Na taki pseudonim Jacek co roku ciężko pracował na afrykańskich pustyniach i amerykańskich bezdrożach. Ukończył każdy Dakar, w którym wziął udział. Teraz opiekuje się juniorskim składem Orlen Teamu i radzi, jak ukończyć najtrudniejszy rajd świata.

– O Twoich motocyklowych początkach można by napisać osobny artykuł. Regularnie startowałeś w zawodach, ale Polacy poznali Ciebie dopiero przez rajd Dakar. Jak do tego doszło? W którym roku zacząłeś startować w Dakarze?


REKLAMA

– Pomysł zrodził się w okolicach roku 1997. Miałem wtedy naprawdę niezłą pracę w poligrafii, ale nie o to mi w życiu chodziło. Marcin Praszczałek prowadził wtedy salon MGP Yamaha oraz program telewizyjny Jednymśladem. Uwierzyłem, że ta współpraca może się udać. Zgodziłem się na kilkukrotnie mniejsze wynagrodzenie, ale została mi obiecana pierwsza w Polsce Yamaha WR 400. 

Jacek Czachor - Lis Pustyni

Niestety, dotarła już po pierwszej eliminacji mistrzostw Polski, ale gdy znalazła się w moich rękach, to wygrałem na niej sześć z ośmiu rund. Marcin miał podobną wizję do mojej. Chciał, żeby w Dakarze jechali Polacy. Tak więc zamiast kariery w poligrafii, zająłem się sprzedażą motocykli, ściganiem i szukaniem sposobu na start w Dakarze.

– I jak się to udało?
– Oczywiście przypadkowo. Przyszedł do mnie człowiek, który nigdy nie jeździł na motocyklu. Namówiłem go na zakup Yamahy TTR. Zgodził się pod warunkiem, że nauczę go na niej jeździć. Spotykaliśmy na polanie, dużo rozmawialiśmy, więc wiedział, że marzę o Dakarze. Po jakimś czasie jego żona awansowała w Orlenie. Nie byłem świadomy, kogo uczę i że ten człowiek może mi jakoś pomóc, nic mi wcześniej nie mówił…

– Aż w końcu…
– Dostałem zaproszenie na rozmowę z zarządem. Był to początek roku 1999. Spodobał im się pomysł startu w najtrudniejszym rajdzie świata. Gdy już wiedziałem, że to może wypalić, zadzwoniłem do Marka Dąbrowskiego. Był akurat na wakacjach. Zapytałem, czy w razie czego pojechałby ze mną w Dakarze. Chyba nie potraktował tego poważnie, bo powiedział, że jasne. Po dwóch tygodniach zadzwoniłem, że załatwione. Trochę go zatkało…

– Potrzebowałeś partnera?
– W pojedynkę byłoby wyjątkowo trudno. W końcu była to zupełna nowość. Poza tym nie tylko dla nas, ale i sponsora, było to duże wydarzenie. Zaangażowane zostały media, wysłana telewizja. Co by było, gdybym nie dojechał? Dwóch kierowców zwiększało szansę, że Polak stanie na mecie. No i stanęliśmy obydwaj. Jechaliśmy wtedy z Dakaru do Kairu.

– Jak to wyglądało w praktyce? Przyjechaliście na start i co?
– Nie było to totalnie obce środowisko. Rok wcześniej byłem na Dakarze, żeby go oglądać. Znałem też Stefana Peterhansela z rajdów enduro i trochę z nim rozmawiałem. Powiedział mi wtedy słowa, których nie zapomnę: „Startujesz pewnie w motocrossie. Widziałem Cię też na Sześciodniówce. Wbij sobie do głowy, że wcale nie umiesz jeździć. Jeśli wystartujesz z takim podejściem, to może ukończysz Dakar”. To jest święta racja. Trzeba mieć bardzo dużo pokory.

