Czy zdobycie mistrzostwa świata zawsze jest początkiem złotej ery kariery? Jorge Martin po tytule z 2024 roku zamiast stabilizacji znalazł się w samym środku chaosu, z narastającą liczbą kontuzji i coraz trudniejszymi decyzjami do podjęcia. Teraz, jak donosi Motorsport.com, Hiszpan ma w sezonach 2027 i 2028 ścigać się na Yamasze, co to tylko podkręca dyskusję o tym, dokąd tak naprawdę zmierza jego kariera…
Jorge Martin w listopadzie 2024 roku został mistrzem świata. Spełnił swoje największe marzenie i udowodnił, że nawet pochodząc z biednej rodziny i bez tradycji motocyklowych – można wejść na szczyt. Teoretycznie w tym momencie wszystko powinno się już układać po jego myśli. Zyskał spokój, bo osiągnął to, o czym marzył oraz wyrobił sobie status zawodnika, który wreszcie może dyktować warunki. Problem w tym, że kluczowa decyzja zapadła wcześniej. Jeszcze w połowie sezonu, zanim tytuł dla „Martinatora” stał się faktem, ten postanowił odejść z Ducati i związać się z Aprilią.
Ruch był ryzykowny, bo to Desmosedici jest bez wątpienia najlepszym motocyklem w stawce. Ale Martin chciał być w zespole fabrycznym, a Ducati oferowało mu jedynie fabryczny motocykl, ale nie w czerwonych, oficjalnych barwach. Skusiła go wizja bycia numerem jeden u producenta z widocznym potencjałem. Na papierze wyglądało to jak ruch mistrzowski. Tyle że MotoGP od dawna nie jest sportem, w którym wygrywa się na papierze.
Sezon 2025 Martin rozpoczął z opóźnieniem, a właściwie trudno powiedzieć, czy w ogóle go rozpoczął. Kontuzje ciągnęły się za nim od zimy, rehabilitacja goniła rehabilitację, a Aprilia RS-GP pozostawała motocyklem, którego mistrz świata niemal nie znał. Gdy tylko wrócił, brak testów i brak rytmu wyścigowego były coraz bardziej widoczne. Zamiast budować przewagę i autorytet, Jorge walczył o to, by w ogóle wrócić do ścigania się na sto procent możliwości. Fizycznie był daleki od ideału, a sportowo – pełnił rolę statysty we własnym sezonie.
Paradoks polegał na tym, że choć na torze prawie go nie było, to medialnie był wszędzie. Paddock żył kontraktowym cyrkiem, który Hiszpan rozpętał wiosną 2025 roku. Martin, mimo obowiązującej do końca 2026 roku umowy z Aprilią, próbował znaleźć drogę ewakuacyjną. Klauzule, interpretacje zapisów, publiczne deklaracje menedżera o „wolnym zawodniku”, groźby pójścia do sądu ze strony Aprilii… Wszystko to kręciło się wokół zawodnika, który w tym czasie bardziej znał szpitale i sale rehabilitacyjne niż garaż swojego nowego zespołu.

Pierwszy sezon Martina na Aprilii okazał się niewypałem…
Mistrz świata był nieobecny w wyścigach, ale w nagłówkach prasowych pełnił rolę pierwszoplanową. I trudno było nie odnieść wrażenia, że sezon 2025 Martin przegrał nie z rywalami, tylko z własnym ciałem i własnymi decyzjami. Ostatecznie wycofał się z pomysłu przedwczesnego odejścia od producenta z Noale. Potwierdził, że zostaje w Aprilii na 2026 rok. Wszystko to bez przeprosin i z jasnym przekazem: zrobiłem to, co uważałem za najlepsze dla swojej kariery. Tyle że niesmak pozostał, a relacja z zespołem, nawet jeśli formalnie uratowana, przestała przypominać solidny fundament pod walkę o wspólne cele.
Zima przed sezonem 2026 znów przyniosła operacje i kolejne znaki zapytania. Efekt? Martin nie wystartuje w pierwszych zimowych testach w Malezji, co w MotoGP zawsze jest złym sygnałem. I właśnie teraz, zanim jeszcze motocykle na dobre wyjechały na tor, gruchnęły doniesienia od Motorsport.com, które rozpętały burzę za kulisami: Fabio Quartararo ma odejść z Yamahy do Hondy, a jego miejsce w fabrycznym zespole zajmie… Jorge Martin.
