Categories: MotoGPSport

MotoGP: Czy show stało się ważniejsze niż bezpieczeństwo?

Dwie czerwone flagi i pytanie, które musiało paść

Są takie dni, po których wynik przestaje mieć większe znaczenie. Fabio Di Giannantonio wygrał wyścig o GP Katalonii, Pecco Bagnaia dostał podium w prezencie po karze za ciśnienie opon u Joana Mira, ale to wszystko brzmi jak coś mało istotnego. Najważniejsze obrazki z Barcelony to nie zdjęcia z podium. To zniszczone Ducati Alexa Marqueza, zawodnik opatrywany na torze, Johann Zarco leżący po drugim koszmarnym wypadku oraz Bagnaia i Luca Marini biegnący mu na pomoc.

MotoGP ma dziś nie tylko problem z bezpieczeństwem, ale też z tym, jak jego decyzje są odbierane przez zawodników i kibiców. Bo nawet jeśli procedury zostały formalnie zachowane, obraz dwóch restartów po dwóch poważnych wypadkach wyglądał po prostu źle.

Najpierw KTM Acosty nagle stracił moc na wyjściu z 9. zakrętu. Alex Marquez, jadący tuż za nim, nie miał czasu na reakcję. Uderzył w tył motocykla Acosty, wyleciał poza tor, a jego maszyna rozpadła się na kawałki. U Marqueza skończyło się „tylko” na złamaniu prawego obojczyka oraz niewielkim złamaniu kręgu C7. Hiszpan jest już po operacji i pomału wraca do zdrowia. Kiedy wróci do rywalizacji? Tego nie wiadomo. Na pewno opuści rundy we Włoszech i na Węgrzech.

Po restarcie dramat powtórzył się niemal natychmiast. W pierwszym zakręcie doszło do kolejnej kraksy, tym razem z udziałem Zarco, Bagnaii i Luki Mariniego. Chwilę później Zarco leżał na poboczu z nogą zakleszczoną w Ducati Pecco, a włoscy zawodnicy biegli mu na pomoc. Być może do takiego zakleszczenia w ogóle by nie doszło, gdyby nie systemy obniżające zawieszenie, które na szczęście od przyszłego roku znikają z MotoGP (i mają być zakazane na starcie w tym roku na Silverstone i Phillip Island). Wyścig znów został przerwany, a po dłuższej akcji medyków na torze – podjęto decyzję o trzecim już tego dnia starcie.

I właśnie tutaj pojawiają się wątpliwości, bo owczem przepisy przewidują restart przerwanego wyścigu. Czerwona flaga oznacza natychmiastowe zatrzymanie jazdy ze względów bezpieczeństwa, a dyrekcja wyścigowa decyduje, czy wyścig zostanie uznany za zakończony, wznowiony albo anulowany. Przy trzech lub więcej okrążeniach, ale mniej niż 3/4 dystansu w MotoGP, wyścig może być restartowany. W praktyce regulamin zostawia więc szerokie pole do manewru. Należy jednak zastanowić się, w którym momencie we wszystko powinien włączyć się zdrowy rozsądek.

Zawodnicy też mieli wątpliwości

Pedro Acosta powiedział po wszystkim wprost, że po dwóch czerwonych flagach nie było potrzeby robić „trzeciej próby”. Dodał też, że owszem show jest ważny, ale to zawodnicy tworzą show. Nie harmonogram transmisji, nie sponsorzy i nie presja, żeby dowieźć widowisko do końca. Warto mieć na uwadze, że Acosta mówił to z perspektywy zawodnika, który chwilę wcześniej był właśnie jednym z poszkodowanych w poważnym wypadku. Tłumaczył, że w jego KTM-ie doszło prawdopodobnie do awarii elektroniki: motocykl nagle odciął moc, gaz przestał reagować, a on w tym momencie był schowany za owiewką. Przy tak małych odległościach między zawodnikami wystarczyły ułamki sekund, by Alex Marquez nie miał już żadnej szansy na uniknięcie kontaktu.

