Na skróty:
Pod koniec 2024 roku Jorge Martin wreszcie dopiął swego i zdobył tytuł mistrza świata MotoGP. Przy okazji zamknął usta wszystkim, którzy przez lata widzieli w nim zawodnika piekielnie szybkiego, ale niekoniecznie takiego, który potrafi udźwignąć presję całego sezonu i dowieźć najważniejsze trofeum. W końcu przestał być tym, który „prawie”, „za chwilę”, „jak nie teraz, to zaraz” będzie czempionem. Został numerem 1, mistrzem świata, człowiekiem, który wdrapał się na sam szczyt i miał pełne prawo wierzyć, że teraz wszystko będzie już układało się po jego myśli.
I właśnie wtedy, gdy był na absolutnym topie, Martin postanowił zaryzykować. Jeszcze zanim zdobył tytuł, postanowił opuścić Ducati, czyli punkt odniesienia całej stawki i poszedł do Aprilii, bo chciał czegoś więcej niż tylko szybkiego motocykla. Chciał własnego projektu, statusu absolutnego numeru jeden i napisania własnej historii tego, który wyniósł danego producenta na szczyt, a nie tylko „przyszedł na gotowe”. Brzmi pięknie, prawda? Problem polega na tym, że MotoGP bardzo rzadko nagradza piękne pomysły. Znacznie częściej wystawia rachunek.
Sezon 2025 zaczął się dla niego w sposób wręcz absurdalny, bo zanim mistrz świata zdążył na dobre wejść w nowy rozdział, ten rozdział już mu się rozpadł w rękach. Pierwszy poważny cios przyszedł podczas testów w Sepang. Potężny high-side zakończył się złamaniem kości lewego śródstopia i prawego śródręcza, a więc urazami, które dla motocyklisty są wyjątkowo paskudne. Przyszła operacja, powrót do Hiszpanii, rehabilitacja, ostrożne odbudowywanie formy — standardowy, choć bolesny scenariusz.
Wszystko wskazywało jeszcze na to, że nawet jeśli Martin nie będzie idealnie przygotowany, to przynajmniej jakoś doczołga się do startu sezonu. Tyle że chwilę później los uznał, że to byłoby zbyt łatwe. W trakcie prywatnego treningu na supermoto Hiszpan znów się połamał i tym razem zrobiło się naprawdę grubo. Doszło do złożonego złamania lewej kości promieniowej, złamań kilku kości nadgarstka lewej dłoni oraz złamania kości piętowej lewej stopy. To nie były już obrażenia z kategorii „straci kawałek przygotowań”. To były urazy, które rozwaliły mu początek sezonu i sprawiły, że mistrz świata 2024 bardziej przypominał pacjenta niż lidera nowego projektu.
W praktyce Martin opuścił trzy pierwsze rundy sezonu i już na starcie stracił tygodnie jazdy na RS-GP. Wrócił dopiero w Katarze, czyli do czwartej rundy sezonu, ale trudno było mówić o normalnym powrocie. Przed tym weekendem miał na koncie śmiesznie mało kilometrów na nowym dla siebie motocyklu, a przecież Aprilia nie jest maszyną, na którą wsiada się z marszu i od razu robi swoje. Sam Martin przyjechał więc do Lusail z jasnym celem: przejechać weekend, zebrać dane, zrozumieć motocykl, wrócić do pracy.
Tyle że ten sezon najwyraźniej nie miał zamiaru dać mu nawet takiego luksusu. W niedzielnym wyścigu, jadąc daleko od czołówki, zaliczył upadek w 12. zakręcie, a chwilę później uderzył w niego Fabio Di Giannantonio. To był jeden z tych momentów, przy których człowiek odruchowo przestaje myśleć o tabeli wyników. Skończyło się urazem klatki piersiowej, odmą opłucnową i jedenastoma złamaniami żeber, przy czym niektóre z nich były złamane podwójnie. Innymi słowy: jego sezon, który ledwo zipał, został w tym momencie dobity.
Pauza po Katarze nie była już kwestią dwóch weekendów, tylko długiego, żmudnego wracania do podstawowej sprawności. I właśnie wtedy najmocniej wybrzmiała ludzka strona tej historii, bo Martin opowiadał później, że były momenty, kiedy potrzebował pomocy przy najprostszych czynnościach, a jego dziewczyna musiała go karmić i pomagać mu nawet przy myciu zębów. To jest ten etap, na którym sport przestaje być sportem, a zaczyna się zwykła walka człowieka z własnym ciałem.