Tyle tylko, że idąc do Aprilii, Martin wybierał producenta, który choć jeździł w kratkę, to miał potencjał na walkę o podia i wygrane. Yamaha jest dziś w zupełnie innym miejscu. Projekt jest w fazie głębokiej przebudowy. Na rok przed zmianą przepisów technicznych, Japończycy porzucili dotychczasową filozofię i przeskoczyli na nowy silnik V4. De facto Yamaha buduje motocykl od zera. Jeśli Quartararo rzeczywiście odejdzie, producent z Iwaty zostaje bez naturalnego lidera czuwającego nad rozwojem motocykla na sezon 2027. Japończycy będą bez swojego punktu odniesienia i bez zawodnika, który przez lata ciągnął ten wózek mimo coraz trudniejszych warunków.
I w sam środek tego procesu ma wejść Martin, po serii ciężkich kontuzji, z coraz mniejszym marginesem błędu i ogromnym znakiem zapytania nad swoją formą. To już nie wygląda jak transfer mistrza świata u szczytu swoich możliwości. To bardziej przypomina ruch zawodnika, który desperacko szuka stabilnego gruntu pod nogami.
Oczywiście, historia zna podobne przypadki. W 2021 roku Martin zaliczył wyjątkowo brutalny debiut w MotoGP. Poważny upadek w drugiej rundzie sezonu skutował licznymi złamaniami i wielotygodniową rehabilitacją. Ale „Martinator” wrócił jak Terminator. Jeszcze w tym samym roku wygrał po raz pierwszy w klasie królewskiej, a kilka lat później został mistrzem świata. Tyle że tamten Jorge był niesamowicie głodny sukcesu, a jednocześnie miał czas na pokazanie, na co go stać. Dzisiejszy Jorge ma na koncie tytuł mistrzowski, ale też rok walki z własnym organizmem i coraz mniej przestrzeni na kolejne „plany naprawcze”.
Dlatego pytanie nie brzmi już tylko, czy Jorge Martin wróci do topowej formy. Chodzi o coś więcej. O to, czy będzie w stanie jednocześnie odbudować siebie i pociągnąć projekt Yamahy w momencie, gdy ten najbardziej potrzebuje lidera. Coraz częściej słychać bowiem głosy, że Martin nie jest zawodnikiem z mentalnością Marca Marqueza. Takim, który absolutnie wszystko podporządkował jednemu celowi – powrotowi do wygrywania i walki o mistrzostwo świata. Marquez przeszedł przez lata bólu, operacji i wątpliwości, podporządkowując całe swoje życie jednemu scenariuszowi. Chciał przede wszystkim udowodnić sobie, że zrobił absolutnie wszystko, co było możliwe, by wrócić na szczyt.

Jorge Martin sprawia wrażenie zawodnika, który mocno się pogubił.
Na tym tle Martin ostatnimi czasy sprawia wrażenie zawodnika, który się pogubił. Takiego, który gdy sytuacja zaczyna się komplikować, częściej szuka nowej drogi niż próbuje wyciągać maksimum z tego, co ma pod ręką. Zamiast długiego, niewdzięcznego procesu odbudowy – pojawia się myśl o zmianie otoczenia. Trudno oprzeć się wrażeniu, że coraz większy wpływ mają na niego ludzie z jego otoczenia, a decyzje podejmowane są bardziej pod presją chwili niż w oparciu o chłodną strategię. W MotoGP to droga, która bywa kusząca, ale rzadko prowadzi do wielkich powrotów. Bo mistrzostwa świata najczęściej wygrywają nie ci, którzy zawsze wybierają najlepszą opcję na papierze, lecz ci, którzy potrafią wytrzymać moment, gdy żadna opcja nie wygląda dobrze.
I tu pojawia się największy znak zapytania w całej tej historii. Bo jeśli Jorge Martin ma wrócić na szczyt, to nie wystarczy, że znów będzie szybki. W MotoGP na tym etapie kariery nie wygrywa się samym talentem ani nawet tytułem mistrzowskim w CV. Wygrywa się gotowością do podporządkowania wszystkiego jednemu projektowi – nawet wtedy, gdy ten projekt nie daje żadnych gwarancji. A Yamaha, stojąca na progu rewolucji, potrzebuje dziś nie tyle mistrza świata, co zawodnika gotowego wskoczyć w ogień i zostać w nim do końca. Pytanie brzmi więc nie „czy”, ale „jak długo” Jorge Martin będzie chciał w tym ogniu wytrzymać?
Czytaj też:
- Fabio Quartararo dołączy do Hondy?! To może być transferowy hit
- Slider Marqueza, buty Millera, kurtka Dąbrowskiego… Licytuj wyjątkowe gadżety z MotoGP i motorsportu na WOŚP!
- Jorge Martin opuści testy na torze Sepang!
- Czy przyszłość KTM-a wciąż ma twarz Pedro Acosty?
- Czy Marc Marquez znów przyćmi Pecco Bagnaię?
Zdjęcia: Red Bull Content Pool