Bagnaia przyznał z kolei, że przed kolejnym startem jedyne, co chciał wiedzieć, to czy Alex Marquez jest przytomny. Chwilę później sam brał udział w w kolejnym wypadku, w którym mocno się poobijał, a potem pomagał jeszcze poszkodowanemu rywalowi. To wszystko miało swoje konsekwencje, bo Włoch po przejechaniu trzech okrążeń „trzeciego” wyścigu zaczął źle się czuć. Tłumaczył, że przy hamowaniu kręciło mu się w głowie. Po wszystkim stwierdził też wprost, że według niego potrzebna jest zasada zakazująca trzeciego startu po dwóch tak dużych wypadkach.

W podobnym tonie wypowiadał się Jorge Martin, który po wszystkim zwracał uwagę, że owszem, takie są wyścigi, ale mimo wszystko w pewnym momencie dalsze rozgrywanie Grand Prix wydawało mu się niepotrzebne. Najmocniej brzmiało jednak inne jego zdanie: „Kiedy widzisz karetki na torze, widzisz ludzi walczących o życie, a jednocześnie wyścig nadal trwa, to nie jest to potrzebne”.

Tymczasem Johann Zarco już po pierwszym wypadku miał obitą stopę po tym, jak uderzył w nią element z rozpadającego się motocykla Alexa Marqueza. Francuz mówił po fakcie, że właśnie wtedy, siedząc w garażu ze stopą obłożoną lodem, powinien był podjąć decyzję o wycofaniu się z dalszej jazdy. Kiedy ponownie ustawiał się na polach startowych, nie był już — jak sam to określił — w trybie wyścigowym. I był zły na siebie, że mimo wszystko przystąpił do drugiego startu. To pokazuje tylko, że że nie mówimy tu o jakimś abstrakcyjnym „obciążeniu psychicznym”, a o realnych wnioskach zawodnika, który chwilę później był uczestnikiem kolejnego poważnego wypadku.

Johann Zarco po kolizji z resztkami motocykla Alexa Marqueza miał obitą stopę. Pomimo tego zdecydował się na udział w restarcie. Potem tego żałował.

Oczywiście można powiedzieć, że takie są wyścigi. Tor uprzątnięto, procedury zostały zachowane, warunki pozwalały na dalszą jazdę, a MotoGP nigdy nie było i nigdy nie będzie sportem bezpiecznym. Wypadki, kontuzje, czerwone flagi i restarty są częścią tej gry. Tylko że tu nie chodziło o zwykłą wywrotkę, po której zawodnik co najwyżej wraca wściekły do garażu. Nie chodziło o typową kraksę w walce o pozycję. Mówimy o dwóch czerwonych flagach po dwóch bardzo poważnych wypadkach, o zawodnikach zabranych do szpitala i o ludziach, którzy chwilę później mieli znów ruszyć do walki, jakby nic się nie stało.

Wiadomym jest, że organizatorzy mogli wznowić wyścig. Pytanie brzmi jednak, czy faktycznie powinni to robić. Bo czy my, siedząc po drugiej stronie ekranu, naprawdę wiemy lepiej od Bagnaii, Acosty czy Martina – jakby nie patrzeć, mistrzów świata Grand Prix – że powinni bez wahania wsiąść z powrotem na motocykle?

Oczywiście łatwo powiedzieć, że „MotoGP to nie balet”. Zdecydowanie trudniej byłoby stanąć na polu startowym po dwóch czerwonych flagach i samemu odkręcić gaz do pierwszego zakrętu. W końcu ci zawodnicy nie przestraszyli się nagle własnego sportu. Oni doskonale wiedzą, na co się piszą. Tyle że jest ogromna różnica między akceptacją ryzyka a udawaniem, że po dwóch czerwonych flagach wszystko jest w porządku.