Gdy kilka miesięcy wcześniej odbierał koronę mistrza świata, pewnie wyobrażał sobie wszystko — tylko nie to, że za chwilę największym sukcesem dnia będzie w miarę spokojny oddech i odrobina snu bez bólu. W Brnie mówił też bez owijania w bawełnę, że nikt nie jest w stanie zrozumieć, co dzieje się w głowie zawodnika, który leży w szpitalu z połamanymi żebrami i przez tydzień nie może spać.
I choć w MotoGP zawodnicy są przyzwyczajeni do bólu, to w jego przypadku nie chodziło już o typową kontuzję wpisaną w ten sport. Chodziło o serię ciosów, które spadły na niego jeden po drugim, zanim w ogóle zdążył rozpocząć prawdziwą przygodę z Aprilią.
I właśnie wtedy, gdy wszyscy jeszcze zastanawiali się, kiedy w ogóle znów wsiądzie na motocykl, Jorge postanowił dorzucić do tego medycznego chaosu coś jeszcze — kontraktowy kabaret. W maju 2025 roku w paddocku gruchnęła wiadomość, że mistrz świata chce odejść z Aprilii już po sezonie 2025, mimo że umowa obowiązywała do końca 2026 roku.
Trzeba uczciwie przyznać, że od strony formalnej Martin i jego otoczenie nie wyciągnęli tego z kapelusza, bo w grę miała wchodzić klauzula związana z wynikami i możliwością wcześniejszego rozstania. Problem polegał jednak na tym, że całość wyglądała mniej więcej tak, jakby człowiek kupił dom, nie zdążył wejść do salonu, bo najpierw spadł ze schodów, potem złamał nogę w ogródku, a następnie zaczął ogłaszać, że jednak ten adres chyba mu nie odpowiada.
Wizerunkowo było to dla Martina fatalne. Trudno było nie odnieść wrażenia, że zanim Aprilia dostała prawdziwą szansę, by zostać przez niego uczciwie oceniona, on już szukał wyjścia ewakuacyjnego. Jeszcze bardziej irytujące było to, że cały ten teatr rozpętał zawodnik, który na nowym motocyklu praktycznie nie przejechał pełnego sezonowego rozbiegu, a w tabeli nie istniał przede wszystkim dlatego, że większość czasu spędził połamany, a nie dlatego, że Aprilia nagle okazała się taczką z silnikiem.
Sytuacja szybko zrobiła się na tyle groteskowa, że przestała być tylko wewnętrznym problemem zespołu i zawodnika. Aprilia odpowiadała twardo, że kontrakt obowiązuje do końca 2026 roku i nie ma o czym rozmawiać. Otoczenie Martina mówiło, że klauzula została aktywowana i że zawodnik jest wolny. Menedżer Albert Valera niemal publicznie wystawiał tabliczkę „do wzięcia”, a media zaczęły już ustawiać mistrza świata raz w Hondzie, raz w innym projekcie, byle tylko utrzymać tę karuzelę w ruchu.
Wszystkie oczy skierowane na Jorge Martina.
Do sprawy musiał odnieść się nawet szef MotoGP Carmelo Ezpeleta, który jasno zaznaczył, że jeśli nie ma zgody obu stron albo odpowiedniego rozstrzygnięcia prawnego, to nikt sobie nie będzie po prostu zmieniał zespołu, bo tak mu wygodnie. I tu właśnie pojawia się największa szpila w całej tej historii: Martin chciał uchodzić za człowieka, który po prostu dba o własną przyszłość, ale przez kilka tygodni wyglądał raczej jak ktoś, kto próbował podpalić łódź, zanim sam dopłynął do brzegu.
Owszem, można to opakować w język profesjonalizmu, klauzul i prawa do decydowania o karierze. Tylko że MotoGP to nie kancelaria prawna. Tam wszyscy patrzą też na to, jak się zachowujesz, gdy robi się niewygodnie. A Martin w pewnym momencie nie wyglądał jak mistrz świata budujący nowy projekt, tylko jak facet, który przy pierwszym większym kryzysie zaczął nerwowo macać klamkę.
