołu Valentino Rossiego w MotoGP, zawodnik z ogromnym kredytem zaufania. Tyle że nadchodzący, jego dziewiąty sezon w klasie królewskiej nie pozwala już żyć wyłącznie wspomnieniami z 2020 roku, kiedy otarł się o tytuł mistrza świata MotoGP. Od tamtego czasu „Morbido” wyraźnie złapał zadyszkę, a kontuzja kolana sprzed pięciu lat nie może już być wymówką. Jego kilka mocnych występów w zeszłym roku, zostało przykrytych serią incydentów torowych, a interwencje sędziów były sygnałem, że cierpliwość zaczyna się kończyć. I to nie tylko u rywali. 

Tymczasem wypowiedzi właściciela zespołu, Valentino Rossi podczas prezentacji były spokojne, ale znaczące. Nie było publicznego rozliczania, nie było nerwowych deklaracji, za to był wyraźny komunikat: trzeba zrobić krok naprzód. Cztery lata obecności w MotoGP to wystarczająco długo, by przestać szukać wymówek. VR46 ma dziś wszystko, czego potrzeba – sprzęt, zaplecze i nazwisko. Brakuje tylko tego jednego elementu, który w MotoGP liczy się najbardziej: regularnych zwycięstw.

Na to wszystko nakłada się jeszcze perspektywa sezonu 2027. Nowe przepisy, silniki 850 ccm, opony Pirelli i techniczna rewolucja sprawiają, że rynek transferowy czeka prawdziwe szaleństwo. Większości zawodników kończą się kontrakty, a nikt tak naprawdę nie wie, jak konkurencyjne będą poszczególne marki w nowej erze. Sezon 2026 staje się więc długim castingiem – i to castingiem, który Rossi obserwuje wyjątkowo uważnie. Sprzętowo deklaruje pełne zaufanie do Ducati, podkreślając, że Włosi są już bardzo zaawansowani z projektem na 2027 rok. Gdy jednak rozmowa schodzi na skład, pojawia się uśmiech i klasyczna zasłona dymna. Rossi przyznaje, że już wie, kogo będzie miał w zespole w nowej erze – ale nie zamierza tego zdradzać. I właśnie ta pewność, połączona z milczeniem, mówi najwięcej.

Tym bardziej że paddock od dawna żyje spekulacjami. Coraz głośniej mówi się o scenariuszu, w którym jedno z miejsc w VR46 mógłby zająć Pecco Bagnaia, a jego fotel w fabrycznym Ducati przejąłby Nicolo Bulega – zawodnik wchodzący w swój trzeci sezon w World Superbike, doskonale znający opony Pirelli i coraz mocniej łączony z klasą MotoGP. To wciąż plotki, ale w MotoGP w każdej plotce jest co najmniej jedno ziarenko prawdy. Nie jest to zresztą jedyny powracający wątek. Już wcześniej głośno plotkowano, że u Rossiego może wylądować Pedro Acosta. Rozmowy faktycznie miały miejsce, fascynacja talentem Hiszpana trwa w najlepsze, a temat wydaje się jedynie odłożony w czasie.

W tym kontekście sezon 2026 dla obecnych zawodników VR46 nabiera zupełnie innego znaczenia. To nie będzie tylko walka o punkty i podia, ale też o miejsce – zarówno w zespole, jak i w ogóle w MotoGP. A czerń na owiewkach VR46 może i ukryje ślady po kolizjach, ale w tabeli wyników nie da się już niczego zakryć… 

KOMENTARZE