Pecco Bagnaia to jeden z kilku zawodników, który nie był przekonany co do drugiego restartu…

„Przytomny” nie zawsze znaczy „bezpieczny”

Problem polega też na tym, że komunikat „zawodnik jest przytomny” w MotoGP nie zawsze uspokaja tak, jak powinien. W Katalonii po wypadku Alexa Marqueza najpierw podano, że jest przytomny, a następnie informowano o przetransportowaniu go do szpitala na dalsze badania. Po tym nastąpił restart, ale wznowienie show wcale nikogo nie uspokoiło.

Przypomnieć trzeba to, co wydarzyło się po wypadku Marco Simoncellego w Sepang w 2011 roku. Pierwsze komunikaty i informacje krążące w paddocku również nie oddawały skali dramatu. Mówiono, że zawodnik jest przytomny i przetransportowano go do centrum medycznego. Tylko że Simoncelli podczas wypadku stracił przytomność i nigdy jej nie odzyskawszy – zmarł chwilę później. Dlatego w MotoGP słowo „przytomny” już po prostu nie uspokaja.

Jeszcze świeższy i dla wielu zawodników bardzo bolesny przykład to Malezja 2025 i koszmarny wypadek Noaha Dettwilera oraz Jose Antonio Ruedy w Moto3. Po zdarzeniu pojawiła się informacja, że obaj zawodnicy są przytomni. Później okazało się, jak dramatyczna była rzeczywistość: u obu doszło do zatrzymania krążenia i długiej reanimacji, do tego doszło u nich do poważnych złamań oraz mniejszych lub większych obrażeń wewnętrznych. To fakty, które tłumaczą, dlaczego zawodnicy stojący na polach startowych po czerwonej fladze (a także i kibice czy członkowie zespołów) nie zawsze ufają komunikatom „z góry”.

Dlatego w Katalonii samo „Alex jest przytomny” nie dla wszystkich było komunikatem uspokajającym. Nie po tym, co przydażyło się Simoncellemu i nie po wypadku z Malezji w ubiegłym roku. Nie w sporcie, w którym między „przytomny” a „bezpieczny” potrafi istnieć przepaść.

Barcelona też wymaga pytań

Do tego dochodzi wątek samego toru. Wypadek Alexa Marqueza trzeba przeanalizować nie tylko pod kątem awarii motocykla Acosty czy braku czasu rywali na reakcję, ale także tego, co wydarzyło się poza nitką toru. Jak można zauważyć na nagraniach, w pewnym miejscu obok tylnej prostej, pośrodku trawy jest fragment utwardzonej nawierzchni. To właśnie w tym miejscu Alex, który chwilę wcześniej po zderzeniu z Acostą miał jeszcze jako-tako kontrolę nad motocyklem, stał się tylko pasażerem na swoim Desmosedici.

Barcelona już wcześniej była zresztą miejscem, w którym słowo bezpieczeństwo było odmieniane przez wszystkie przypadki. W 2016 roku na Circuit de Barcelona-Catalunya zginął Luis Salom. Po jego śmierci zmieniano konfigurację toru, a kolejne lata przynosiły kolejne dyskusje o tym, gdzie kończy się kompromis, a zaczyna ryzyko nie do zaakceptowania.

I nie chodzi tu tylko o miejsce wypadku Marqueza. Po kraksie Zarco zawodnicy znów wrócili do tematu pierwszego zakrętu. Słowo „znów” jest tutaj kluczowe, bo hamowanie do jedynki w Katalonii od lat budzi zastrzeżenia. W przeszłości dochodziło tam do groźnych sytuacji, między innymi z udziałem Taki Nakagamiego, Enei Bastianiniego czy Bagnaii. W tym sezonie w tym samym miejscu doszło do wypadku Zarco, Mariniego i Bagnai.

Zawodnicy zauważają, że problemem jest zbyt duża odległość pól startowych od punktu hamowania do zakrętu. Joan Mir mówił wprost: piąty bieg, około 300 km/h i ponad 20 motocykli hamujących w tym samym miejscu. Fabio Di Giannantonio tłumaczył, że przy takim dojeździe trudno idealnie wyczuć punkt hamowania, bo prędkość i warunki są inne niż na normalnym okrążeniu. Mały błąd może więc natychmiast zamienić się w wielką katastrofę. Dlatego zawodnicy od dawna proponują przesunięcie pól startowych bliżej pierwszego zakrętu, żeby zmniejszyć prędkość, z której rozpoczyna się hamowanie.