Najbardziej znamienne było jednak to, że kiedy sam w końcu zabrał głos, nie mówił jak człowiek wylewający frustrację bez sensu. Wręcz przeciwnie — tłumaczył to wszystko bardzo jasno i momentami nawet przekonująco. Podkreślał, że nigdy nie złamał kontraktu, że klauzula była warunkiem przyjęcia oferty Aprilii, że chciał mieć prawo oceny projektu w realnych warunkach, a po kontuzjach próbował jedynie przesunąć moment decyzji, żeby obie strony mogły dostać uczciwszą szansę. Formalnie to miało sens. Tylko że cały dramat polegał na tym, że nawet jeśli miał trochę racji, to wybrał moment i sposób, które sprawiły, że mało kto miał ochotę go za tę rację klepać po plecach.
Właśnie dlatego saga Martin-Aprilia była jednocześnie zrozumiała i irytująca. Z jednej strony zawodnik po ciężkich urazach naprawdę mógł mieć prawo do wątpliwości. Z drugiej strony trudno nie prychnąć, gdy mistrz świata, ledwie po kilku miesiącach i właściwie bez przepracowania podstaw, już próbuje uciekać z tego wcale nietonącego okrętu.
Potem nastąpił zwrot akcji, który był jednocześnie rozsądny i odrobinę zabawny, bo po całym tym huku wszystko skończyło się mniej więcej tak, jak często kończą się wielkie awantury w paddocku: wszyscy się obrzucili oświadczeniami, postraszyli sądem, media zrobiły z tego serial, a potem nagle trzeba było wrócić do roboty. W lipcu 2025 roku, tuż przed powrotem do ścigania w Brnie, Martin ogłosił, że zostaje z Aprilią także na sezon 2026.
Podczas konferencji prasowej przed GP Czech 2025, Jorge Martin potwierdził, że zostaje z Aprilią.
Nie zrobił tego jednak w tonie gościa, który bije się w pierś i przeprasza za zamieszanie. O nie. Martin poszedł w swoją ulubioną stylistykę, czyli pewność graniczącą z bezczelnością. Powiedział wprost, że niczego nie żałuje, że zrobił to, co uważał za najlepsze dla swojej kariery, i że nie czuje potrzeby przepraszania zespołu. Innymi słowy: najpierw chciał odejść, potem został, ale żeby było jasne — to nie on ma się tłumaczyć światu. I trzeba przyznać, że jest w tym coś bezczelnie konsekwentnego. Martin nie próbuje być lubiany. Chce być skuteczny. Czasem wychodzi mu to imponująco, a czasem wygląda po prostu jak klasyczne „narobię dymu, a potem będę udawał, że to inni przesadzili z alarmem”.
Trzeba mu jednak oddać jedno — kiedy wrócił do paddocku w Brnie, nie wrócił jako człowiek, który tylko coś obiecuje. Wrócił po miesiącach piekła, po jedenastu złamaniach żeber, po kolejnych tygodniach rehabilitacji i z pełną świadomością, że jego pierwszy rok w Aprilii został koncertowo zmasakrowany.
I właśnie w tej fazie zaczęła przebijać się z niego zupełnie inna nuta. Mówił o wsparciu ojca i partnerki. Mówił o tym, że musiał przepracować nie tylko ciało, ale i głowę. I nagle okazywało się, że za tym całym kontraktowym teatrem, za tym ciągłym napinaniem mięśni i budowaniem pozycji gościa, który wszystko kontroluje, siedział człowiek potwornie poobijany tym, jak kruche stało się jego własne ciało. To nie wymaże jego błędów ani nie kasuje niesmaku po całej sadze, ale daje tej historii coś, czego bardzo często brakuje w MotoGP — odrobinę prawdy bez PR-owego pudru.
Jorge Martin w akcji w sezonie 2025 MotoGP.
Jesień 2025 nie przyniosła mu żadnej bajkowej rekompensaty. Gdy już próbował łapać rytm, przyszła kolejna kontuzja, tym razem złamanie obojczyka w sprincie w Motegi. Potem jeszcze grudniowe operacje, rewizja lewego nadgarstka i prawego obojczyka, a w konsekwencji opóźniony start sezonu 2026. Kiedy Aprilia potwierdziła pod koniec stycznia, że Martin nie pojedzie w pierwszych testach w Sepang, można było odnieść wrażenie, że jego nazwisko już na stałe przykleiło się do komunikatów medycznych.