Jacek Czachor - Lis Pustyni

– Jakimi motocyklami pojechaliście po raz pierwszy?
– Były to oczywiście Yamahy WR 400. Niestety, trochę słabe, bo obciążone motocykle nie jechały więcej niż 125 km/h. Do tego dodatkowe zbiorniki nam się obrywały. Było sporo przygód…

– Mieliście już wtedy cały zespół? Jak sobie radziliście z obsługą?
– Był z nami tylko jeden mechanik – Adam Bujakowski z Yamahy MGP, no i oczywiście Marcin Praszczałek. Jakoś sobie poradziliśmy, ale mieliśmy trochę szczęścia, choć trudno je nazwać szczęściem. W trakcie zawodów był jakiś atak terrorystyczny i ściganie przerwano na 3 dni. Trochę to nam pomogło. Bez Marka też bym nie dał rady. Przedostatniego dnia wywróciłem się i połamałem palce w dłoni. Ostatnie 220 kilometrów Marek mi pomagał. Ostatni dzień prowadził asfaltami pod piramidy. Przerzuciliśmy manetkę gazu na lewą stronę i dojechałem na siedząco.

– I już do końca kariery kończyłeś wszystkie Dakary…
– Tak, udało się. O ile wiem, to jestem jedynym człowiekiem, który przejechał i ukończył trzynaście Dakarów pod rząd na motocyklu. Cyril Depres ze mną rywalizował, ale ostatecznie jednego nie dojechał. Co ciekawe, wspólnie zaczynaliśmy karierę. On też po raz pierwszy jechał WR 400.

– Fajnie było startować w Afryce?
– Zdecydowanie, o wiele bardziej wolałem rajdy przez Afrykę niż przez Amerykę.

– Ameryka to nie tylko lokalizacja, ale chyba również inny ogólny charakter Dakaru…
– Kiedyś o wiele więcej zależało od zawodnika i nie chodzi tylko o jazdę. Każdy z nas musiał być mechanikiem. Półgodzinny postój na naprawę był na porządku dziennym. Woziliśmy dętki, linki zapasowe, wszystko, co mogło się przydać. Teraz kierowcy z czołówki często nie wiedzą, co to jest mechanika. Owszem, byli kiedyś „specjalni” motocykliści, którzy zawodnikom fabrycznym wieźli dodatkowe części i w razie czego pomagali. 

Jacek Czachor - Lis Pustyni

Teraz liczy się tylko „wiór”. Żeby rywalizować o zwycięstwo, musisz cały czas jechać pełnym gazem. Jak coś Ci się zepsuje, to możesz jechać do domu. Na drugim Dakarze naprawy motocykla zajęły mi dziesięć godzin, a i tak dojechałem dwudziesty czwarty.

– Jaka była Twoja reakcja, gdy zmniejszono pojemność z 660 ccm do 450 ccm? Czułeś deficyt mocy?
– Absolutnie nie, na osiągach nie bardzo się to odbiło. „Czterystapięćdziesiątki” były od początku lżejsze i mniej paliwożerne, więc można było zmniejszyć zbiorniki paliwa. Można była w końcu nimi skakać i sprawniej jechać. Ten pomysł był bardzo dobry. Obecnie wszystkie „czterystapięćdziesiątki” są aż za szybkie. Powinni coś zrobić, żeby je nieco zwolnić.

– Powiedziałeś, że aby zwyciężyć teraz w Dakarze, nie musisz być mechanikiem. A co z nawigacją? O co chodzi z „map manami”?
– Nawigacja wciąż jest najważniejsza. Map manów (ludzi od opracowywania map) mają tylko zespoły fabryczne. Oni studiują trasę i jeśli jest jakaś niejasność, podpowiadają, co trzeba zrobić w danym punkcie geograficznym. O wiele łatwiej jest uniknąć błędów. Kiedyś znajdowali skróty do „way pointów” (punktów kontroli przejazdu -red.). Teraz jest ich na trasie więcej i trudniej znaleźć skrót.

– W zeszłych edycjach na „way pointach” dochodziło do groźnych sytuacji, gdy kierowcy samochodów i motocykli często wpadali „na czołówkę”.
– Kiedyś way point zaliczało się, wjeżdżając w okrąg, który miał przykładowo 600 metrów. Teraz są one ukryte i mniejsze, bo mają jakieś 200 metrów średnicy. Żeby strzałka nawigacji przełączyła się na kolejny, musisz w niego trafić. Załogi kręcą się więc po jednym terenie i stąd się biorą afery.

– Po co takie zmiany?
– Celem było, żeby rajd zwolnił. Motocykle teraz jeżdżą bez problemu 180 km/h. Zawodnicy jeżdżą jak na motocrossie. To trzeba zobaczyć, żeby uwierzyć. Cały odcinek, który ma na przykład 400 kilometrów, są w stanie przejechać jak wyścig motocrossowy.