Ponad 20 zawodników hamujących w tej samej chwili z prędkości 300 km/h…

Kto powinien powiedzieć zawodnikowi: stop?

Osobny temat to dopuszczanie zawodników do jazdy po poważnych wypadkach. Jorge Martin piątkowej glebie w zakręcie numer 12 sam przywoływał pamięć o Salomie i mówił o potrzebie poprawy bezpieczeństwa. Hiszpan już wtedy kulał, a za kulisami dodatkowo pojawiły się doniesienia o możliwym wstrząśnieniu mózgu. Mimo to Hiszpan jechał dalej, a w trakcie kolejnych sesji upadał jeszcze kilkukrotnie. W takim momencie najważniejszym pytaniem nie powinno być, czy zawodnik chce jechać dalej, ale czy faktycznie ktoś powinien mu na to pozwolić.

Aktualny konsensus medyczny dotyczący wstrząśnień mózgu w sporcie wskazuje, że przy objawach sugerujących wstrząśnienie mózgu zawodnik powinien zostać odsunięty od rywalizacji i nie wracać tego samego dnia, chyba że doświadczony lekarz – po dokładnej ocenie – wykluczy uraz mózgu. CDC (Centers for Disease Control and Prevention, amerykańska agencja zdrowia publicznego) podkreśla, że po wstrząśnieniu mózgu sportowiec powinien wracać do treningu i rywalizacji tylko za zgodą oraz pod nadzorem lekarza. Zbyt szybki powrót zwiększa ryzyko kolejnego urazu, a literatura medyczna opisuje też tzw. second impact syndrome – rzadką, ale niezwykle groźną sytuację, w której drugi uraz głowy następuje przed pełnym wyzdrowieniem po pierwszym, co może doprowadzić do gwałtownego obrzęku mózgu, trwałego uszkodzenia neurologicznego albo śmierci.

Po poniedziałkowym upadku w zakręcie numer 7 podczas testów w Barcelonie, Martin znów trafił do centrum medycznego, a następnie do szpitala na dalsze badania. Był to jego szósty wypadek w ciągu zaledwie czterech dni. Nie wykryto u niego widocznych złamań ani innych urazów. Jednak sam fakt, że po kilku upadkach w tak krótkim czasie zawodnik dopuszczany jest do rywalizacji pokazuje, że być może istnieje wręcz systemowe przyzwolenie na zbyt duże ryzyko. Pamiętacie jeszcze Jorge Lorenzo i jego piąte miejsce w Assen w zaledwie 48 godzin od operacji złamanego obojczyka zrobiły wrażenie? Kolejny upadek tydzień później w Niemczech doprowadził do wygięcia tytanowej płytki i dłuższej rekonwalescencji. A Marc Marquez łamiący rękę w Jerez w 2020 roku, wracający do akcji zaledwie kilka dni później? Po latach Hiszpan przyznawał, że tamten ekspresowy powrót był największym błędem jego kariery, którego skutki odczuwa do dziś.

Komisja Bezpieczeństwa, która nie działa

Wygląda na to, że zawodnicy powinni wreszcie zrozumieć, że ich pojedyncze wypowiedzi po wypadkach nie wystarczą. Komisja Bezpieczeństwa w obecnym kształcie nie działa tak, jak powinna. W końcu większość stawki uznała, że nie ma sensu regularnie przychodzić na jej spotkania. Bagnaia mówił po GP Katalonii, że regularnie pojawiają się na nich właściwie tylko on, Jack Miller i Luca Marini. Jeśli z 22 gości, którzy ryzykują najwięcej, 19 nie widzi sensu w uczestnictwie w rozmowach o bezpieczeństwie, to należy zastanowić się, dlaczego przestali wierzyć w to, że te rozmowy coś zmieniają.