W MotoGP to sytuacja wyjątkowo niebezpieczna, bo ta seria nie ma cierpliwości do tych, którzy wiecznie wracają. Ona kocha tych, którzy są gotowi teraz, natychmiast, bez wymówek. Tymczasem Martin znów wchodził w sezon z deficytem kilometrów, zaległościami i kolejnym bagażem pytań. I właśnie dlatego początek 2026 roku robi takie wrażenie, bo wygląda jak pierwsza od dawna odpowiedź udzielona nie słowami, lecz tempem.
Najpierw była solidna inauguracja w Tajlandii, gdzie Martin nie wygrał, ale pokazał, że po zimowych problemach nie trzeba będzie długo czekać, aż złapie rytm. Potem przyszła Brazylia, a tam pierwsze podia na Aprilii: trzecie miejsce w sprincie i drugie w wyścigu głównym. Wtedy można było jeszcze mówić ostrożnie, że Martin wraca do gry, ale potrzebuje czasu, żeby na długim dystansie dorównać Marco Bezzecchiemu, który z RS-GP zdawał się tworzyć jedną, wyjątkowo skuteczną całość.
Jorge Martin świętujący z zespołem po wygranym sprincie w Teksasie.
Sam Jorge mówił po Brazylii, że nie czuje się jeszcze kandydatem do tytułu, bo wciąż brakuje mu okrążeń na Aprilii, a jego tempo w długim wyścigu nie jest jeszcze tak równe, jak powinno. Brzmiało to rozsądnie, może nawet zaskakująco dojrzale jak na zawodnika, który kilka miesięcy wcześniej urządził paddockowi kontraktowy serial. Tyle że bardzo szybko zaczęło się okazywać, że ta ostrożność może być tylko chwilowa. W Austin Martin wygrał sprint i coraz mocniej udowadniał, że jego forma nie jest jedynie chwilowym przebłyskiem.
Wreszcie przyszło Le Mans — miejsce, które w jego karierze i tak miało już szczególne znaczenie. To właśnie tam w 2024 roku wygrał sprint i wyścig główny, kompletując pierwszy dublet w sezonie, który później zakończył tytułem mistrza świata. Dwa lata później wrócił na francuski tor już jako zawodnik Aprilii, po sezonie z piekła rodem, po kontuzjach, operacjach, kontraktowych przepychankach i miesiącach wątpliwości. I zrobił dokładnie to, czego potrzebował: wygrał sprint, wygrał wyścig i przypomniał wszystkim, że gdy Jorge Martin jest w pełni sprawny i pewny siebie – potrafi być jednym z najgroźniejszych zawodników w MotoGP.
To zwycięstwo w Grand Prix Francji było jego pierwszą niedzielną wygraną od 588 dni. Poprzedni raz w wyścigu głównym triumfował podczas GP Indonezji 2024, jeszcze w barwach Pramaca na Ducati i w sezonie, w którym walczył o mistrzostwo świata. Le Mans 2026 jest więc nie tylko kolejnym zwycięstwem w statystykach, ale pełnoprawnym symbolem powrotu. Pierwszy raz od dwóch lat Martin znów zgarnął weekendowy dublet, wygrywając zarówno sprint, jak i wyścig w niedzielę. I trudno przejść obok tego obojętnie, bo w MotoGP takie szczegóły bardzo często budują większą narrację. W 2024 roku właśnie takie weekendy pokazywały, że Martin nie tylko jest szybki, ale potrafi przejmować kontrolę nad całym Grand Prix. Teraz zrobił to samo na Aprilii — motocyklu, którego jeszcze kilka miesięcy temu wielu nie widziało jako realnej broni do walki o mistrzostwo w jego rękach.
Po pięciu rundach sezonu 2026 sytuacja robi się więc naprawdę ciekawa. Martin nie jest już „tym, który wraca po kontuzjach”. Nie jest też zawodnikiem, któremu trzeba dawać czas, taryfę ulgową i cierpliwie czekać, aż złapie normalny rytm. On już ten rytm znalazł. Ma na koncie dwa wygrane sprinty, zwycięstwo w wyścigu głównym, jest wiceliderem klasyfikacji generalnej i traci tylko jeden punkt do Marco Bezzecchiego.