– Trzeba mieć coś „odpięte” w psychice, żeby takim tempem jechać w nieznane…
– W gruncie rzeczy działa to jak w każdym sporcie motorowym. Nie możesz mieć zahamowań. Już za moich czasów jeździliśmy po 140 km/h po kamieniach w terenie. Najszybciej jechałem ponad 190 km/h. Teraz zawodnicy jeżdżą jeszcze szybciej.

Jacek Czachor - Lis Pustyni

– Co sądzisz o klasie Malle Moto? To ludzie, którzy pokonują trasę bez wsparcia technicznego.
– Chciałbym jeszcze tak wystartować. To kojarzy mi się z dawnym Dakarem. Jeśli masz dobrze przygotowany motocykl i jesteś doświadczony, to pracy nie jest bardzo dużo. Normalnie, to codziennie wymienia się olej, żeby sprawdzić, czy nie ma w nim opiłków, a „dakarówka” w tej klasie na jednym oleju przejedzie spokojnie trzy dni. Jeśli się bardzo nie ścigasz, to klocki hamulcowe też się mniej zużywają. Największą sztuką jest nie wywracać się, żeby się nie męczyć i nie mieć awarii. To bardzo ciekawa rywalizacja.

– Jak z naszymi młodymi zawodnikami? Będzie z nich coś?
– Już jest. Rywalizacja motocyklowa stoi teraz na bardzo wysokim poziomie. To nie quady, gdzie do pierwszej dziesiątki stosunkowo łatwo wejść. W motocyklach masz prawdziwe zespoły fabryczne: KTM, Husqvarna, Yamaha, Honda, Sherco – pięć zespołów z bardzo silnym zapleczem. Jest w nich od trzech do pięciu zawodników, czyli już pierwsza dwudziestka jest silnie obstawiona. Każdy wynik w pierwszej dwudziestce jest więc ogromnym sukcesem.

– W tym roku Dakar odbywał się w obrębie Peru. Dlaczego ograniczono się do jednego kraju?
– Dakar to impreza komercyjna, więc często problemem są pieniądze, które kraj musi zapłacić, by impreza odbywała się na jego terenie. Oczywiście w grę wchodzą rozliczenia barterowe w postaci biwaków, zaopatrzenia, ochrony. Jest dużo składowych, które w tym roku jawnie się nie zgrały. Zawodnicy też nie chcieli za bardzo jechać przez Boliwię. Inne kraje ostatecznie odmówiły i trzeba było ograniczyć się do Paru, ale za rok coś będą musieli wymyślić, bo podobny scenariusz nie przejdzie.

– Myślisz, że jest szansa, żeby Dakar wrócił do Afryki?
– Oczywiście! Moim zdaniem problemem nie jest bezpieczeństwo, tylko pieniądze. Kraje afrykańskie nie mogą sobie pozwolić na zapłacenie za Dakar. Były pomysły na Chiny, ale tam byłoby mniej zawodników, a w Południowej Ameryce jest trochę chętnych.

Jacek Czachor - Lis Pustyni

– Równolegle z Dakarem funkcjonuje wciąż Africa Race. Myślisz, że mogłoby dojść do zjednoczenia tych wydarzeń?
– Africa Race prowadzi przez nasze dawne odcinki. Fajnie byłoby, gdyby organizatorzy się dogadali. Kiedyś nie byłoby to możliwe, ale w A.S.O. (organizator Dakaru – red.) zmienia się ekipa i nie widzę przeciwwskazań. W Afryce pojawiają się już poważne zespoły, np. Kamaz z ciężarówkami. Dakar ma jednak ugruntowany prestiż i media, a bez tego nikt do Afryki nie wróci.

– Coś czuję, że długo moglibyśmy o Dakarze rozmawiać. Może umówimy się na drugą rundę?
– Każdy start pisał osobną historię i wiele godzin można je wspominać. Daj znać, chętnie z Markiem i innymi chłopakami usiądziemy i o przygodach poopowiadamy.

KOMENTARZE


REKLAMA
Polecane artykuły
Ten z pozoru niezbyt okazały motocykl jest dla naszej redakcji…
Podejrzewam, że każdy z Was kiedyś się skąpał w rzecze…