Jak na ironię zawodnicy, czyli jedyni ludzie, którzy przy 300 km/h płacą ciałem za każdy błąd systemu, nadal nie mają silnego, jednolitego głosu. W Formule 1 od dekad istnieje GPDA, stowarzyszenie kierowców, które potrafi mówić jednym głosem w sprawach bezpieczeństwa. MotoGP wciąż wygląda tak, jakby liczyło na to, że po prostu jakoś to będzie. Rozwiązaniem mogłoby być wyznaczenie kogoś, kto reprezentowałby zawodników. Kogoś, kto potrafiłby przełożyć ich emocje, doświadczenia i obawy na konkretne postulaty. Były zawodnik w roli łącznika, ktoś taki jak chociażby Dani Pedrosa, mógłby pomóc, bo zna realia jazdy na granicy i bolesne skutki wielokrotnych kontuzji.

Czasem największą odwagą jest powiedzieć: wystarczy

Obecne MotoGP dokłada zawodnikom kolejne punkty ryzyka. Sprinty zwiększyły liczbę startów. Aerodynamika sprawia, że jazda i hamowanie za innym motocyklem są jeszcze trudniejsze. Każdy restart po ciężkim wypadku nie jest tylko kolejnym startem. Jest startem wykonanym przez ludzi, którzy przed chwilą widzieli rozbite motocykle, karetki, lekarzy i kolegów leżących przy torze. Nawet jeśli mówią, że potrafią się skoncentrować, nie zawsze jest to prawdą, co wprost przyznawał Johann Zarco.

Wypadek Alexa Marqueza miał w sobie coś z GP Austrii 2020. Wtedy po kolizji Johanna Zarco i Franco Morbidellego motocykle przeleciały przez tor tuż obok głów Valentino Rossiego i Mavericka Vinalesa. To był jeden z tych momentów, po których wszyscy wiedzieli, że oglądali cudem unikniętą tragedię. W Katalonii było podobnie.

Zawodnicy MotoGP w tym momencie potrzebują przede wszystkim wspólnego stanowiska w kwestiach istotnych i reprezentacji, która w takim dniu jak w Katalonii może powiedzieć organizatorom, że po prostu nie jadą dalej. Bo czasami największą odwagą zawodnika nie jest stanąć do kolejnego restartu, tylko po prostu powiedzieć „stop”. 

Przeczytaj też:

Zdjęcia: Red Bull, Ducati, Gresini Racing, Honda LCR

KOMENTARZE
Nelly Pluto

Recent Posts

EWC: Wójcik Racing Team gotowy na wyjątkowy weekend

Reprezentanci Wójcik Racing Teamu w najbliższy weekend po raz kolejny wystartują w legendarnym 8-godzinnym wyścigu…

3 lipca 2026

MotoJunior: Milan Pawelec gotowy na rundę ME Moto2 w Jerez

Po dwóch startach w mistrzostwach świata, w najbliższy weekend Milan Pawelec wraca do rywalizacji w…

3 lipca 2026

Motocykle BMW na rok modelowy 2027. Poważne zmiany w M 1000 RR!

BMW Motorrad przedstawiło zmiany w swojej ofercie na rok modelowy 2027. Wśród nich jest m.in.…

3 lipca 2026

Yamaha zakończy produkcję modelu YZF-R6. Kiedy producent wyjmie wtyczkę?

Od 1 stycznia 2021 r. motocykl Yamaha YZF-R6 jest dostępny w Europie tylko w wersji…

3 lipca 2026

Nowe przepisy dla motocyklistów w Hiszpanii. Co i kiedy się zmieni?

Hiszpania to prawdziwy raj dla motocyklistów, również tych z Polski. Tamtejsza rada ministrów przyjęła nowe…

3 lipca 2026

Desant na Suwalszczyznę. Letni rajd Oldtimer Clubu Poland

Wydaje się, że nie ma w Polsce, a być może i całej Europie, drugiego takiego…

2 lipca 2026