Co więcej, na tym samym etapie swojego mistrzowskiego sezonu 2024 miał tylko o dwa punkty więcej. Wtedy po pięciu rundach miał 129 punktów. Teraz ma 127. To porównanie aż prosi się o wielkie pytanie: skoro po takim koszmarnym roku, na nowym motocyklu i po opóźnionym wejściu w sezon jest praktycznie w tym samym miejscu punktowym co w sezonie zakończonym tytułem, to czy naprawdę można jeszcze udawać, że nie walczy o mistrzostwo?
Oczywiście, w maju nikt rozsądny nie rozdaje jeszcze tytułów. MotoGP bywa brutalne, kalendarz jest długi, a Martin sam najlepiej wie, jak szybko wszystko może wymknąć się spod kontroli. Do tego Bezzecchi nie wygląda jak przypadkowy lider klasyfikacji generalnej, tylko jak zawodnik, który z Aprilią tworzy wyjątkowo mocny duet. Ale właśnie dlatego walka o tytuł może być dla producenta z Noale tak fascynująca. Nagle to nie Ducati obsadza wszystkie najważniejsze role. Nagle Aprilia ma dwóch zawodników na samym szczycie tabeli, a Martin — człowiek, który rok wcześniej częściej pojawiał się w kontekście szpitali i prawników niż zwycięstw — zaczyna wyrastać na jednego z najpoważniejszych kandydatów do mistrzostwa świata. I to jest zwrot akcji, którego nie wymyśliłby nawet najbardziej rozemocjonowany scenarzysta serialu o MotoGP.
Po wygranej w Le Mans, Jorge Martin ma na koncie tylko 2 punkty mniej niż na tym samym etapie swojego mistrzowskiego sezonu 2024…
Warto przy tym pamiętać, że to nie pierwszy raz, gdy kariera Jorge Martina zawisła na włosku. W 2021 roku, jako debiutant w MotoGP, Hiszpan zaczął sezon w sposób, który dla wielu młodych zawodników byłby spełnieniem marzeń. W drugiej rundzie w Katarze wywalczył sensacyjne pole position i pierwsze podium w klasie królewskiej. Wydawało się, że Pramac właśnie znalazł zawodnika, który z miejsca może namieszać w stawce. A potem przyszła rywalizacja w Portimao…
Podczas trzeciej rundy sezonu 2021, w trakcie treningu przed GP Portugalii, Martin zaliczył potężny upadek w siódmym zakręcie. Obrazy z toru były paskudne, a lista urazów jeszcze gorsza: złamanie kości łódeczkowatej, złamanie pierwszej kości śródręcza prawej dłoni, urazy nogi i kolejne obrażenia wymagające operacji. Sam później przyznawał, że po tamtym wypadku przez moment nie był pewien, czy jeszcze kiedykolwiek wsiądzie na motocykl MotoGP. To nie był więc tylko trudny moment debiutanta, który na chwilę wypadł z rytmu. To był punkt, w którym błyskawicznie rozpędzona kariera mogła zostać brutalnie zatrzymana.
A jednak Martin wrócił. I wrócił tak, jak wracają zawodnicy z naprawdę wielkim wewnętrznym napędem. Jeszcze w tym samym sezonie zdobywał pole position, stawał na podium, a w Austrii odniósł pierwsze zwycięstwo w MotoGP. Tamten comeback był zapowiedzią tego, kim może się stać: zawodnikiem, który po ciężkim ciosie nie tylko dochodzi do siebie, ale wraca z większą prędkością, większą determinacją i jeszcze mocniejszym przekonaniem, że należy do czołówki.
Patrząc na Le Mans 2026, trudno nie widzieć analogii. Znowu był moment, w którym zdrowie, strach i niepewność mogły rozmontować mu karierę. Znowu pojawiły się pytania, czy wróci do pełnej formy. I znowu odpowiedział w najbardziej bezczelny możliwy sposób — wygrywając.
Różnica polega na tym, że dziś Martin nie jest już debiutantem, który chce udowodnić, że zasługuje na miejsce w MotoGP. Dziś jest mistrzem świata, który próbuje udowodnić, że jego tytuł nie był jednorazowym wybuchem formy, tylko początkiem większej historii. Comeback z 2021 roku był walką o karierę. Comeback z 2026 roku może być walką o dziedzictwo. I być może właśnie dlatego ta wygrana w Le Mans niesie tak duży ciężar emocjonalny. To nie jest tylko zwycięstwo po 588 dniach przerwy. To kolejny dowód, że Martin ma w sobie coś, czego nie da się łatwo zmierzyć tabelą wyników — zdolność do wracania z miejsc, z których wielu zawodników wychodzi już zdecydowanie słabszych.
I tu właśnie cała historia robi się przewrotna, bo w tle tej odbudowy jest jeszcze jeden wątek, który zmienia jej ciężar gatunkowy. To już nie są tylko plotki rzucane po paddocku przy kawie. Coraz więcej wskazuje na to, że decyzja dotycząca przyszłości Martina została podjęta dawno temu, jeszcze zanim sezon 2026 na dobre się zaczął. Yamaha ma być jego kolejnym przystankiem, a cały ruch wymaga już tylko oficjalnego potwierdzenia.
Po podium w Brazylii, zapytany wprost, czy świetny początek sezonu na Aprilii daje mu do myślenia w kontekście przyszłości, Martin odpowiedział krótko: „Nie, w ogóle”. Dodał, że przyszłość to przyszłość, teraz liczy się teraźniejszość, a kiedy podejmuje decyzję, idzie w nią na sto procent.
I właśnie w tym tkwi największy paradoks. Martin nie odchodzi z projektu, który nie działa. Nie ucieka z motocykla bez perspektyw. Wręcz przeciwnie — Aprilia dziś gwarantuje mu regularną walkę w czołówce, a Yamaha, do której ma trafić, jest obecnie najsłabszym motocyklem w stawce i projektem w fazie głębokiej odbudowy.
Jorge Martin zgarnął dublet podczas GP Francji 2026.
Oczywiście, Yamaha nie będzie wiecznie na dnie. Tak działa MotoGP: projekty upadają, odbijają się, zmieniają koncepcje, korzystają z nowych przepisów, trafiają z kierunkiem rozwoju albo wreszcie znajdują zawodnika, który pociągnie je za sobą. Trudno zakładać, że producent z Iwaty już zawsze będzie szukał drogi powrotu do czołówki. Zwłaszcza że rok 2027, z nowymi motocyklami i nowym rozdaniem technicznym, może wywrócić układ sił mocniej niż kilka klasycznych zimowych poprawek. Problem polega na tym, że „kiedyś” w MotoGP bywa bardzo okrutnym słowem. Yamaha prędzej czy później się odbije, ale pytanie brzmi, czy odbije się od razu po zmianie przepisów. A jeśli nie, to ile sezonów z absolutnego prime’u Martina pochłonie proces odbudowy?
Dlatego sezon 2026 przestaje wyglądać jak rok przejściowy przed kolejnym kontraktem. Dla Martina może być ostatnią naprawdę realną szansą na walkę o tytuł w najbliższych latach. Dziś ma motocykl zdolny wygrywać, zespół gotowy walczyć o mistrzostwo i formę, która po Le Mans przestała być obietnicą, a stała się faktem. Ma też tylko punkt straty do lidera oraz dorobek niemal identyczny jak na tym samym etapie sezonu 2024, który zakończył mistrzostwem świata.
Po Le Mans pytanie nie brzmi już, czy Martin wrócił. Brzmi znacznie poważniej: czy właśnie zaczął marsz po drugi tytuł mistrza świata MotoGP — i czy musi zakończyć go teraz, zanim czeka go zupełnie inny rodzaj walki w Yamasze?
Jorge Martin w akcji w Le Mans.
Zdjęcia: Aprilia, Red Bull, MotoGP
Przeczytaj też:
Co za wyścig MotoGP w Le Mans! Jorge Martin w zupełnie innym stylu niż w…
"26 kwietnia 1986 roku o godzinie pierwszej minut dwadzieścia trzy pięćdziesiąt osiem sekund seria wybuchów…
Startujący z drugiego pola Daniel Blin #222 ostatnie okrążenie wyścigu Supersportów rozpoczął na drugim miejscu,…
Dla Marca Marqueza weekend wyścigowy we Francji skończył się już w sobotę, a przy okazji…
Chociaż to Pecco Bagnaia zgarnął pole position w Le Mans, to w popołudniowym sprincie najlepszy…
Johann Zarco z najlepszym czasem w popołudniowym treningu MotoGP w Le Mans, decydującym o bezpośrednim…